niedziela, 15 stycznia 2017

Aleksandra Kowalska "Ucieczka" | Recenzja przedpremierowa



Polski obyczaj niemal od zawsze ma u mnie pierwszeństwo przed innymi gatunkami. Uwielbiam dobre, inspirowane życiem historie z bogatym tłem społeczno-obyczajowym. Zapowiedź "Ucieczki" Aleksandry Kowalskiej wzbudziła we mnie sporo emocji, ale czy lektura również?

Aleksandra Kowalska. Kobieta, która mogłaby mieszkać w naszym sąsiedztwie. Nosi jedno z najpopularniejszych polskich imion i nazwisko, będące polskim odpowiednikiem Smitha. W Polsce mieszka tysiące kobiet o tym imieniu i nazwisku. Dlaczego o tym piszę? No cóż, bo "Ucieczka" właśnie jest jak wiele innych powieści obyczajowych. Poprawna, dobrze napisana. Nic nie mogę jej zarzucić, a jednak nie zachwyca. Akcja toczy się zbyt leniwie i nabiera przyspieszenia dopiero po sto dwudziestej stronie. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że powieść ma ich niespełna dwieście pięćdziesiąt - cóż, okazuje się, że to zbyt późno. Lubię, kiedy wspomnienia i przemyślenia głównych bohaterów pojawiają się gdzieś w tak zwanym międzyczasie, pomiędzy kolejnymi wydarzeniami. W "Ucieczce" jednak te elementy zastępują właściwą akcję, usypiając czujność czytelnika.

Temat niebłahy, a bohaterka - oryginalna. Główną żeńską postacią jest kobieta, która postanawia uciec (tak, uciec, a nie odejść) od męża. Niby nic nowego, jednak Paulina ma sześćdziesiąt pięć lat. Takie bohaterki nie zdarzają się często w literaturze. Zazwyczaj nowe życie rozpoczynają kobiety maksymalnie po czterdziestce. Aleksandra Kowalska udowadnia, że w każdym wieku można zacząć wszystko od początku, jeśli nie jesteśmy usatysfakcjonowani ze swojego życia. Lektura skłania do refleksji, i to na pewno jest jej ogromna zaleta. Autorka stawia przed czytelnikiem szereg ważnych pytań. Czy warto walczyć o związek do samego końca? Czy możliwe jest rozpoczęcie nowego życia, jeśli nie zamknęliśmy poprzedniego rozdziału?

Zdrada, odejście od współmałżonka czy kryzys małżeński zawsze będą wzbudzać emocje. To są nadal aktualne tematy. Aleksandra Kowalska jest dobrą obserwatorką rzeczywistości, a jej książka wydaje się potrzebna. Szkoda, że została odrobinę przegadana, a akcja nie porywa. To mogłaby być bardzo dobra książka, a jest jedynie dobra.

Aleksandra Kowalska "Ucieczka"
Wydawnictwo Prószyński, 2017
liczba stron: 248
data premiery: 19.01.2017

niedziela, 8 stycznia 2017

Tarryn Fisher "Mimo naszych kłamstw" | Recenzja przedpremierowa



Nie lubię pisać o rozczarowaniach, ale czasem nie mam innego wyjścia. Mimo iż nie czytam New Adult, skusiłam się na dwie poprzednie części trylogii Tarryn Fisher i byłam raczej zadowolona z lektury. Niestety, zakończenie serii okazało się najsłabsze, a postać Caleba - przerysowana i nieprzekonująca.

Powiało nudą. O ile "Mimo twoich łez" można było nazwać udaną kontynuacją powieści "Mimo moich win, o tyle "Mimo naszych kłamstw" w mojej opinii już żadną kontynuacją nie jest. Fakt, gdzieś tam akcja leniwie toczy się dalej, jednak lwią część tej książki stanowią wspomnienia Caleba z przeszłości i opisy wydarzeń, które czytelnikowi są już doskonale znane. Przypomnijmy. Główną bohaterką pierwszej części była Olivia, narratorką drugiej - Leah. Obie były zakochane w tym samym facecie, jednak to Leah wyszła za niego za mąż. Caleb nigdy nie zapomniał o Olivii. "Mimo naszych kłamstw" jest ostatnią częścią trylogii i zakończeniem losów bohaterów.

Nie przekonuje mnie ta książka. Siłą poprzednich części były wiarygodne portrety psychologiczne postaci oraz intrygujące zwroty wydarzeń. Były kłamstwa, traumy z przeszłości, sekrety. W końcu była i zdrada, i gorzkie łzy. W "Mimo naszych kłamstw" brakuje tych emocji. Autorce udały się kreacje żeńskich postaci, jednak stworzona przez nią postać głównego męskiego bohatera irytuje i odbiera całą przyjemność z lektury. Przemyślenia Caleba są płytkie i infantylne. Całkiem możliwe, że książka obroniłaby się sama, gdyby opisywane wydarzenia okazały się na tyle frapujące, by odwrócić uwagę czytelnika od denerwującego bohatera. Niestety...

"Mimo naszych kłamstw" nie wnosi do tej historii w zasadzie nic nowego, poza zakończeniem, które może się podobać. Więcej niż połowę lektury stanowią wspomnienia z przeszłości. Wraz z Calabem wracamy do wydarzeń z pierwszej części. Zmienia się tylko punkt widzenia. W zetknięciu z irytującym bohaterem i mało porywającą akcją otrzymujemy... no cóż. Nudną książkę. "Mimo moich win" i "Mimo twoich łez" przeczytałam z zainteresowaniem, tymczasem do lektury "Mimo naszych kłamstw" musiałam się zmuszać. Początkowo myślałam, że po genialnym Mrozie nic nie jest w stanie sprostać moim oczekiwaniom, ale nie. Ta powieść po prostu jest słaba.

Polecam tylko wyjątkowo wytrwałym fanom serii. Chciałam doczytać do końca, licząc, że akcja ostatecznie nabierze rozpędu, ale, niestety, tak się nie stało. Książka na tle pozostałych części serii wypada blado.

Tarryn Fisher "Mimo naszych kłamstw"
Wydawnictwo Otwarte, 2017
data premiery: 11.01.2017

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Remigiusz Mróz "Wotum nieufności" | Recenzja przedpremierowa




"Wotum nieufności" to otwarcie kolejnej serii Remigiusz Mroza - obecnie jednego z najgorętszych nazwisk polskiej sceny wydawniczej. Tym razem autor przygotował dla nas cykl "W kręgach władzy", a wydawca sugeruje nam, niestety (nie znoszę takich działań marketingowych!), że to "polskie House od Cards". Tutaj jednak kończą się wady tej powieści. "Wotum nieufności" na pewno nie jest "polskim House od Cards", tylko - po prostu - kolejną miażdżącą książką Mroza. I tyle w temacie.

Czego się Mróz nie chwyci, zamienia to w złoto. Tak było, między innymi, z thrillerem prawniczym i osadzonym w groźnej scenerii Tatr cyklem kryminalnym, tak jest również z serią political fiction. Tym razem Remigiusz Mróz napisał powieść o zagrożeniach płynących z żądzy władzy - to tak w potężnym skrócie. Mamy tutaj marszałek sejmu Darię Seydę, której wkrótce przyjdzie zmierzyć się z nieco inną rolą w państwie, oraz posła ultrakonserwatywnej partii prawicowej, Patryka Hauera. To dwie główne postacie. Oprócz Darii i Patryka, mamy, oczywiście, innych członków partii rządzącej i opozycyjnej oraz... ogromną manipulację, jakiej ofiarą pada nie tylko marszałek sejmu, ale też pozostałe wysoko postawione persony świata politycznego.

Przeczytałam "Wotum nieufności" w jeden dzień. W jeden dzień. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że książka liczy ponad 600 stron, to całkiem niezły wynik, lecz w najmniejszym stopniu nie jest to moją zasługą. To po prostu kolejna powieść Mroza, od której nie mogłam się oderwać. Od dłuższego czasu próbuję znaleźć sekret sukcesu tego autora i, co zadziwiające, przy każdej powieści odkrywam go na nowo. To, czym Remigiusz Mróz wyróżnia się w "Wotum nieufności", to przede wszystkim wiedza, wiedza i jeszcze raz wiedza. Wiedza ta bynajmniej nie jest wynikiem researchu poczynionego do książki. Nie tylko. Ta powieść jest naszpikowana nawiązaniami kulturowymi, politycznymi, historycznymi i wieloma innymi. Owe wtrącenia sprawiają wrażenie przypadkowych i przychodzą autorowi z niezwykłą wręcz lekkością. Mróz tę wiedzę posiada w jednym palcu. Jest oczytanym i inteligentnym facetem, który na tematy związane z polityką ma zdecydowanie większe pojęcie niż przeciętny Kowalski, dlatego napisanie "Wotum nieufności" nie stworzyło mu większych problemów.

Ale "Wotum nieufności" to nie tylko wiedza i oczytanie. To także rozwinięty zmysł obserwacji i umiejętność wyciągania trafnych wniosków z tego, co dzieje się w otoczeniu autora. Oczywiście, ta książka jest fikcją literacką, ale doskonale oddaje nastroje panujące w europejskich społeczeństwach. Mróz (zresztą już po raz kolejny) sięga po tak ważne współczesne tematy jak kryzys migracyjny, działania Państwa Islamskiego czy korupcja w polityce. Co istotne, udało mu się poruszyć tę tematykę bez krytykowania którejś ze stron. Uważam za genialne zagranie, aby głównymi bohaterami uczynić przedstawicieli dwóch wrogich obozów. Mróz przedstawia rację swoich postaci, nie szczędzi gorzkich słów pod ich adresem, jednak padają one z ust bohaterów, dzięki czemu autor zachowuje neutralność, a "Wotum nieufności" trafi do tych, którzy stoją po prawej, w centrum, a także po lewej stronie sceny politycznej.

Wszystko to nie miałoby większego znaczenia bez frapującej fabuły i rozbudowanej intrygi, które ostatecznie wciągają czytelnika w wykreowany przez Mroza świat. Remigiusz Mróz po raz kolejny (nie liczę już, który) nie zawodzi. Nie trafiają do mnie głosy przeciwników autora, który twierdzą, że zaczął pisać na akord. Mam wrażenie, że zazdroszczą Mrozowi sukcesu, bo... rzeczywiście jest czego. Nawet jeśli Mróz pisze na akord, nadal robi to rewelacyjnie, więc przechodzę obojętnie obok takich głosów, wzruszam ramionami i zazdroszczę wszystkim, którzy tę ekscytującą lekturę mają jeszcze przed sobą. Ja już, niestety, jestem po i wolę przez kilka najbliższych dni nie sięgać po inną książkę, aby nie przeżyć bolesnego rozczarowania. To chyba ten słynny kac książkowy?

Remigiusz Mróz "Wotum nieufności"
Wydawnictwo Filia, 2017
data premiery: 11.01.2017
liczba stron: 624

niedziela, 1 stycznia 2017

Diane Chamberlain "Jak gdybyś tańczyła" | Recenzja przedpremierowa



Czekałam na tę powieść, odkąd natrafiłam w sieci na informację o amerykańskiej premierze "Pretending to Dance". W międzyczasie Wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało kilka książek Diane Chamberlain, ale mój głód dobrej prozy obyczajowej nie został zaspokojony. "Dar morza" czy "W cieniu" to powieści z początków kariery pisarki i, niestety, nie należą do najlepszych książek Chamberlain. W końcu doczekałam się polskiego wydania "Pretending to Dance", czyli "Jak gdybyś tańczyła". Warto było czekać.

Blurb brzmi całkiem niewinnie. Ot, kolejna para bezskutecznie stara się o dziecko i w końcu decyduje się na adopcję. W tle mamy tajemnicę rodzinną i wątpliwości przyszłej matki, czy będzie umiała pokochać maleństwo, które trafi do jej domu. Uwierzcie mi, że to jedynie preludium tego, co czeka czytelnika. Bo Chamberlain w tej powieści sięga po tematy z gatunku tych najtrudniejszych. Molly jest szczęśliwa ze swoim mężem, ma satysfakcjonujące życie zawodowe. Idealnego obrazka ma dopełnić dziecko, które wkrótce pojawi się w ich rodzinie. Ale to tylko fasada, pod którą kryją się niewypowiedziane słowa i wstydliwe sekrety. Molly nawet swojemu mężowi nie opowiedziała o trudnej przeszłości. O rodzinnym domu, który opuściła w wieku kilkunastu lat, a do którego nigdy już nie wróciła. O ojcu, który umarł w zupełnie innych okolicznościach, niż Molly utrzymuje. I o matce, która, wbrew temu co Molly opowiada, żyje i ma się całkiem nieźle.

W życiu każdej kobiety przychodzi taki moment, że zastanawia się, czy będzie potrafiła sprostać macierzyństwu i być dobrą matką. Kiedy dodamy do tego sumę naszych doświadczeń i wydarzeń z przeszłości, otrzymujemy mieszankę wybuchową. Ciąża nierzadko jest okresem, w którym decydujemy się wyjaśnić sprawy z przeszłości. Molly ma jeszcze trudniej - niebawem zostanie mamą adoptowanego dziecka. Diane Chamberlain zbudowała wiarygodny portret kobiety, której życie wkrótce ma się wywrócić do góry nogami. Problem polega na tym, że Molly wciąż tkwi jedną nogą w przeszłości. "Jak gdybyś tańczyła" to wysoce prawdopodobna i emocjonująca opowieść, która toczy się gdzieś pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Chamberlain nie zawodzi, pisząc o najgłębiej skrywanych tajemnicach i pragnieniach ludzkich serc.

Jedno krótkie zdanie, które pada już w prologu, wystarczy, aby podtrzymać napięcie przez całą lekturę. Wiemy już z grubsza co się stało, ale... Jak do tego doszło? Dlaczego? Jaką rolę w wydarzeniach w przeszłości odegrała Molly i jej mama? Lektura kolejnych rozdziałów nie wyjaśnia tych wątpliwości. Akcja toczy się nieco leniwie, przez co nasza niecierpliwość tylko wzrasta. Powieść obfituje w wiele niezwykle sugestywnych zwrotów akcji. Diane Chamberlain pozwala czytelnikowi uruchomić wyobraźnię i uwierzyć w swoje zakończenie historii. Potem okaże się, że, oczywiście, nie mieliśmy racji, a ostatnie rozdziały złamią nam serce i wycisną łzy z oczu. "Jak gdybyś tańczyła" to nie tylko opowieść o wątpliwościach przyszłej matki, ale także o dramacie człowieka uwięzionego w chorym ciele i to właśnie ten wątek okazał się najbardziej wzruszający i najciekawszy.

Cieszę się, że mogę zacząć ten rok mocnym akcentem i tak optymistyczną recenzją. "Jak gdybyś tańczyła" to prawdziwa gratka dla miłośników prozy Chamberlain, którzy, tak jak ja, z niecierpliwością czekali na swoją ukochaną autorkę w najlepszej formie. Jej najnowsza powieść ma ponad pięćset stron, a gwarantuję, że pochłoniecie ja błyskawicznie - krótkie rozdziały i niebanalne rozwiązanie fabularne zdecydowanie temu sprzyjają. Koniecznie przeczytajcie.

Diane Chamberlain "Jak gdybyś tańczyła"
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2017
liczba stron: 504
data premiery: 12.01.2017

sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowanie | Najlepsze książki 2016 roku: Polska

Musicie wybaczyć mi moją niekonsekwencję. Miało być 10 najlepszych polskich książek wydanych w 2016 roku, tymczasem jest ich 12. Dlaczego? Cóż, żadna z nich nie zasługiwała na to, aby zostać pominięta. Już i tak mocno okroiłam moją listę, bo 2016 rok obfitował w świetne nowości na rodzimym rynku wydawniczym.




Natasza Socha jest prawdziwym odkryciem tego roku. Tak, wiem, autorka debiutowała dobrych kilka lat temu, a na swoją pozycję pracowała przez dłuższy czas, ale to właśnie w 2016 roku pokazała na co ją stać, a kapitalna, zimowa powieść "Biuro przesyłek niedoręczonych" okazała się przysłowiową kropką nad "i", dlatego zaczynam podsumowanie właśnie od tej książki. Początkowo na liście znalazły się również "Hormonia" i "Dziecko last minute", ale postanowiłam dać szansę innym autorom i nie zamieszczać w podsumowaniu trzech książek jednej autorki, ale znajomość wszystkich jest wręcz obowiązkowa.




Zdecydowanie najlepsza powieść autorstwa faceta, który w 2016 roku nie miał sobie w Polsce równych. Każda kolejna książka szybko staje się bestsellerem, a rzesze fanów z niecierpliwością wyczekują następnych powieści pióra młodego autora. "Behawiorysta" wyzwala w czytelniku najmroczniejsze instynkty. Mróz napisał coś, czego jeszcze w Polsce nie było.
Całość recenzji: Remigiusz Mróz "Behawiorysta"




Moja perełka. To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Agnieszki Walczak-Chojeckiej i od razu strzał w dziesiątkę. Czytam dużo obyczajów, a niewiele książek potrafi mnie zachwycić. Powieści "Nie czas na miłość" się to udało. Dopracowana, sugestywnie napisana i frapująca historia związku Chorwatki i Serba na tle konfliktu bałkańskiego doczeka się w lutym swojej kontynuacji. Czekam na nią z niecierpliwością.




"Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)" Anny Fryczkowskiej to dowód na to, że nowy nurt w światowej literaturze, jakim jest domestic noir, ma szansę zadomowić się również w Polsce. Autorka sprawnie żongluje gatunkami, oscylując pomiędzy kryminałem, obyczajem, a powieścią psychologiczną. Świetne portrety, szybko postępująca akcja i ciekawe rozwiązania fabularne sprawiają, że powieść czyta się jednym tchem.




Lilianę Fabisińską cenię nie tylko za oryginalne fabuły i dojrzały warsztat. Autorka wyróżnia się również researchem i szeroką wiedzą z zakresu podejmowanych przez siebie tematów. Udowadnia, że nie tylko kryminał wymaga dokładnego przygotowania. Literatura obyczajowa też powinna być dopracowana w każdym szczególe.




Taką powieść mogła napisać tylko inteligentna, ambitna i wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka kobieta. Agnieszce Krawczyk tworzenie sugestywnych opisów przychodzi z niezwykłą lekkością. "Siostry" to nieco magiczna opowieść o tym lepszym świecie, za którym po cichu tęskni każdy z nas.
Całość recenzji: Agnieszka Krawczyk "Siostry"




Równie utalentowany, choć mniej znany niż Remigiusz Mróz - Hubert Hender wydał w tym roku kapitalną powieść kryminalną. Mroczną, emocjonującą i wieloznaczną. Powiadają, że zawsze trzeba zło dobrem zwyciężać. Czyżby?
Całość recenzji: Hubert Hender "Kolejność"




Niezwykle sugestywna, mocna proza. Małgorzata Warda w mijającym roku została nagrodzona na Festiwalu Literatury Kobiet "Pióro i Pazur" za swoją poprzednią powieść, a "Tą, którą znam" udowadnia, że nie spoczywa na laurach i konsekwentnie pnie się w górę. Jej nazwisko jest obietnicą niezapomnianych wrażeń i obecności w lekturze trudnych dylematów natury moralnej.




Przedwojenny, wielokulturowy Lwów. Świat, który już nie istnieje i młoda dziewczyna, która musi zadecydować, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Magdalena Kawka porusza do głębi, a jej powieść zostaje z czytelnikiem na długo. Dojrzały warsztat i przepiękny styl są swoistymi wisienkami na torcie.




Pogrom kielecki jest jedną z tych niechlubnych kart w polskiej historii, dlatego wygodniej jest o nim nie mówić. Maja Wolny nie chciała przejść obojętnie obok wydarzeń, jakie miały miejsce 4 lipca 1946 roku. Napisała powieść bolesną, obnażającą ludzkie wady i - nie mam co do tego żadnych wątpliwości - bardzo potrzebną. Na deser ma dla czytelników współczesny wątek kryminalny, który zgrabnie łączy się z wydarzeniami z przeszłości.
Całość recenzji: Maja Wolny "Czarne liście"




Kryminał nie musi wcale być brutalny i szokujący, aby zainteresować czytelnika. Małgorzata Rogala napisała rewelacyjną powieść kryminalną, nie tracąc swojej wrażliwości i empatii. Jej "Dobra matka" spodoba się nie tylko miłośnikom kryminałów, ale też powieści obyczajowych, gdyż autorka sprawnie łączy te gatunki.
Całość recenzji: Małgorzata Rogala "Dobra matka"




Mocno wierzę w to, że po naszych przodkach dziedziczymy nie tylko kolor oczu, włosów, wzrost czy rysy twarzy, ale też traumy z przeszłości. Trudno jest odmienić zły los, ciągnący się za rodziną od pokoleń. "Madonny z ulicy Polanki" to rewelacyjna (luźna) kontynuacja kapitalnych "Jedenastu tysięcy dziewic" - to tak w wielkim skrócie.


piątek, 30 grudnia 2016

Podsumowanie | Najlepsze książki 2016 roku: Świat

2016 rok powoli dobiega końca. Tradycyjnie już postanowiłam spośród nowości wydawniczych mijającego roku wybrać 10 najciekawszych książek zagranicznych i 10 polskich. Zapraszam na całkowicie subiektywny przegląd 2016 roku. Dzisiaj wybrałam dla was powieści zagraniczne.



Podsumowanie zaczynamy trochę w podobnych klimatach, jak w ubiegłym roku. "Rzymski poranek" z pewnością spodoba się miłośnikom powieści "Światło, którego nie widać". Kolejność przedstawianych książek, tradycyjnie już, jest przypadkowa, muszę jednak przyznać, że "Rzymski poranek" na mojej osobistej liście plasuje się bardzo wysoko.
Całość recenzji: Virginia Baily "Rzymski poranek"




Obecność tej książki na liście jest dla mnie samej zaskoczeniem. Długo nie mogłam się zdecydować, czy w ogóle chce ją przeczytać, tymczasem to jeden z najlepszych przeczytanych przeze mnie zagranicznych kryminałów, nie tylko w 2016 roku.




Nie jest żadną tajemnicą, że uwielbiam Diane Chamberlain, jednak nie każda powieść zasługuje na to, by znaleźć się w rankingu. Wydana również w 2016 roku książka "W cieniu" nie sprostała moim oczekiwaniom, tak jak i "Dar morza" czy "Dobry ojciec" z 2015 roku, ale... "Chcę Cię usłyszeć" to taka Diane, jaką pokochałam, dlatego obowiązkowo wędruje do podsumowania roku. P.S. Jestem już po lekturze styczniowej nowości Diane, "Jak gdybyś tańczyła" i wiem już, że pojawi się w podsumowaniu za rok. ;)




No dobra. Kiedy widzę na okładce hasło "bestseller", uciekam w popłochu. "Dziewczynę w pociągu" rzuciłam w kąt po kilkudziesięciu stronach, nie po drodze mi z Jojo Moyes, ale na "Światło między ocenami"się skusiłam i... jestem zachwycona!




Tytuł "Zwodniczej miłości" jest... zwodniczy. To nie jest romans. To jest kapitalna powieść obyczajowa o najbardziej zaskakujących zakątkach ludzkiej psychiki. Julie Cohen ma dla was szereg intrygujących wątków z zakresu neurologii i psychologii, a także... dużo nieprzewidywalnych zwrotów akcji!
Całość recenzji: Julie Cohen "Zwodnicza miłość"




Kolejne zaskoczenie. Co dzieje się w rodzinie, kiedy rodzice pragną, aby ich dzieci podążały drogą, którą oni sami musieli porzucić? Zaskakujący portret współczesnej, wieloetnicznej rodzinie zadowoli miłośników dobrej prozy obyczajowej.




Stary, dobry Horst nie zawodzi. Po raz kolejny. Mam wrażenie, że Horst jest jednym z najlepiej piszących współczesnych autorów kryminałów, nie tylko skandynawskich. Jego książki trzymają w napięciu od pierwszej strony do zaskakującego finału.
Całość recenzji: Jorn Lier Horst "Ślepy trop"




Dojrzała, bardzo dobrze napisana i dająca do myślenia powieść autorstwa Laury Barnett to książka, na punkcie której zwariowałam. Czytałam i przez cały czas zastanawiałam się: "A co, jeśli wtedy postąpiłabym inaczej?". No cóż, dzięki Barnett miałam okazję się przekonać, co by było "gdyby".
Całość recenzji: Laura Barnett "Wersje nas samych"




W przypadku mocnych debiutów problem jest następujący: apetyt rośnie w miarę jedzenia, a czytelnik oczekuje, że kolejna powieść co najmniej dorówna poprzedniej. Po rewelacyjnym, wydanym w 2015 roku "Pękniętym odbiciu" Dawn Barker powróciła z równie dobrą książką "Pozwól jej odejść".




W tym przypadku nie mogę się wypowiadać o debiucie Vanessy Diffenbaugh, bo go nie czytałam, ale jeśli jest równie dobry, jak "Nie prosiliśmy o skrzydła", sięgnę po niego z przyjemnością, a tymczasem was odsyłam do lektury drugiej powieści autorki. To kapitalna opowieść o trudach macierzyństwa. Powinna ją przeczytać każda matka.

piątek, 23 grudnia 2016

Natasza Socha | Jak obejść Święta?




W 2016 roku w literaturze obyczajowej nie miała sobie równych, co podkreśliła świąteczną powieścią "Biuro przesyłek niedoręczonych". A właśnie, jeśli już o Świętach mowa... Zastanawialiście się kiedyś, jak je obejść? ;)
Natasza Socha ma kilka sprawdzonych rad!

To już ostatni felieton w cyklu świątecznym, widzimy się, oczywiście, za rok, a tymczasem...
Spokojnych, rodzinnych i szczęśliwych Świąt!

W zeszłym roku wspólnie z przyjaciółką opracowałyśmy plan obejścia Świąt Bożego Narodzenia w sensie dosłownym, czyli pominięcia wszystkich możliwych prac i innych potwornych czynności, po których ma się ochotę wyłącznie na sen (bez dwunastodaniowej kolacji, choćby nie wiem jak była pyszna).

Podobno okres przedświąteczny to jeden z bardziej stresujących momentów w roku (zaraz po ślubie, no ale ten zazwyczaj przydarza nam się rzadziej). Ktoś kiedyś słusznie zauważył, że święta są rodzaju żeńskiego – bo to głównie kobiety stają na uszach, by dopiąć wszystko na ostatni guzik. Pieką, sprzątają, gotują, kupują prezenty, trzepią dywany, myją okna, taszczą choinki, potem znowu pieką i znowu sprzątają i znowu coś tam taszczą. Nic dziwnego, że tuż przed Wigilią padają ze zmęczenia i na resztę świąt nie mają już ochoty, nawet gdyby sam Mikołaj zaproponował im erotyczny masaż stóp.

Najważniejsza jest dobra organizacja. Wyrywamy z zeszytu kartkę papieru i piszemy na niej z czego rezygnujemy, czego absolutnie nie zrobimy, a co ewentualnie możemy oraz wpisujemy imiona osób, które nas zastąpią w przedświątecznej histerii. W końcu święta obchodzi cała rodzina i dlatego też cała rodzina powinna wziąć udział w przedświątecznej krzątaninie. Wystarczy tylko dobra i sprytna zachęta. Bardzo istotne są tu komplementy wystosowane np. w stronę partnera – „nikt nie ma tyle siły co ty, żeby porządnie wytrzepać dywany”, „genialnie myjesz okna”, „tylko ty wybierzesz najpiękniejszą choinkę”, „twoje rozwałkowywanie ciasta to czysta poezja”. Dzieciom podrzucamy drobne prace porządkowe (zwłaszcza w swoich pokojach), strojenie choinki, nakrywanie do stołu oraz pilnowanie czy reszta rodziny wywiązuje się ze swoich zadań.

Nasz świąteczny dekalog, opracowany po dwóch butelkach grzańca, brzmiał:
·       koniec z prezentowym szałem - podpytujemy poszczególnych członków rodziny, co chcieliby dostać, robimy listę i przy każdej wolnej okazji (np. podczas zwykłych sprawunków), kupujemy upominki. Prezenty pakujemy w specjalnych punktach „pakowania prezentów”
·       koniec z harówą Łyska z Pokładu Idy – każdy z domowników dostaje listę z rzeczami do wykonania i na bieżąco melduje, co już wykonał. Całość należy oczywiście obrócić w zabawę lub zawody, tak aby nikt się nie zorientował, że go robią w bambuko. Nagrodą będzie dodatkowy prezent pod choinką, albo dodatkowe uszko z grzybami w barszczu
·       koniec z kuchennych obłędem – wszystko co się da kupić - kupujemy (gotowa masa makowa, pierogi z mlecznego baru, barszcz w proszku, sernik robi nam sąsiadka, ryb i tak nie lubi nikt z domowników, więc serwujemy im gotową sałatkę śledziową – w ramach małego oszustwa dodajemy do niej garść rodzynek i mówimy, że zrobiłyśmy same)
·       koniec z szorowaniem, praniem, czyszczeniem i pucowaniem domu – Święta trwają zaledwie trzy dni, damy radę nawet z kurzem za kanapą, istnieje bowiem spora szansa, że nikt tam nie zajrzy

Nasz genialnie prosty i cudownie odciążający nas ze wszystkiego plan, wydawał się nie mieć żadnych haczyków. Niestety nie wypalił. Po pierwsze bardzo szybko doszłyśmy do wniosku, że nikt nie wykona żadnej z zadanych mu czynności lepiej od nas. Rzadko który facet wypucuje okna z taką dokładnością jak my, rzadko który kupi ładną, nie obsypującą się choinkę, a co do rozwałkowywania ciasta, to w ogóle szkoda słów. Rodzina może nawalić, więc lepiej mieć wentyl bezpieczeństwa i wszystko zrobić samemu. Barszcz w proszku odpuściłyśmy, w końcu co to za filozofia zrobić barszcz. Gotowym pierogom też jakoś nie zaufałyśmy – nigdy nie wiadomo czy przemęczony kucharz nie napluł do farszu. Ukręciłyśmy też masę makową, ser na sernik i parę innych rzeczy na wszelki wypadek. Ryby pojawiły się w zastraszającej ilości, bo co to za Wigilia bez ryb. Prezenty wybierałyśmy skandalicznie długo, a potem je same pakowałyśmy, bo przecież własnoręcznie zapakowany upominek to zupełnie co innego niż marketowa masówa. W końcu przyszedł czas na wielkie sprzątanie. Nasz świat stopił się do ścierek, wiader, płynów i ryżowych szczot. Moja przyjaciółka wypucowała nawet srebra, żeby się pięknie, świątecznie błyszczały. Ja zajrzałam w każdy zakamarek (za kanapy naturalnie też), wyszorowałam stół od spodu (!), a nawet przetarłam bombki. Poprawiłam wszystko po dzieciach, i niczym Marry Poppins na parasolce, latałam po całym mieszkaniu na mopie szukając podstępnego brudu, który planował zepsuć mi święta. Rodzinę przepędziłam, bo mi tylko przeszkadzała. Gdybym mogła wyprałabym nawet wdzianko Św. Mikołaja, a reniferom wyczyściła kopyta.

Kobiety mają niesłychaną zdolność do spieprzenia nawet najprostszego planu. Ambicja połączona z brakiem dystansu każde nam dążyć do ideału, nawet wbrew rozsądkowi. Czy my się kiedykolwiek nauczymy, że Święta to nie są zawody, a Mikołaj nie przyszedł nas skontrolować?

W tym roku podejmę kolejną próbę świątecznego wyhamowania... Próbę zapewne nieudaną, ale przynajmniej spróbuję. :)


Leniwych Świąt!!!

Natasza Socha

czwartek, 22 grudnia 2016

Izabela M. Krasińska | Joyeux, joyeux Noël…



Izabela Krasińska przysłała mi ten felieton ze słowami: "Nie wiem, czy coś takiego mogłoby się spodobać. Jeśli jest feralny i psuje klimat, mogę napisać o czymś innym, nie ma problemu". Przeczytałam i... oj, nie, nie! Nie chciałam już, żeby pisała o czymś innym. Ten tekst musiał się ukazać. Bo nie każdy w święta jest szczęśliwy. Bo, jak mówi autorka, "w grudniu nikt nie pisze o świętach w rodzinach patologicznych".

Izabela M. Krasińska debiutowała w listopadzie powieścią "Pod skrzydłami miłości", a dziś macie niepowtarzalną okazję poznać koty Izy- Gryzeldę i Glorię. :)

O Świętach Bożego Narodzenia mawia się, że to szczególny i magiczny czas.  Kiedy na niebie ukazuje się pierwsza gwiazdka, rodziny gromadzą się przy wigilijnym stole, dzielą się opłatkiem i dobrym słowem. Pod pięknymi, kolorowymi choinkami piętrzą się prezenty przewiązane kokardami, za oknami prószy śnieg... Każdy stara się być miły, tolerancyjny, cieszy się widokiem świątecznych ozdób. Dzieci z niecierpliwością oczekują momentu, kiedy dostaną wreszcie swój upragniony podarunek. Domy wypełniają się ciepłem i szczęściem, słychać śpiewane kolędy i pastorałki. Tak, święta to czas, kiedy nikt nie powinien być samotny i nieszczęśliwy… 
Długo zastanawiałam się, co mogłabym napisać na temat świąt bożonarodzeniowych. Uparcie próbowałam przypomnieć sobie jakieś radosne albo zabawne wspomnienie z dzieciństwa, odszukać jakieś zdjęcie z Mikołajem, niestety… Z ludzką pamięcią już tak jest, że szybko zapominamy to, co dobre, za to doskonale pamiętamy wszystkie złe momenty. A może podświadomie chcemy to pamiętać? 
W grudniu nikt nie pisze o świętach w rodzinach patologicznych. Dobrze, nazwijmy je ładniej – rodzinach dysfunkcyjnych. Nie przeczytacie o tym w czasopiśmie dla kobiet, w internecie, nie zobaczycie w telewizji, nie usłyszycie w radiu. W końcu idą święta, nie ma sensu psuć świątecznego nastroju. Nikt, kto wychowuje się w takim domu nie przyzna się przecież publicznie, że u niego święta są smutne, że czasami nie ma ich wcale... Dziś słyszę, że kiedyś u wszystkich było tak samo, że w co drugim domu na wsi była „patologia” i „jakoś potem każdy wyszedł na ludzi”. Zależy jak kto rozumie pojęcie „wyjść na ludzi”... Ja najwyraźniej nie wyszłam. :) Czy to oznacza, że nic takiego strasznego się nie stało? Może i nie. Dzieci z rodzin dysfunkcyjnych myślą, że to, co dzieje się w ich domach, jest normalne, że u innych też tak jest. Nie mówią o tym nikomu, bo po pierwsze się wstydzą, a po drugie, nie ma (dorosłej) osoby, która chciałaby tego wysłuchać. Zostają same ze swoim problemem i same też muszą sobie jakoś z nim radzić. Nierzadko ma to swoje tragiczne konsekwencje...   
Nigdy nie lubiłam, kiedy w szkole pani pytała, jak przygotowujemy się do nadchodzących świąt. Nie miałam pojęcia, jak powinny wyglądać prawdziwe święta bożonarodzeniowe i wielkanocne. Słuchałam więc tego, co mówiły inne dzieci, przypominałam sobie, co czytałam na ten temat w książkach i gazetach, po czym przedstawiałam swoją optymistyczną wersję. Nigdy nie umiałam kłamać, więc tym bardziej się stresowałam, że ktoś nagle powie: Proszę pani, ona zmyśla! U nich tak nie ma!
Kiedy zbliżało się Boże Narodzenie, znosiłyśmy z siostrami ze strychu naszą starą, wielką, łysą choinkę. Była krzywa jak wieża w Pizie. :) Starałyśmy się zapełnić ją bombkami i łańcuchami, żeby jakoś zatuszować jej brzydotę. Ubrane drzewko świąteczne stwarzało nam namiastkę świąt, dawało złudną nadzieję, że tym razem się uda, że w tym roku święta będą normalne, jak u innych. Podzielimy się opłatkiem, rozpakujemy prezenty, może zaśpiewamy jakąś kolędę. Czasami rzeczywiście się udawało. Pamiętam jedną taką wigilię, smak czerwonego barszczu, którego wówczas nie znosiłam. Ale najważniejsze było, że siedzimy wszyscy przy stole, że ojciec jest trzeźwy, nikt się z nikim nie kłóci, nie wyzywa, nie bije. Takich wigilii nie było zbyt wiele, ale jednak się zdarzały. Znacznie łatwiej było w pierwszy i drugi dzień świąt, kiedy przychodzili do nas goście. Udawaliśmy wtedy, że wszystko jest okej. I przez te kilka godzin było. Dorośli rozmawiali, śmiali się, pili, żartowali, robiliśmy sobie zdjęcia. Potem goście wychodzili i zaczynało się piekło. A jeszcze później wracałam do szkoły i musiałam udawać, że u mnie święta też były fajne i dostałam mnóstwo prezentów.
Pierwsze, prawdziwe Boże Narodzenie w moim życiu obchodziłam dwanaście lat temu, po śmierci mojego ojca. Po raz pierwszy wszystko było tak, jak powinno. Z nową, piękną choinką, prezentami, świątecznymi potrawami, kolędami i… spokojem. Nawet nie wiedziałam, że można spędzić wigilię w ten sposób.
Dzisiaj, kiedy jestem dorosła, jest mi łatwiej zrozumieć, wybaczyć, poukładać sobie pewne sprawy z przeszłości. Może te moje święta nie są dziś takie wspaniałe jak u innych, ale dla mnie najważniejsze jest to, że co roku spotykamy się wszyscy przy stole, że nikogo nie brakuje. Prawie nikogo. Sześć lat temu odeszła moja babcia. Wraz z nią skończyła się pewna tradycja, pewna epoka, pewien ważny rozdział w życiu… 
Święta w naszym domu są dziś radosne również dlatego, że mamy kilka kotów. Kociarze rozumieją co oznacza kot, który widzi choinkę ubraną w bombki i łańcuchy…? No właśnie. Każdy z moich futrzaków jest znajdą, dzieckiem znajdy albo przybył do nas z jakichś strasznych miejsc. Wiem, że większość ludzi woli psy, bo są sympatyczniejsze. Paradoksalnie, to właśnie koty nauczyły mnie okazywania uczuć, odpowiedzialności i troski o innych. To piękne i mądre zwierzęta, ale bardzo wymagające. No i egoistyczne. Bardzo łatwo jest wyleczyć się przy nich z własnego samolubstwa. :) Dzięki nim święta są hm… ciekawsze i bardziej emocjonujące? Co roku ktoś trzyma gardę przy choince, żeby przetrwała, a przynajmniej te kilka bombek... Od kilku miesięcy przebywa u nas mała kotka (też znajda), która jest prawdziwym wulkanem energii. Wszędzie jej pełno, wszystkiego musi dotknąć, posmakować, a najlepiej zniszczyć. Z tego powodu rozważamy, czy w tym roku opłaca nam się w ogóle ubierać choinkę… :)
Przepraszam, jeśli swoim artykułem zepsułam komuś świąteczny nastrój. Długo zastanawiałam się, czy napisać ten tekst. Pomyślałam jednak, że warto i trzeba, bo rodzin podobnych do mojej, było i jest tysiące. Zanim dzieciaki z takich domów dorosną, muszą przeżyć kilkanaście „wigilii” z pijącym i bijącym rodzicem. Nie jest potem łatwo wymazać to z pamięci i stworzyć ciepły, pełny miłości dom. Wielu ludzi bagatelizuje problemy DDA, mówi „nie przesadzaj, inni mieli gorzej. Zobacz, jak było w czasie wojny”. Owszem, da się to przetrwać, ale nie da się tego zapomnieć. To zostaje w człowieku na zawsze (vide Imagine Dragons „Demons”). Mimo wszystko, staram się patrzeć na świat optymistycznie. Jak powiedział Johann Wolfgang von Goethe: „Potykając się można zajść daleko, nie wolno tylko upaść i nie podnieść się.”
Życzę więc wszystkim, żeby Wasze święta były piękne i spokojne, wypełnione szczęściem i miłością. I śniegiem, jeśli ktoś lubi. :) Żeby przy Waszym wigilijnym stole nie zabrakło Waszych bliskich, żeby dopisywało Wam zdrowie i wszelka pomyślność. Nie kłóćcie się o drobiazgi, nie warto. Jak zwykłam powtarzać: „Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej” :)

Wesołych Świąt!
Izabela M. Krasińska 



poniedziałek, 19 grudnia 2016

Magdalena Knedler | Najlepsze prezenty ukryte są w sercach



Dziś o swoich Świętach pisze dla Was Magdalena Knedler, znana i lubiana autorka takich powieści jak "Pan Darcy nie żyje", "Nic oprócz strachu" czy"Nic oprócz milczenia". Podobnie jak autorka poprzedniego felietonu, Anna Fryczkowska, upiera się, że Mikołaj nie istnieje. No, wiecie co, drogie Panie? :)


Święta Bożego Narodzenia zawsze spędzałam tradycyjnie, przy stole i w gronie rodzinnym. Nikt nigdy nie zdobył się tutaj na ekstrawagancję, choć każdego roku ktoś wygłasza uwagę, że przygotowaliśmy za dużo jedzenia i trzeba się było nasprzątać, a i tak za chwilę zrobi się bałagan. To nieważne. Lubimy tę powtarzalność, cykliczność definiującą grudzień i koniec roku. Kulinarnych talentów raczej mi natura poskąpiła, ale jeśli otrzymywałam jakieś zadanie w kuchni – starałam się je wypełniać sumiennie. A te niekuchenne – jeszcze sumienniej. Bywało również tak, że wyznaczałam je sobie sama.
Kiedy miałam siedem lat, poczułam się bardzo dorosła – w końcu były to moje pierwsze święta, które przeżywałam jako uczennica pierwszej klasy szkoły podstawowej, a nie jako przedszkolak lub zerówkowicz. I postanowiłam, z braku innych przedświątecznych zajęć, poukładać stare płyty winylowe rodziców. Uwielbiałam się zresztą nimi bawić, oglądać je, dotykać, przekładać. Był to więc również pretekst, by nieco w nich poszperać. Płyty leżały zawsze w dolnej szafce naszej meblościanki (meblościanka była obowiązkowa!) i każdy o tym wiedział. Także ja. A moi rodzice wiedzieli, że ja wiem :) I mimo to zdecydowali się właśnie tam... ukryć dla mnie prezent pod choinkę! Naprawdę, właśnie tam. Był to czas całkiem nowej mody na lalki Barbie i łabędziego śpiewu Pewexów. A zatem znalazłam oczywiście Barbie z dwoma zestawami ubrań. Zdążyłam wszystko bardzo dokładnie obejrzeć, a nawet powąchać. Stałam się wtedy mistrzynią dyskrecji i powściągliwego milczenia, bo w domu była wówczas ze mną babcia, która zauważyła, że „jestem jakaś cicha” i „taka grzeczna”... Schowałam swój prezent na miejsce, płyt nie ułożyłam i przez resztę dnia chodziłam jak struta, bo mnie ta tajemnica mocno uwierała. 
Rodzice rozpracowali mnie bez większych problemów, a ja dokonałam tamtego roku dwóch ważnych odkryć. Po pierwsze – kiepsko kłamię. Po drugie – Święty Mikołaj naprawdę nie istnieje i nie ma się co dłużej oszukiwać.
Mimo to – święta i tak były magiczne, jak co roku. Bo przecież najlepsze prezenty ukryte są w sercach. I oby nie trzeba było nigdy zbyt długo ich szukać.

Magdalena Knedler

sobota, 17 grudnia 2016

Anna Fryczkowska | Święty Mikołaj nie istnieje

Rys. Adela Fryczkowska

Tegoroczny cykl świąteczny obfituje w oryginalne, nieszablonowe teksty. Tym razem Anna Fryczkowska, autorka świetnej powieści "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)", wylicza powody, dla których... nigdy nie wierzyła w świętego Mikołaja! Przeczytajcie koniecznie.


- Mamo, cudów nie ma, on musiał zostawić jakieś ślady! – krzyczy synek przyjaciółki w mikołajkowy poranek.
Wiary w istnienie Świętego Mikołaja chłopiec nie kwestionuje, wiarę w brak śladów nieodrodny syn czytelniczki kryminałów poddaje w wątpliwość od razu.
Pamiętam też jak inna moja przyjaciółka zrobiła awanturę w przedszkolu. Inne dzieci bowiem uświadamiały jej córkę, że Świętego Mikołaja nie ma, a prezenty tak naprawdę kupują rodzice. Moja przyjaciółka sobie natomiast nie życzyła, by ktokolwiek niszczył w jej córce dziecięcą wiarę w cuda.
To właśnie ja byłam takim dzieckiem w przedszkolu. Uświadamiałam.
- No i co? I może moja mama kłamie? - słyszałam w odpowiedzi. - I sama kupuje prezenty, a mnie tylko mówi, że to od Mikołaja?
No właśnie, zawsze było mi trudno zrozumieć, po co to komu. Po co rodzicom potrzebne podtrzymywanie tych opowieści, których brak logiki zrozumie średnio rozgarnięty sześciolatek. I zaraz zada pytanie, jakim cudem jeden facet obskakuje tyle domów w jedną noc. A wtedy rodzice zaczynają się wić, kreują byty dodatkowe, czyli elfy i śnieżynki, tłumaczą rzecz jakimiś nadprzyrodzonymi mocami, świętością na przykład.
A dzieci dalej bombardują pytaniami:
Co Mikołaj robi przez resztę roku?
Dlaczego nie może rozłożyć sobie pracy bardziej równomiernie?
Dlaczego w jednej galerii handlowej można zobaczyć jednocześnie kilku Mikołajów i który z nich jest prawdziwy?
Dlaczego musi sam wszystko wozić, przecież są kurierzy?
Kiedy on się urodził, a skoro tak dawno, to jakim cudem ma lepszą kondycję niż dziadek?
Czy Śnieżynka jest żoną świętego Mikołaja? I kim w tej rodzinie są elfy?

Mnie mama wytłumaczyła, że z jakichś powodów dorośli lubią udawać, że Święty Mikołaj istnieje. Bogatsza o tę wiedzę z wyrozumiałym uśmiechem znosiłam wygłupy mojego wujka Marcina, gdy w Wigilię doczepiał sobie brodę z waty i mówił natchnionym basem, a nie swoim zwykłym tenorem. To było naprawdę zabawne. Ale wierzyć w to?
Z tych wszystkich prezentów najbardziej lubię, gdy jesteśmy razem i śnieg pada. Cicho i dużymi płatami. Facet w czerwonych gatkach natomiast w niczym mi do tej atmosfery nie jest potrzebny. Niech zostanie z kumplami w galerii handlowej. Żaden nie jest prawdziwy.

Anna Fryczkowska