wtorek, 6 grudnia 2016

Małgorzata Rogala | 6 grudnia jest dla mnie symbolicznym początkiem okresu przedświątecznego



Zapraszam na kolejną odsłonę cyklu świątecznego.
Dzisiejszy felieton przygotowała dla Was Małgorzata Rogala, autorka między innymi powieści kryminalnych "Zapłata" i "Dobra matka". Jej najnowsza książka, "Ważka", ukaże się 15 lutego, a tymczasem pisarka dzieli się z Wami swoimi przemyśleniami na temat Świąt i okresu przedświątecznego, który dla niej właśnie dziś się rozpoczyna.


6 grudnia jest dla mnie symbolicznym początkiem okresu przedświątecznego. Właśnie tego dnia kupuję gwiazdę betlejemską (koniecznie czerwoną) i wkładam ją do ozdobnej doniczki. Robię dekoracje świąteczne: ustawiam na półkach okolicznościowe ozdoby (lampiony w kształcie domków, figurki, śnieżne kule z pozytywką), zakładam na poduszki pokrowce ze świąteczno-zimowym motywem. Wyjmuję z szuflady płyty z piosenkami i pudełka z filmami świątecznymi. Lubię też spacerować udekorowanymi ulicami i oglądać sklepowe wystawy. A więc już się wydało, że lubię ten cały przedświąteczny kicz spod znaku „All I want for Christmas is you” i wcale się tego nie wstydzę. Na szczęście nie ulegam zakupowemu szaleństwu… No, może poza książkami.

Nie robię zbyt dużego zamieszania związanego z przygotowaniami do świąt. Nie organizuję rodzinie nadzwyczajnego sprzątania, a przygotowanie potraw dzielę na etapy. Święta kojarzą mi się z ciepłą, magiczną atmosferą, bliskimi ludźmi, wzruszeniem, zapachami, blaskiem świec, ale także ze świąteczną muzyką i dużą porcją radości. Uwielbiam wieczory przy choince, czas spędzany z rodziną i przyjaciółmi, śmiech, rozmowy, oglądanie świątecznych filmów, czytanie książek. Choinkę od lat ubiera moja córka. Co roku wybieramy motyw wiodący: raz jest to choinka anielska, innym razem zamieszkują na niej pluszowe misie i bombki z misiami. Albo cała mieni się złocistym blaskiem. Kiedy byłam dzieckiem, na choince obowiązkowo musiały wisieć cukierki, opakowane w kolorową, szeleszczącą folię. Wyjadało się po kryjomu te cukierki, a opakowanie zawijało z powrotem tak, żeby dorośli nie zorientowali się, że te cukierkowe ozdoby są wybrakowane. Druga rzecz, która kojarzy mi się z świętami z tamtego okresu, to szukanie prezentów – metodyczne i pełne determinacji przeszukiwanie szafek, tapczanów i szuflad.

Święta to okazja do składania i wyrażania życzeń, postanowień, obietnic. To także czas, gdy ludziom włącza się miłość do świata i bliźnich. Życzyłabym sobie i innym więcej dobra na co dzień, więcej tolerancji, otwartości, oraz tego, żebyśmy żyli i pozwalali spokojnie żyć innym. A poza tym zdrowia, optymizmu, pogody ducha, cieszenia się drobiazgami i wiary w siebie.

Przesyłam wszystkim serdeczne pozdrowienia i dziękuję Tobie, Magda, za zaproszenie.

Małgorzata Rogala

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Wywiad | Izabela M. Krasińska: "Wszystko zaczęło się od piosenki"



Na rynku właśnie ukazała się debiutancka powieść Izabeli M. Krasińskiej, "Pod skrzydłami miłości". Z tej okazji postanowiłam przybliżyć Wam postać autorki i zadać jej kilka pytań. Jak, jako debiutantka, odnajduje się na rynku? Jakie sygnały otrzymuje od czytelników? Poznajcie tę przemiłą, młodą kobietę, która ma najlepsze zadatki ku temu, aby odnieść wielki sukces. :)

Twoja debiutancka powieść, „Pod skrzydłami miłości”, właśnie trafiła do księgarni. Czujesz podekscytowanie, radość, a może towarzyszą Ci też niepewność i lęk?

Czuję podekscytowanie i radość, a jednocześnie niepewność i lęk. :) A tak poważnie, to nadal nie mogę uwierzyć, że książka, którą widzę w księgarni, w internecie czy na bibliotecznej półce, jest moja. To wciąż do mnie nie dociera. :) Nie ukrywam, że jest mi bardzo miło, że ludzie chcą ją czytać, że o nią pytają. Kiedy zbliżała się data premiery, miałam jednak mieszane uczucia. Bałam się reakcji czytelników, przygotowałam się raczej na falę hejtu. Niepotrzebnie, gdyż książka została ciepło przyjęta. :) Oczywiście negatywne opinie również mnie nie ominęły, ale to przecież zupełnie naturalne. Nawet najwięksi pisarze nie są w stanie się wszystkim podobać, jak więc można tego wymagać od debiutanta?

Czy debiutantowi łatwo jest się odnaleźć na rynku wydawniczym?

Wszystko jest tu dla mnie zupełnie nowe i nieznane. Nieustannie zamęczam więc moje wydawnictwo pytaniami. :) Dopiero poznaję zasady gry, nie uniknęłam też, niestety, pierwszych błędów. Wydaje mi się jednak, że na tym etapie to normalne. Myślę, że z czasem będzie tylko lepiej. :) Nie patrzę na inne autorki jak na potencjalne rywalki. Mieszkam w gminie Zakrzew, skąd pochodzi znana autorka powieści kobiecych, Grażyna Jeromin-Gałuszka. Podoba mi się jej sposób pisania. Ma doskonały warsztat pisarski, jej bohaterki również są wyjątkowe. Czytanie innych pisarzy bardzo mnie rozwija, ale nie mam potrzeby, by im dorównywać. Dobry styl pisarski kształtuje się latami, a zatem przede mną jeszcze baaardzo długa droga. :)

Czy dostajesz już pierwsze sygnały od czytelników? Podoba im się książka?

Pierwsze opinie, ku mojemu zaskoczeniu, były pozytywne. Słyszę, że niektórzy czytali moją książkę i na przemian śmiali się i płakali. Nieświadomie spełniłam więc trzy starożytne zasady pisarstwa: docere, delectare, movere (nauczać, bawić, wzruszać). :) Jak już wspomniałam, są i tacy, którym powieść się nie spodobała. Nie ukrywam, że negatywne komentarze są trochę dołujące, ale równocześnie potrzebne. Nie tylko uczą pokory, ale również wskazują autorowi, nad czym jeszcze powinien popracować. Osobiście uważam, że na debiutantów powinno się patrzeć z przymrużeniem oka. Niekiedy ich pierwsze książki nie zachwycają, czegoś im brakuje, irytują nas bohaterowie albo sama fabuła. Nie wolno jednak zapominać, że na początku każdy jest amatorem w swojej dziedzinie i popełnia liczne błędy, zanim wreszcie dojdzie do perfekcji. Dopiero czas i praktyka sprawiają, że styl pisarski kształtuje się i dojrzewa. Apeluję o więcej zrozumienia i cierpliwości dla nas, debiutantów. Nam i tak nie jest łatwo, bo dopiero zaczynamy. :)


Kto pierwszy przeczytał „Pod skrzydłami miłości”? Z jaką reakcją spotkałaś się ze strony tej osoby?

Moja najstarsza siostra, Aneta. Przyznaję, że obawiałam się nieco jej opinii, tym bardziej że nikt z domowników ani znajomych nie czytał wcześniej ostatecznej wersji mojej powieści. „Pod skrzydłami miłości” jej się spodobało, co wcale nie wydawało się takie oczywiste. Moje rodzeństwo to wyrafinowani ironiści i mistrzowie ciętej riposty, dlatego byłam przygotowana na każdą ewentualność. :) Nadal mam na liście kilka osób, których recenzji się boję, tym bardziej, że są wśród nich poloniści. :)

Bohater twojej powieści jest strażakiem. Skąd taka rozległa wiedza na temat pracy w tym zawodzie? Jak przygotowywałaś się do napisania książki?

Kiedy zaczynałam pisać moją powieść, nie wiedziałam jeszcze, że zostanę taką miłośniczką straży pożarnej. :) Zdobywanie wiedzy na ten temat zaczęłam od internetu. Godzinami czytałam o pracy strażaków, o wszystkim, co jest z nimi związane (nawet ustawy!). Stworzone przeze mnie w książce „sceny strażackie” nie wydawały mi się jednak do końca przekonywujące. Zdobyłam się więc na odwagę i z duszą na ramieniu udałam się do Państwowej Straży Pożarnej w Radomiu. Po raz kolejny moje obawy okazały się niesłuszne. Wizytę tam wspominam jako jedno z najlepszych doświadczeń życiowych. Strażacy okazali się przesympatyczni i bardzo pomocni. Dzięki nim dowiedziałam się więcej na temat działania straży pożarnej i skorygowałam błędy rzeczowe w moich scenach strażackich, co wreszcie uczyniło je w pełni wiarygodnymi. :) Strażacy (zwłaszcza radomscy :)) to niesamowici ludzie. Wykonują niebezpieczny i odpowiedzialny zawód, a równocześnie pozostają bardzo skromnymi osobami. Rozmowa z nimi zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zawsze miałam ogromny szacunek i sympatię dla straży pożarnej, teraz to się jedynie pogłębiło. :) Co zabawne, muzeum, w którym pracuję, sąsiaduje z OSP, w naszej gminie mamy również Muzeum Pożarnictwa. W jakiś sposób motyw strażacki jest stale obecny w moim życiu. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? :)

Skąd pomysł na fabułę „Pod skrzydłami miłości”? Czy to był impuls, czy może cała idea dojrzewała stopniowo?

Wszystko zaczęło się od… piosenki. Mam tu na myśli „Heaven’s Table” z repertuaru mojego idola, Garou. Śpiewa w niej, że nie wszystkie anioły zasiadają przy niebiańskim stole, że niektórzy ludzie tu, na Ziemi, są takimi właśnie aniołami. Pomagają innym, poświęcają się dla nich, ratują im życie. Mimowolnie skojarzyło mi się to ze strażakami.  Tak narodziła się myśl, która zaczęła powoli dojrzewać, aż w końcu zakończyła się napisaniem książki. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym mojemu strażakowi nie zesłała plagi egipskiej w postaci kobiety. :) Coraz częściej słyszę, że Marta jest wyjątkowo irytująca. Szczerze? Mnie też strasznie wkurza. Nie bądźmy jednak dla niej tacy bezlitośni… :)

Napisałaś książkę, wysłałaś do wydawnictwa i… Jak wyglądał cały proces wydawniczy? Ile czasu minęło, zanim dowiedziałaś się, że uda się wydać Twoją powieść?

Rozesłałam książkę do wydawnictw na początku marca z przekonaniem, że ewentualnych odpowiedzi mogę spodziewać się najwcześniej po pół roku. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że wydawnictwa zaczęły odzywać się już po kilku dniach! Nie wiedziałam, co robić, nie byłam zupełnie przygotowana na taki zwrot akcji. Po krótkich wahaniach zdecydowałam się na Czwartą Stronę. Przekonali mnie nie tylko swoją życzliwością i profesjonalizmem, ale przede wszystkim tym, że pięknie wydają książki. :) Sam proces wydawniczy był żmudny, ale bardzo potrzebny. Nie przeszłabym go, gdyby nie pomoc moich redaktorek prowadzących. Cierpliwie mi wszystko objaśniały, ale równocześnie pilnowały terminów i porządku. :) Doskonale wspominam też współpracę z redaktorem językowym. Kiedy dostałam moją powieść z jego sugestiami, zamurowało mnie. To była kolejna lekcja pokory, bardzo pouczająca i motywująca. Dzięki zapamiętanym radom, staram się teraz unikać wskazanych przez niego błędów. Na końcu całego procesu wydawniczego jest jeszcze korektor i ostatnie poprawki. Gdzieś po drodze ustala się ostateczny tytuł i okładkę. Jak widać, trasa, jaką przebywa książka, zanim trafi na półki, jest długa i wyczerpująca, ale warta trudu J To uczucie, kiedy trzyma się w dłoniach swoją pierwszą powieść… Bezcenne!      

Czym zajmujesz się poza pisaniem? Czy planujesz w przyszłości uczynić pisanie głównym zajęciem?

Na co dzień pracuję w muzeum oraz… bibliotece. Jako polonistka i bibliofilka, nie mogłam wymarzyć sobie lepszej pracy. :) Przebywanie wśród książek jest moim nałogiem. To dosyć ambiwalentne uczucie. Cieszy mnie ich widok, a jednocześnie jestem zrozpaczona, że nigdy nie zdołam przeczytać chociaż połowy z nich… :) A tu wciąż pojawiają się nowe pozycje! Chciałabym napisać jeszcze wiele, wiele książek. Ta nieokiełznana potrzeba pisania towarzyszy mi od najmłodszych lat. Zawsze marzyłam o tym, by zostać pisarką. Na studiach polonistycznych zafascynowałam się jednak badaniem literatury. Nowa pasja zdominowała na pewien czas moje pisarstwo, ale jak widać, nie da się uciec przed przeznaczeniem... :) Chciałabym kiedyś zająć się tylko pisaniem, spróbować się w innych gatunkach, napisać książkę życia. Mam nadzieję, że to marzenie kiedyś się spełni! :)


Dziękuję za rozmowę!

niedziela, 4 grudnia 2016

Robert Bryndza "Dziewczyna w lodzie" | Recenzja



Ta lektura to dla mnie totalne zaskoczenie. Nie dostałam wypieków na twarzy, kiedy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach, nie skakałam podekscytowana, krzycząc "chcę! chcę! chcę!" i, prawdę mówiąc, w ogóle nie miałam jej w planach, a jednak skusiłam się i pochłonęłam powieść na dwa razy, z krótką przerwą na sen.

Detektyw Erika Foster jest świetnym śledczym, ale jej życie prywatne... cóż, pozostawia wiele do życzenia. Znacie to? Tutaj raczej nie będzie zaskoczenia. Erika cierpi po śmierci ukochanego męża i wciąż się obwinia. Nowe śledztwo ma być okazją do odbicia się od dna. I tutaj się na chwilę zatrzymajmy. Wiem już dziś, że sięgnę po każdą kolejną powieść z Eriką Foster w roli głównej, bo Robert Bryndza kapitalnie tę bohaterkę wykreował. Tak trudno w dzisiejszych czasach po prostu być człowiekiem. Układy, kontakty i londyńska socjeta skutecznie przeszkadzają Erice w prowadzeniu śledztwa. Są naciski, aby jak najszybciej zamknąć śledztwo i nie grzebać zbyt głęboko. Nikogo nie obchodzą zamordowane prostytutki, które najpewniej padły ofiarą tego samego, brutalnego zabójcy. Liczy się tylko Andrea - córka wpływowych członków socjety. Ale dla Eriki każda ofiara jest równie ważna.

Od momentu kiedy zostają odnalezione zwłoki Andrei do chwili, kiedy tożsamość mordercy zostaje w końcu odkryta, w powieści dzieje się naprawdę dużo. Autor prowadzi akcję mocną ręką. Starannie nakreślone portrety psychologiczne bohaterów (moją uwagę przyciągnęła przede wszystkim siostra zamordowanej dziewczyny) nadają tej lekturze drugie, zdecydowanie głębsze dno. To nie jest tylko kryminał. To rozbudowana powieść psychologiczna o konsekwencjach, jakie w psychice młodych ludzi pozostawia dorastanie w środowisku zepsutych, obłudnych bogaczy. Kiedy do tego dodamy kapitalną postać Eriki, która za wszelką cenę chce dowieść prawdy, otrzymamy mocny, wyrazisty thriller. Chociaż chętniej czytam powieści polskich autorów, "Dziewczynę w lodzie" zaliczam do jednej z najbardziej udanych powieści kryminalnych tego roku.

Ta lektura okazała się dla mnie sporym zaskoczeniem. Sama nie wiem, dlaczego, ale od początku podchodziłam do niej z dużą rezerwą, tymczasem odkryłam bardzo dobrą, rozbudowaną powieść psychologiczną, która spodoba się nie tylko miłośnikom gatunku. W "Dziewczynie w lodzie" Robert Bryndza podejmuje bardzo ważny temat sytuacji imigrantów z Europy Wschodniej (w tym także z Polski) w Wielkiej Brytanii, a to nie jedyne, co przygotował dla czytelników. Polecam!

Robert Bryndza "Dziewczyna w lodzie"
Wydawnictwo Filia, 2016
data premiery: 09.11.2016
liczba stron: 434

sobota, 3 grudnia 2016

Joanna Szarańska | Chłonę smaki, zapachy i melodie Świąt




To kolejna, trzecia już odsłona lubionego przez Was cyklu świątecznego.
Jak co roku, poprosiłam dziesięć autorek o przygotowanie wpisów, które umilą przygotowania do Świąt. Zapraszam na pierwszą odsłonę, której bohaterkami są Joanna Szarańska, autorka komedii "I że ci nie odpuszczę" i "Kocha, lubi, szpieguje", oraz... jej córeczka Milenka. :)


Każdego roku wpatruję się z zachwytem w kolorową choinkę i myślę, że muszę się nią nacieszyć, bo kolejne święta dopiero za rok. A potem miesiące przemijają szybko i zanim się spostrzegę, na ulicach znów pojawiają się świąteczne dekoracje, a ja mimowolnie zaczynam podśpiewywać pod nosem „Merry christmas everyone”. Uwielbiam tę piosenkę!

Gwiazdka to okres, który bardzo silnie na mnie oddziałuje. Wczuwam się w klimat, śpiewam kolędy, chłonę smaki, zapachy i melodie. To także czas, kiedy często popadam w zadumę i wzruszenie. Potrafi mnie do tego skłonić refleks kolorowego światełka w kołyszącej się na gałązce bombce, zapach gotowanego barszczu z grzybami, przyklejony do języka opłatek albo smak ukrytej pod choinką czekolady. W takich chwilach bardzo często wracam myślami do świąt z dzieciństwa albo myślę o mamie, której bardzo nam brakuje przy wigilijnym stole.
W naszym domu święta obchodzi się bardzo tradycyjnie, choć niektóre tradycje zostały nieco zmodyfikowane :)

W Wigilię od rana gotujemy różne przysmaki i stroimy choinkę. Od dwóch czy trzech lat przy tym drugim dzielnie pomaga Milenka, co sprawia, że cały proces nieco się wydłuża, ale nam to nie przeszkadza. Z tego samego powodu od pewnego czasu mamy na drzewku ozdoby nietłukące... trochę wiklinowych, trochę drewnianych, trochę własnoręcznie uszytych przeze mnie z filcu. W tym roku planowałam odkurzyć zapomniane bombki, ale w domu pojawił się kot Cynamon, więc jeszcze nie wiem, jak to będzie... ;)

Przy ubieraniu choinki często wspominam drzewka towarzyszące mi w dzieciństwie. Jedna z moich choinek miała nawet imię, cóż, pomysłowość dziecka nie zna granic! Poza tym często mieliśmy świeże drzewka, przyniesione prosto z lasu, pachnące. Wisiały na nich cukrowe laski w błyszczących papierkach i anielskie włosie, którego odrobinę się bałam. I setki kolorowych baniek, a przynajmniej tak mi się wydawało, gdy byłam dzieckiem...

Zawsze wypatrujemy pierwszej gwiazdki, ale do stołu wigilijnego zasiadamy wtedy, kiedy zaburczy w dziecięcym brzuszku. Oczywiście to tylko metafora, nie myślcie, że głodzimy dziecko ;) Przed wieczerzą wspólnie się modlimy i łamiemy opłatkiem. Ta część wieczoru jest dla mnie bardzo wzruszająca, czasami aż ściska mnie w gardle, a talerze stojące na stole robią się dziwnie zamazane.
Na naszym wigilijnym stole znajdują się potrawy, które podawała wcześniej moja babcia, a po niej mama. Najpierw zjadamy biały barszcz z grzybami podawany z ziemniakami, potem ugotowany groch i kompot z suszonych owoców – pewnie ten przysmak niejedną osobę zdziwi, ale właśnie w ten sposób podawało się w moim domu, groch razem z kompotem z suszu. Następnie zjadamy uszka z czerwonym barszczem lub pierogi z kapustą i grzybami, a na koniec smażoną rybę, obowiązkowo karpia. Do rybki podajemy chałkę. Milenka zazwyczaj odpada po barszczyku białym, a my zajadamy dalej, klepiąc się po żołądkach i powtarzając, że mamy już dość. Na naszym stole zawsze znajduje się nakrycie dla zbłąkanego wędrowca. To kolejna tradycja, która ściska mnie za gardło.
Po wieczerzy wigilijnej nadchodzi czas, by zajrzeć pod choinkę. Cóż, my z mężem zawsze wiemy, co nam święty z brodą przyniesie, ale Milenka ma niezłą frajdę. I nie tylko ona. Naszą domową tradycją jest to, że prezenty pod choinką znajdują także zwierzaki. Zazwyczaj są to jakieś specjalne przysmaki, więc kiedy ja kartkuję nową powieść (a jakże), z kuchennego kąta dochodzi zadowolone mlaskanie...

Ze zwierzakami dzielimy się także opłatkiem, traktujemy je jak członków rodziny. Dawno, kiedy żyła moja babcia, karmiła zwierzęta gospodarskie specjalnym różowym opłatkiem. Twierdziła, że to właśnie po nim zwierzaki nabierają zdolności mówienia. I że o północy co nieco nam powiedzą, trzeba tylko podsłuchać. Próbowałam wiele razy, zakradając się do stajni, ale nigdy się nie udało. Pewnie zawczasu mnie dosłyszały i zamilkły ;)

Wieczorem długo wpatruję się w kolorowe światełka i rozmyślam. Nucę pod nosem kolędy (Milenka śpiewa głośno, ale ona kolędy śpiewa nawet latem) i dumam, że znowu muszę czekać cały rok, by poczuć niezwykłą magię wieczoru wigilijnego. A potem rok tak szybko mija...

Kochani, tej magii świątecznej Wam życzę! Spędźcie ten czas z bliskimi i cieszcie się jego niezwykłością!



niedziela, 27 listopada 2016

Izabela M. Krasińska "Pod skrzydłami miłości" | Patronat medialny



Dawno nie spotkała mnie tak miła niespodzianka, jak lektura debiutanckiej powieści Izabeli M. Krasińskiej. Nie jest żadną tajemnicą, że moim ulubionym gatunkiem jest obyczaj z rozbudowaną warstwą psychologiczną, a za klasycznymi romansami raczej nie przepadam. Skusiłam się jednak na "Pod skrzydłami miłości" i przeżyłam bardzo przyjemne rozczarowanie, bo to na pewno nie jest ckliwy romans, podany z ogromną dawką lukru.

Tytuł i okładka często okazują się mylące. Przyznajcie sami, że kiedy zobaczylibyście tę książkę na księgarnianej półce, spodziewalibyście się raczej banalnej, nieco odrealnionej i lekkostrawnej opowieści. No cóż, daliście się zwieść, podobnie jak ja. Bo wszystko można powiedzieć o debiucie Izabeli M. Krasińskiej, ale na pewno nie to, że to prosta i głupiutka historia. Po lekturze pierwszych kilkudziesięciu stron faktycznie pomyślałam "to nie dla mnie", ale dałam tej powieści drugą szansę, całe szczęście. Zaczyna się dość stereotypowo: ona i on, oboje po przejściach, spotykają się zupełnie przypadkiem. Ona właśnie przeżyła rozczarowanie miłosne, on jest strażakiem, który wyciągnął ją z wraku samochodu. Szybko wybucha między nimi uczucie, ale nie żyją długo i szczęśliwie. W większości przypadków ten scenariusz kończy się podobnie - dwoje ludzi stwarza sobie nawzajem problemy, a książka niczym nie zaskakuje. Ale nie tym razem, moi kochani, nie tym razem.

"Pod skrzydłami miłości" to dojrzała powieść obyczajowa, którą z całego serca polecam wszystkim miłośniczkom gatunku. Książka Izabeli M. Krasińskiej zalicza się do popularnego ostatnio nurtu literatury kobiecej. Ma wszystkie cechy dobrej powieści: ciekawe portrety głównych bohaterów, dylematy natury moralnej i intrygujące zwroty akcji. A przede wszystkim jest bardzo, bardzo dobrze napisana. Autorka jest filologiem polskim, a jej wykształcenie pozwoliło na dopracowanie debiutanckiej powieści w najmniejszych szczegółach. Izabela M. Krasińska porusza niebłahe tematy: rodzicielstwa, zdrady oraz odpowiedzialności za siebie i drugiego człowieka. Napisana przez nią powieść wciąga gdzieś od siedemdziesiątej strony ;) (wcześniej myślałam, że to nie moje klimaty) i nie sposób jej odłożyć już do samego końca. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, nie spodziewałam się aż tak dobrej lektury.

Izabela M. Krasińska mocnym krokiem wkracza na rynek polskiej literatury obyczajowej, na którym może nieźle namieszać. "Pod skrzydłami miłości" to ciekawa propozycja, która może zaskoczyć szczególnie te czytelniczki, które, tak jak ja, nie liczyły na zbyt górnolotną literaturę. To nie jest kiepski romans, a świetna powieść obyczajowa! Polecam!

Izabela M. Krasińska "Pod skrzydłami miłości"
Wydawnictwo Czwarta Strona, 2016
liczba stron: 302
data premiery: 23.11.2016

wtorek, 22 listopada 2016

Joanna Szarańska "Kocha, lubi, szpieguje" | Patronat medialny




Długo oczekiwana druga część przygód mistrzyni pakowania się w kłopoty, czyli "Kaliny w malinach", właśnie trafia na księgarniane półki. Trzymam w rękach jeszcze cieplutką, pachnącą drukiem książkę i uśmiecham się do siebie pod nosem. Warto było czekać na "Kocha, lubi, szpieguje". Joanna Szarańska powraca w nowej komedii, w której tym razem ciut więcej jest kryminału niż romansu.

Sympatyczna, nieco roztrzepana Kalina w pierwszej części (czyli "I że ci nie odpuszczę") została porzucona przed ołtarzem, ale nie byłaby sobą, gdyby nie wyszła obronną ręką z kłopotów. Joanna Szarańska postawiła sobie poprzeczkę wysoko. Z kontynuacjami jest ten problem, że często-gęsto druga część nie dorasta do pięt pierwowzorowi. Możecie odetchnąć z ulgą. Kalina nie straciła nic ze swojego uroku, a autorka daje prawdziwy popis swojego talentu. Już wiemy, że bohaterka lubi pakować się w kłopoty. Tym razem znów zostaje wpuszczona w maliny, kiedy przyjaciółka podrzuca jej dziecko. Kalina ponownie ląduje w dobrze sobie znanych terenach, czyli w Kamionkach, i zupełnie przypadkiem staje się główną podejrzaną o morderstwo. Cóż, nie byłaby sobą, gdyby nie wzięła spraw w swoje ręce.

Niełatwo o dobrą komedię. Często okazuje się, że humor jakiś nie taki, a bohaterowie zamiast bawić, wzbudzają niesmak. Joanna Szarańska, jako jedna z nielicznych autorek, potrafi mnie rozbawić do łez. Kapitalne dialogi, podszyty mocną dawką ironii humor sytuacyjny i cięte języki postaci sprawią, że nawet największe ponuraki uśmiechną się nad lekturą powieści "Kocha, lubi, szpieguje". Tym razem sprawa jest poważniejsza, wszak Kalinie przyjdzie rozwiązać sprawę najprawdziwszego morderstwa, nie tam żadnej szajki złodziei, a więc stawka jest znacznie wyższa. I - jak się zapewne domyślacie - rzecz robi się przez to jeszcze bardziej zabawna! Ale dobra zabawa to nie jedyne, co przygotowała dla swoich czytelników Joanna Szarańska. W swojej książce porusza bardzo ważny temat - pisze o porzucanych, szczególnie w okresie wakacyjnym, czworonożnych przyjaciołach. Jednym z bohaterów tej części jest sympatyczny kundelek, Młynek, a część dochodów ze sprzedaży "Kocha, lubi, szpieguje" zostanie przeznaczona na rzecz Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Jestem przekonana, że Kalina, Marek, Szparka i Młynek podbiją serca czytelników. "Kocha, lubi, szpieguje" to idealna propozycja na długie jesienne wieczory. Joanna Szarańska udowadnia tą książką, że może pochwalić się talentem komediowym i lekkim piórem, co na pewno pozwoli jej zjednać sobie serca kolejnych odbiorów. Moje już zdobyła! 

Joanna Szarańska, Kocha, lubi, szanuje"
Wydawnictwo Czwarta Strona, 2016
liczba stron: 328
data premiery: 23.11.2016

sobota, 19 listopada 2016

Vanessa Diffenbaugh "Nie prosiliśmy o skrzydła" | Recenzja



Odkąd sama piszę wiem, jak trudno jest nadać książce dobry, chwytliwy tytuł, który decyduje o być albo nie być powieści. Rzadko kiedy sugeruję się wyłącznie tytułem i okładką, ale tym razem tak właśnie było. Niezwykle sugestywny, poruszający tytuł i przepiękna szata graficzna - oto dlaczego sięgnęłam po "Nie prosiliśmy o skrzydła". Na szczęście nie zawiodłam się i tym razem nie była to tylko pusta obietnica dobrej lektury, gdyż rzeczywiście trafiłam na frapującą powieść obyczajową, którą pochłonęłam jednym tchem.

"Nie prosiliśmy o skrzydła" to jedna z tych powieści, do których trzeba dojrzeć. Przypuszczam, że młode dziewczyny mogą się przy niej porządnie wynudzić. Tę książkę powinna przeczytać jednak każda kobieta, która ma dzieci. Nie zawsze macierzyństwo jest usłane różami, a wychowanie dziecka to ogromny trud - o tym wie chyba każda mama. "Nie prosiliśmy o skrzydła" to właśnie powieść o różnych odcieniach macierzyństwa. Tutaj nic nie jest proste i czarno-białe. Główna bohaterka, Letty, jest mamą piętnastoletniego Alexa i sześcioletniej Luny, ale dopiero po wyprowadzce swojej matki ma okazję zasmakować rodzicielstwa. Jako samotna mama musi borykać się z przeciwnościami losu i przekonać dzieci (i samą siebie!), że coś jej się w życiu może udać.

"Nie prosiliśmy o skrzydła" to nie tylko powieść o trudnym macierzyństwie. Vanessa Diffenbaugh porusza szereg ważnych tematów: pisze o trudach życia nielegalnych imigrantów, o "american dream", a także o pierwszej miłości, która podobno jest tą największą. Poszczególne wątki przeplatają się ze sobą, tworząc niezwykle realistyczną i wymowną powieść o nadziei i dążeniu do lepszego życia. Tę magiczną opowieść o lepszym jutrze czyta się z największą przyjemnością. Vanessa Diffenbaugh przekonuje nas, że warto, czasem za wszelką cenę, dążyć do zmian w swoim życiu i nie poddawać się, kiedy wiatr wieje nam w oczy. Obserwujemy stopniową przemianę Letty, jesteśmy świadkami dojrzewania dorosłej kobiety do macierzyństwa. Z jej historii możemy wyciągnąć daleko idące wnioski: dzieci rosną zbyt szybko, dziś nas potrzebują, a jutro będą mieć swoje sprawy. Od nas tylko zależy, co zrobimy z tą prawdą.

"Nie prosiliśmy o skrzydła" to powieść, która z pewnością przypadnie do gustu miłośniczkom książek wydawanych w seriach wydawniczych "Kobiety to czytają" i "Leniwa niedziela". Jeśli lubicie książki takich autorek jak Jodi Picoult czy Diane Chamberlain, proza Vanesy Diffenbaugh z pewnością przypadnie wam do gustu. Dylematy natury moralnej, złe decyzje i niejednoznaczne odpowiedzi - to lubię!

Vanessa Diffenbaugh, "Nie prosiliśmy o skrzydła"
Wydawnictwo Świat Książki, 2016
liczba stron: 352
data premiery: 09.11.2016

czwartek, 17 listopada 2016

Helen Fielding "Dziennik Bridget Jones. Dziecko" | Recenzja przedpremierowa



Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z Bridget Jones nie miałam nawet dwudziestu lat i pamiętam, co wówczas pomyślałam. Nie rozumiałam, jak w wieku 30 lat (toż to niemal wiek starczy!) można być taką niepoukładaną, ale już wtedy pokochałam uroczą Bridget, chociaż dzieliły nas lata świetlne. Dzisiaj ja jestem trochę starsza (i absolutnie nie zbliżam się do wieku starczego), Bridget niby też, ale w ogóle się nie zmieniła. I wiecie co? Cholernie dobrze ją rozumiem!

W każdym innym wydaniu ten scenariusz byłby nieporozumieniem: kobieta bzyknęła się z dwoma facetami, którzy nieustannie przewijają się przez jej życie i nie wie, z którym z nim zaciążyła. Porażka, co? Nie w przypadku Bridget. Helen Fielding ma wrodzony talent komediowy i nawet z pomysłu, który mógłby się wydawać po prostu idiotyczny, potrafi wycisnąć świetną komedię. Ta powieść ma w zasadzie dwie wady: czytelnicy znają jej zakończenie (a przynajmniej ci, którzy czytali "Szalejąc za facetem" - trzecią część, która w zasadzie jest czwartą, bo ta jest trzecia) i jest zdecydowanie za krótka. Uroczy happy end przyćmił smutek, że przecież Mark Darcy zaraz wykituje, a Bridget zostanie apetyczną wdówką. Bo, w razie gdybyście jeszcze nie wiedzieli, wydarzenia "Dziecka" toczą się przed "Szalejąc za facetem". Szkoda. Ale to jedyne, co mogę zarzucić tej lekturze.

Ignoruję komentarze i uwagi, jakoby Bridget Jones była lekturą idealną dla zakompleksionych, otyłych singielek. Nie kupuję tego, że Bridget jest tylko ikoną kobiet wyzwolonych i produktem czasów. Nie. Mam gdzieś, czy mój gust zostanie uznany za prosty i tani. Bridget jest urocza, a w "Dziecku" to udowadnia. Tylko ona mogła wpakować się w takie tarapaty i wyjść z nich obronną ręką. "Dziecko" skrzy się humorem, głównie sytuacyjnym. Niektóre sceny wydają się wręcz absurdalne, ale nie w wykonaniu Bridget. Nawet jeśli jest w ciąży. To jest stara, dobra Bridget, jaką pokochałam iks lat temu. Przyjemnie było spotkać się ze starą znajomą, nawet jeśli to nie było spotkanie najwyższych lotów. Odprężyłam się, ubawiłam i zrelaksowałam, a chyba o to chodzi?

"Dziennik Bridget Jones. Dziecko" to brakujące ogniwo pomiędzy drugą a trzecią częścią, coś jakby część druga i trzy czwarte. Trochę za krótka, ale dobrze, że Fielding zdecydowała się napisać tę książkę, wyjaśniając, co stało się w międzyczasie. Filmu nie widziałam, nie przepadam za adaptacjami, ale książka jak najbardziej przypadła mi do gustu.

Helen Fielding "Dziennik Bridget Jones. Dziecko"
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2016
liczba stron: 304
data premiery: 21.11.2016

poniedziałek, 14 listopada 2016

Remigiusz Mróz "Behawiorysta" | Recenzja




Zazwyczaj Mróz mnie nie zawodzi. Wiem, że część blogerów kręciła nosem na "W cieniu prawa" i niektórzy czytelnicy uważają, że autor miewa lepsza i gorsze chwile, ale ja, na szczęście, trafiam na same dobre powieści jego autorstwa. Tym razem jednak Mróz mnie zaskoczył. Spodziewałam się, że "Behawiorysta" będzie dobry, ale nie przypuszczałam, że zmiażdży wszystkie inne publikacje pisarza.

Jako blogerka rozpływam się w zachwytach nad twórczością Mroza. Jako autorka zazdroszczę czasu na pisanie i szybkości, z jaką produkuje kolejne powieści. Zawistni pewnie stwierdzą, że to za szybko, że za dużo. W środowisku słyszy się, że można napisać jedną, maksymalnie dwie dobre książki rocznie. Inaczej będą niedopracowane. Bzdura. Mróz nie traci na jakości, a "Behawiorysta" jest najlepszą jego książką. Napisał coś, czego jeszcze rzeczywiście w Polsce nie było. Zaangażował czytelnika w swoją książkę w pełnym tego słowa znaczeniu. Pozwolił uwierzyć odbiorcy, że ma wpływ na opisywane wydarzenia. To wystarczy, aby wciągnąć się na tyle, aby nie móc odłożyć lektury na półkę. "Behawiorysta" ma ponad 500 stron, a przeczytałam go w jeden wieczór i jeden poranek. Nie wiem, jak zareaguje na to wyznanie mój mąż, ale kocham Mroza.

Już rozpoczęcie wbija w fotel. Zamachowiec zamknął się z dzieciakami i nauczycielkami w przedszkolu i grozi, że zabije zakładników. Prokuratura prosi o pomoc swojego byłego pracownika, kontrowersyjnego Gerarda Edlinga, który specjalizuje się w komunikacji niewerbalnej. To dopiero początek. Służby są bezsilne. A Mróz zagląda głęboko w psychikę nie tylko ściganego, ale i ścigającego. Genialna powieść psychologiczna, której akcja pędzi w zawrotnym tempie. Skończyłam czytać ją dwa dni temu, a wciąż nie mogę się pozbierać. Mróz sporo zaryzykował zakończeniem. Wielu czytelników może mieć do autora pretensje, pytać "dlaczego?", ale ja uważam, że nie mógł napisać lepszego zakończenia tej historii. Cóż, ci, co znają Mroza, wiedzą, że nie zawsze wszystko dobrze się kończy.

"Behawiorysta" to petarda. Ogłusza już na pierwszej stronie, nie pozwala odetchnąć i nabrać dystansu. Mróz świetnie wypada nie tylko w seriach (Chyłka, Forst), ale także w powieściach, które stanowią odrębną historię. W moim odczuciu to najlepsza powieść Remigiusza Mroza. Oczywiście, polecam i niecierpliwie czekam na kolejne wcielenia autora.

Remigiusz Mróz, "Behawiorysta"
Wydawnictwo Czwarta Strona, 2016
liczba stron: 500
data premiery: 26.10.2016

czwartek, 10 listopada 2016

Joanna Marat "Madonny z ulicy Polanki" | Recenzja




Joanna Marat powraca po rewelacyjnej książce "Jedenaście tysiący dziewic". Jej proza znów przenika do szpiku kości i zostawia w czytelniku trwały ślad. "Madonny z ulicy Polanki" to powieść mocna, wielowymiarowa i trudna. Tej książki nie da się przeczytać w jeden wieczór, trzeba jej poświęcić kilka dni, ale moim skromnym zdaniem - warto.

Krótkie, mocne zdania, wyraziste portrety psychologiczne bohaterów i trudna przeszłość - oto sposób na udaną powieść według Joanny Marat. I mnie ten sposób absolutnie przekonuje. Wracamy do części bohaterów znanych z "Jedenastu tysięcy dziewic", ale znajomość poprzedniej książki autorki nie jest niezbędna. "Madonny z ulicy Polanki" to bardzo luźna kontynuacja i powieść można potraktować jako odrębną historię. Spodziewajcie się naszpikowanej historią opowieści o kilku kobietach, o których można powiedzieć, że im w życiu nie wyszło. Ale one się nie poddają. Anka, Weronika, Gosia, Madzia i Dagmara z gorszym lub lepszym skutkiem walczą o swoje. "Madonny z ulicy Polanki" to mocna powieść o zapisanym w DNA cierpieniu i złym losie.

Joanna Marat długo kazała czekać czytelnikom na swoją kolejną powieść, ale oddała w ich ręce historię dopracowaną w każdym szczególe. Opowieściom autorki towarzyszy specyficzny, niepowtarzalny klimat, odrobinę mroczny, może trochę leniwy. Marat snuje swą historię jakby mimochodem, wtrącając ciekawe wnioski z obserwacji otoczenia. "Madonny z ulicy Polanki" zachwycają licznymi nawiązaniami do historii czy kultury. Z tej lektury wyłania się intrygujący portret przede wszystkim autorki: kobiety oczytanej, inteligentnej, z ogromną wiedzą o otaczającym świecie. W przeciwieństwie do znakomitej większości wydawanych współcześnie książek, "Madonny z ulicy Polanki" są dziełem. To jest powieść, której nie można zamknąć w sztywnych ramach.

Cokolwiek bym nie napisała, nie uda mi się oddać uroku i nastroju tej książki. Mam nadzieję, że was zaintrygowałam i przekonacie się sami, jaką wartościową prozę tworzy Joanna Marat. Ja jestem zachwycona "Madonnami z ulicy Polanki" i już czekam na kolejną powieść autorki. Wierzę, że będzie równie udana.

Joanna Marat "Madonny z ulicy Polanki"
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2016
liczba stron: 480
data premiery: 03.11.2016