poniedziałek, 27 października 2014

Monika A. Oleksa: "Moja najnowsza książka to dla mnie samej wielka tajemnica"




"Samotność ma twoje imię" to kolejna już, po "Uśmiechu Mima", "Miłości w kształcie kasztana" i "Ciemnej stronie miłości", powieść Moniki Oleksa. Autorki, która jak nikt potrafi zajrzeć w głąb duszy i w sposób czarujący opisać najgłębiej skrywane tęsknoty każdego człowieka. Książka zbiera najwyższe oceny i najbardziej pochlebne recenzje, postanowiłam więc porozmawiać z autorką oraz zapytać o to, dlaczego to właśnie Samotność jest jedną z głównych bohaterek powieści i czyje opinie są dla pisarki ważniejsze: czytelników, a może krytyków literackich?



Samotność to raczej mało optymistyczny temat książki. Dlaczego zdecydowała się Pani uczynić Samotność jedną z głównych bohaterek powieści?

To nie ja zdecydowałam. To ona wybrała mnie i moje pióro. Moja najnowsza książka „Samotność ma twoje imię” to dla mnie samej wielka tajemnica. Powstanie tej książki jest dla mnie  zagadką, której jeszcze nie potrafię rozgryźć i wierzę, że sama książka i to, jak będzie odbierana przez Czytelników, odpowie mi na pytanie, dlaczego się pojawiła. Bohaterki tej książki po prostu do mnie „przyszły”.  Wiem, że może zabrzmi to nieco dziwnie, ale nie planowałam tego. Świadomie nigdy nie zmierzyłabym się z tematem samotności, gdyż jest to zbyt trudne, i często zbyt bolesne w życiu ludzi, aby ten problem opisywać i o tym rozmawiać.  Byłam w trakcie pisania zupełnie czegoś innego (do czego, nota bene, teraz wróciłam) i znalazłam się w okresie zastoju twórczego, gdy każde przychodzące zdanie nie spełniało moich oczekiwań i nie chciało się układać tak, jakbym tego chciała. Na pewien czas zostawiłam tamten projekt, planując, że wrócę do niego, gdy przyjdzie właściwy moment. Pamiętam, że to była jesień. Listopad i jego melancholia wkradły się również do mojego życia, i nagle "zobaczyłam" oczami mojej wyobraźni, kobietę. Zobaczyłam scenę przy grobie, i dziwne spotkanie z mężczyzną. Napisałam coś, sama nie wiedząc, dlaczego to robię. To nie był początek książki, ani opowiadanie, tylko jakby wyjęty fragment z większej całości. Nie miałam pojęcia, co mam z tym zrobić i dlaczego właśnie takie słowa ze mnie wypłynęły. Opublikowałam ten fragment na swoim blogu (www.magialiterczarslow.blogspot.com) i zostawiłam. Po jakimś czasie "zobaczyłam" kolejną kobietę, tym razem w zupełnie innym wieku, siedzącą przy stole. I zobaczyłam ją. Samotność. Siedziała razem z tą kobietą, i poprzednio była razem z dziewczyną, którą opisałam. Kiedy podobna rzecz powtórzyła się z kolejnym fragmentem, zrozumiałam, że muszę za tym pójść i dać się tym bohaterom poprowadzić, czekając, dokąd mnie doprowadzą. I właśnie tak napisałam "Samotność...". Idąc za nią i pozwalając, aby stała się jedną z bohaterek mojej powieści.  

W swojej książce opisuje Pani Lublin, Kazimierzy Dolny i Dąbki. Czy te miejsca mają dla Pani szczególne znaczenie?

Ogromne! Wszystkie te miejsca – Lublin, Kazimierz Dolny, Nałęczów i Dąbki – są bliskie mojemu sercu  i dają mi inspirację do chwytania ulotnych słów, które zatrzymuję na kartach swoich powieści. Lublin to moje miasto rodzinne. Tutaj się urodziłam i tu mieszkam. Kocham to miasto i dobrze się w nim czuję, a z roku na rok doceniam je coraz bardziej i cieszę się, widząc jak się zmienia i pięknieje. 
Nałęczów i Kazimierz Dolny to zakątki, do których uciekam na niedzielny spacer lub czas wyciszenia. W Nałęczowie mam ulubioną kawiarnię „Ewelina”, w której są najlepsze ciastka na świecie! Delicja nałęczowska i kremówka nie mają sobie równych! Lubię spędzać tam niedzielne popołudnie, połączone z obowiązkowym spacerem po Parku Zdrojowym. Pomimo tego, że wszystkie alejki znam na pamięć, mogę dreptać po nich w nieskończoność i za każdym razem zachwycać się Nałęczowem tak, jakbym widziała go pierwszy raz. „Ewelina” to również ludzie. Pani Ania Bartosiewicz, prowadząca wraz z mężem pensjonat i stylową kawiarnię, ogrzewa ludzkie serca swoim ujmującym uśmiechem, chwilą rozmowy, którą znajduje dla każdego  i ogromnym zaangażowaniem. Bardzo ją cenię za to, że dzięki jej ciężkiej pracy, ja mam takie miejsce, do którego wpadam zawsze wtedy, gdy chcę odrobiny odświętności w swoim życiu, i do którego zabieram bliskich sobie ludzi. Podobnie jest z Kazimierzem. Też mam tam swoje miejsce – Hotel i Restauracja „Dwa Księżyce”, położone tuż przy nadwiślańskiej promenadzie. To również tam powstawały obszerne fragmenty mojej książki, i tam narodziła się postać Róży, której prawdopodobnie bym nie „spotkała”, gdyby nie pan Aleksander Serwatka, który zaprosił mnie do skorzystania z gościnności „Dwóch Księżyców” i uroków zimowego Kazimierza. Biały obraz miasteczka wciąż mam przed oczami, a kazimierskie sceny są tak wyraźne dzięki temu, że były pisane właśnie tam – w Kazimierzu i hotelu „Dwa Księżyce”. 
I  Dąbki... to cały rozdział w moim życiu. Kocham tą rybacką wioskę, obecnie uzdrowisko, za niepowtarzalny klimat, który wciąż zachowało, i za ludzi, których od kilku już lat nazywam swoimi bliskimi. Są dla mnie rodziną, którą dostałam w darze, i za którą codziennie dziękuję. Pensjonat „Maria” w Dąbkach, prowadzony przez drogich mi Marię i Franciszka Sawickich, to moje zacisze, w którym moje książki nabierają tempa i piszą się same. Mam tam swoich przyjaciół i ludzi, do których moje serce tęskni cały rok, i w zasadzie czuję się tak, jakbym miała dwa domy – ten w Lublinie, i ten w Dąbkach. 
    
Jak historia Ewy i pozostałych kobiet rodziła się w Pani głowie?

Obserwowałam moje bohaterki. Zawsze tak jest, gdy „przychodzą”. Przyglądamy się sobie ciekawie – one mnie, pewnie z powątpiewaniem, czy uda mi się opisać ich historię:), a ja z ciekawością. Wchodzę w ich życie powoli, ale całą sobą. Gdy zaczynam pisać, odczuwam wszystkie te emocje, które im towarzyszą. Jestem empatką i każda książka mnie spala, bo w każdą wkładam całą siebie i serce, które czuje. Często chodzę zamyślona, przypalam obiad, zdarza mi się pojechać w zupełnie inne miejsce niż planowałam, i potem muszę nadrabiać kilometrów, bo najczęściej zdarza mi się to w drodze do pracy! Proces twórczy jest bolesny, bo często przypłacam to migreną, ale dzięki temu, że piszę całą sobą i nie traktuję tego jedynie jak warsztat, moje książki są właśnie takie, jakie są. Ludzkie i prawdziwe, jak moje bohaterki. 
   
Jakie wydarzenie ukształtowało Panią jako pisarkę?

Piszę, odkąd tylko zaczęłam czytać, więc trudno mi znaleźć taki moment, który nadał mi obecny kształt. Z każdą książką staram się rozwijać, nad każdą pracuję długo, stawiając na jakość, a nie ilość. Momentem przełomowym w moim życiu, w którym przestałam pisać do szuflady, było wydanie „Uśmiechu Mima”. Ten zbiór opowiadań był prezentem od mojego męża, który wierzył we mnie i za mnie. Marcin pomógł mi spełnić najskrytsze i najgorętsze marzenie, i pokazał mi, że mam skrzydła. Dzięki niemu jestem już w stanie te skrzydła rozłożyć i pamiętać, że wciąż są. Myślę, że właśnie dzięki jego miłości i wierze we mnie, jestem dziś tym, kim jestem i właśnie taka, jaka jestem. 

Z czym jeszcze w literaturze chciałaby się Pani zmierzyć?

Nie stawiam sobie literackich wyzwań i nie planuję, co chciałabym napisać. To przychodzi samo. W pewnym momencie po prostu to czuję, i idę za tym. Ostatnio czuję inwazję sympatycznych owadów i jednego wiernego psa, do opisania których dojrzewam, więc pewnie zmierzę się z literaturą dla dzieci, póki jeszcze moje własne są w takim wieku, że będą chciały to przeczytać:) 

Co jest dla Pani ważniejsze: uznanie czytelników czy krytyków literackich? Wolałaby być Pani niedocenioną przez publiczność, ale nagradzaną pisarką czy odpowiada Pani status autorki lubianej, ale nie koniecznie wyróżnianej?

Oczywiście, że Czytelników! To dla nich piszę, a nie dla krytyków, którzy za miesiąc i tak zapomną tytuł książki, którą ocenili. O wiele większą wartość mają dla mnie łzy wzruszenia, uścisk dłoni i szepnięte ”dziękuję!” zwykłego człowieka, który dla mnie jest zawsze niezwykły. A krytycy... muszą z czegoś żyć, skoro wybrali taki zawód... 

 Praca nad którą z książek przysporzyła Pani najwięcej trudności?

Wydaje mi się, że była to „Miłość w kasztanie zaklęta”. Pierwsza powieść, pisana jeszcze ze zbyt małą wiarą we własne marzenia, splatana po kawałku przez wiele lat. Dziś traktuję ją jak talizman, bo od niej wszystko się zaczęło tak naprawdę... 

Czy jest Pani osobą zdyscyplinowaną? Pisze Pani codziennie?

Niestety nie! Pomimo obietnic składanych sobie i mężowi, który bardzo mnie dopinguje i „zagania” do pracy twórczej zupełnie tak samo, jak ja nasze dzieci do nauki:), w nawale obowiązków związanych z pracą zawodową i byciem pełnoetatową mamą, nie znajduję codziennie czasu na pisanie. Po pracy jestem tak zmęczona, że myśli mi się plączą, a w ciągu dnia zajmuję się tysiącem innych, ważnych spraw, że pisanie, które dla mnie zawsze jest nagrodą i wielką przyjemnością, zostawiam na „potem”. Chciałabym to w sobie zmienić i, pomimo wszystko, pisać regularniej.  

Gdyby miała Pani w kilku zdaniach opisać, zachęcić czytelnika do lektury „Samotność ma twoje imię”, co by Pani chciała przekazać? 

Najtrudniejszym zadaniem dla pisarza jest napisanie kilku zdań na okładkę własnej książki, zachęcających do sięgnięcia po nią. Trudno mi znaleźć słowa, przekonujące kogoś, aby sięgnął po „Samotność...”. Myślę, że ta książka ma wiele do powiedzenia, ale aby się o tym przekonać, trzeba po nią sięgnąć. Do czego gorąco zachęcam, dziękując, Pani Magdo, za tą rozmowę, która była dla mnie ogromną przyjemnością. 


1 komentarz:

  1. Witam pania przeczytalam dwie ksązki pani i jestem zachwycona nimi uwielbiam czytac moja mama mnie mozna powiedziec zraziła czytaniem i tak zostało i ciesze sie bo moje crki tezbardzo lubia czytać dzieki pani która pracuje w bibliotece poznałam pani książki i proszę o więcej pozdrwiam Grażyna

    OdpowiedzUsuń