Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katarzyna bonda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katarzyna bonda. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2015

Katarzyna Bonda "Okularnik" | Recenzja przedpremierowa




Któż spośród osób, które mają jakiekolwiek pojęcie o współczesnej polskiej literaturze, nie słyszał nazwiska "Katarzyna Bonda"? Nawet jeśli w przeszłości znalazły się takie osoby, po premierze i sukcesie "Pochłaniacza" każdy usłyszał o kobiecie, którą okrzyknięto królową polskiego kryminału. 20 maja na rynku ukaże się najnowsza powieść autorki, kontynuacja bestsellerowego "Pochłaniacza", "Okularnik". Jednego nie można zarzucić Bondzie: do swojej pracy przygotowuje się perfekcyjnie. I w tym tkwi szkopuł. Czy książka może być... tak perfekcyjne dopracowana, że aż przesadzona?

Sasza Załuska przybywa do Hajnówki, aby spotkać się z Łukaszem Polakiem - głównym podejrzanym w sprawie o kryptonimie "Czerwony Pająk", a jednocześnie ojcem dziecka Saszy i jej były kochankiem. Na miejscu okazuje się, iż Polak został zwolniony z prywatnej klinki psychiatrycznej i nie znane jest miejsce jego pobytu. Podczas poszukiwań Polaka, Sasza miesza się na miejscu w sprawę porwania świeżo poślubionej małżonki lokalnego biznesmena, Piotra Bondaruka. Iwona zniknęła bez wieści chwilę po ślubie. Podejrzenia padają na Bondaruka, gdyż Iwona jest już trzecią zaginioną kobietą Piotra. Mężczyzna prowadzi w Hajnówce - miejscu, gdzie mieszają się kultury polska i białoruska - ciemne interesy. Tymczasem lokalna policja otrzymuje zawiadomienie o odnalezieniu kolejnej ludzkiej czaszki. Sprawa zdaje się mieć swoje źródło w latach 40. ubiegłego stulecia. 

W "Pochłaniaczu" wiodącą metodą kryminalną była osmologia - badanie zapachu. W "Okularniku" Bonda opisuje antroposkopie - metodę rekonstrukcji twarzy na podstawie czaszki. Tak jak w przypadku poprzedniej części tetralogii kryminalnej, możemy liczyć na doskonałe przygotowanie merytoryczne autorki. Bonda ma pojęcie i wie, o czym pisze. Jak sama przyznaje, nie tworzy książki korzystając z pomocy Google. Musi przeżyć, zobaczyć, usłyszeć, dotknąć, doświadczyć. Rzeczywistość z kart kryminału Bondy nie trzeszczy. Podczas lektury towarzyszy nam odczucie, że "Okularnik" nie został napisany. Został opisany. Katarzyna Bonda tworzy potężne powieści. Dzieła wyróżniające się, nie tylko objętością, ale również zawartością. Bonda wprowadziła do polskiego kryminału szereg innowacyjnych rozwiązań. Szczyt osiągnęła wydając "Pochłaniacza". Co dzieje się, gdy autor znajdzie się już na szczycie?

Oczywiście - pragnie pozostać na szczycie. Pracuje, zbiera materiały, w końcu pisze. Pisze powieść jeszcze bardziej potężną niż poprzednia. Dłuższą, bardziej szczegółową, jeszcze bardziej perfekcyjną. Czasem jednak okazuje się, iż bycie lepszym niż najlepsza wersja samego siebie nie wychodzi człowiekowi na dobre. "Pochłaniacz" mnie zachwycił. Długo zbierałam szczękę z podłogi. Tymczasem "Okularnik"... Jasne, podobał mi się. Kiedy już się rozkręcił. Książka ma aż 850 stron, z czego ponad 250 to przydługi i, niestety, średnio porywający wstęp. Bonda ma doprawdy wspaniałą i arcyciekawą historię do opowiedzenia. Odnoszę jednak wrażenie, iż zbyt długo droczy się z czytelnikiem, zbyt wolno wprowadza poszczególnych bohaterów na scenę, perfekcyjnie kreśli tło, przygotowuje na to, co ma nastąpić. Moim skromnym zdaniem można było zadbać o oprawę, równocześnie snując właściwą fabułę. Książka jest za długa o jakieś 300 stron. Bonda chciała przeskoczyć samą siebie z "Pochłaniacza" i przesadziła. To widać. "Pochłaniacz" skradł moje serce z marszu, tymczasem "Okularnik" musiał bronić się przez długi czas.

Nie zawsze to, co skomplikowane i rozbudowane jest lepsze od tego, co proste i napisane w sposób zwięzły, czego najlepszym dowodem jest nowa książka Katarzyny Bondy. "Okularnik" to świetna powieść, ale zbyt perfekcyjna, by mogła zostać łatwo strawiona. Bonda, pisząc "Okularnika", połączyła współczesne zaginięcie młodej kobiety z historią pogromu wsi prawosławnej. Połączenie wybuchowe i doprawdy niezwykle interesujące. "Okularnik" to wciąż bardzo dobra literatura, chociaż na dobre wyszłoby książce, aby nie była aż tak przekombinowana.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Katarzyna Bonda "Okularnik"
Wydawnictwo MUZA SA, 2015
ilość stron: 848
data premiery: 20.05.2015

czwartek, 11 grudnia 2014

Polskie autorki spotykają się na "Cichej 5" [Recenzja]





"Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy.
Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszystkie spory.
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich."


Tak o tym wyjątkowym, grudniowym dniu śpiewały Czerwone Gitary w 1966 roku. Dzisiaj, 48 lat później, z okazji tego dnia przy ulicy Cichej 5 spotykają się najpopularniejsze polskie autorki: Katarzyna Bonda, Małgorzata Kalicińska, Katarzyna Michalak, Krystyna Mirek, Natasza Socha, Małgorzata Warda i Magdalena Witkiewicz. Wydają razem szczególną książkę - zbiór opowiadań świątecznych. Wspólnym mianownikiem są magiczne Święta Bożego Narodzenia oraz "Cicha 5". Kamienica, w której mieszkają wyjątkowi bohaterowie utworów.

Samotny, przed laty porzucony przez żonę mężczyzna, który tradycyjnie już zamierza spędzić święta w podróży. On jeden i dwie pokręcone kobiety. 
Dobry układ - szanowany senator oraz jego piękna, młoda żona. I ten drugi.
Samotny, starszy pan, któremu nie brakuje nic oprócz miłości i rodziny, postanawia odmienić swoje życie.
Rzeźbiarz, pozbawiony możliwości kontaktu ze swoimi dziećmi. W Wigilię do drzwi jego mieszkania puka dawno niewidziany, zmarznięty syn.
Osobliwa babcia, która postanawia nie dać się rakowi, robi karierę na portalach społecznościowych i nosi kolorowe stroje.
Młoda wdowa, której śmierć męża burzy poukładane, szczęśliwe życie. Serce Janka jednak bije dalej dla mężczyzny, który otrzymał od rodziny zmarłego niezwykły dar.
Starsza pani, która przed laty postanowiła zostać Świętym Mikołajem.
Tych niezwykłych ludzi spotkacie przy Cichej 5...

"Cicha 5" to zbiór magicznych, wspaniałych opowiadań świątecznych. Książka doskonale wprowadza nas w ten wyjątkowy, grudniowy czas. Każdy z bohaterów wnosi wiele do życia czytelnika, zmusza nas do głębszej refleksji i przewartościowania naszego życia. Grudzień to najlepszy czas, aby coś zmienić, powiedzieć najbliższym, jacy są dla nas wyjątkowi, podarować niezwykły, bezcenny dar. "Cicha 5" pozwala wyłonić najważniejsze sprawy w ferworze przedświątecznych przygotowań. Autorki przekonują nas, iż to nie lepienie uszek, gotowanie barszczu czy ubieranie choinki są najistotniejszymi elementami grudniowych zabiegów. Polskie pisarki mają dla nas przepiękne, wartościowe utwory, które wyciskają łzy z oczu.

Wyłonienie jednego tylko opowiadania, tego "najlepszego" spośród wszystkich utworów, jest niemożliwe. Każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie, bo i bohaterowie są uniwersalni, a ich losy - chociaż w pewnym momencie zbiegają się ze sobą - wyjątkowe i niepowtarzalne. Do mnie szczególnie przemawia opowieść Małgorzaty Wardy. Opowiadanie "Serce" wycisnęło z moich oczu morze łez. Autorka przedstawia swoją bohaterkę w czasie wyjątkowo dla niej trudnym. Za chwilę mają zacząć się Święta Bożego Narodzenia, tymczasem Pola kilka miesięcy wcześniej została wdową i nie radzi sobie ze swoją żałobą. Pogrążając się w bólu, staje się nie najlepszą matką dla swojej córeczki. Czy te święta mają jeszcze szanse być czasem magicznym? Jak zasiąść do wigilijnego stołu, kiedy serce wypełnia pustka i tęsknota za osobą, z którą dzieliło się radość z poprzednich świąt? 

Każda z autorek przekazuje nam coś wyjątkowego, niebanalnego. Dzięki "Cichej 5".. poczułam święta, kiedy pogoda za oknem razi szarością, a w domu nie roznosi się jeszcze zapach choinki i świątecznych potraw. Książka rozbudza tęsknotę za piękną, rodzinną Gwiazdką. I aż chce się coś w swoim życiu zmienić... 

Wesołych Świąt, kochani!

Dziękuję Wydawnictwu Filia za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Katarzyna Bonda, Małgorzata Kalicińska, Katarzyna Michalak, Krystyna Mirek, Natasza Socha, Małgorzata Warda, Magdalena Witkiewicz, "Cicha 5"
Wydawnictwo Filia, 2014
ilość stron: 380
data premiery: 05.11.2014

środa, 28 maja 2014

Marzenia należy spełniać już dziś. Spotkanie autorskie z Katarzyną Bondą

Dedykacja dla autorki bloga od Katarzyny Bondy

27 maja o godzinie 18:00, w cieniu kamienicy, w której Bonda umieściła dwa trupy w swojej powieści "Tylko martwi nie kłamią", w Księgarni Matras przy ulicy Stawowej w Katowicach autorka bestsellerowego już "Pochłaniacza" spotkała się ze swoimi czytelnikami. Miałam niewątpliwą przyjemność znajdować się pośród grona osób, którym Katarzyna Bonda dodała skrzydeł. Jej obecność wpływa na ludzi motywująco, daje przysłowiowego kopa do działania. Bo Bonda wie, że marzenia należy spełniać już dziś.

Jakiś czas temu, dzięki możliwościom, jakie daje Internet, miałam okazję przeprowadzić z Katarzyną Bondą wywiad, który ukazał się na Przeglądzie czytelniczym w dzień premiery najnowszej książki autorki, "Pochłaniacz". Już wtedy Bonda zafascynowała mnie jako człowiek. Z zapisu naszej rozmowy wyłania się obraz kobiety pewnej siebie, zdeterminowanej, by osiągnąć cele, które sobie założyła, ale jednocześnie otwartej na świat, sympatycznej i pełnej pokory. Jaka jest na żywo?

Spotkanie poprowadził Robert Ostaszewski, a swoją obecność przez cały czas zaznaczała widownia. Wywiązał się ciekawy dialog pomiędzy czytelnikami a pisarką. Jedna z czytelniczek, sama związana ze wspomnianą kamienicą przy ulicy Stawowej, już na wstępnie zadała autorce pytania o to, skąd wziął się pomysł umieszczenia akcji powieści "Tylko martwi nie kłamią" akurat w Katowicach w tym konkretnym budynku. Okazuje się, iż Katarzyna Bonda już od dawna, kiedy myślała o kryminale, wiedziała, że wszystko rozegra się w Katowicach. Fascynował ją Śląsk, jego industrialny charakter, olbrzymia przestrzeń. Autorka przed rozpoczęciem pisania odwiedziła Stawową, z zegarkiem w ręku odmierzała czas, jaki jest potrzebny do oddalenia się od miejsca zbrodni tak, aby potem rzetelnie oddać to na kartach powieści. Bo Bonda nie tworzy kryminałów we współpracy z Google. Ona musi odwiedzić miejsce, gdzie zakwateruje swoich bohaterów, poczuć jego klimat.

Katarzyna Bonda jest dziennikarką z wykształcenia. Przez 12 lat pracowała w zawodzie dla najbardziej prestiżowych gazet, m.in. dla "Newsweeka", o czym wspominała na spotkaniu autorskim w Katowicach. Dlaczego zrezygnowała z tego i zajęła się zawodowo pisaniem książek? Bonda była dziennikarką w czasach, kiedy ta profesja nie była jeszcze skomercjalizowana. Kiedy pośpiech stał się główną domeną, a na poznanie sprawy od podszewki, przeprowadzenie wywiadów i opisanie dokładnie tematu zamiast 2 tygodni musiało wystarczyć 3 dni, pisarka podjęła, jak sama mówi, najlepszą decyzję w życiu. Postanowiła spełnić swoje marzenia i zacząć pisać książki. Bo marzenia należy spełniać już dziś, co podkreśliła Katarzyna Bonda podczas wczorajszego spotkania.

Zapytana o innych wartych polecenia pisarzy powieści kryminalnych, wymienia Marcina Wrońskiego, Mariusza Czubaja oraz Zbigniewa Miłoszewskiego. Przyznaje, iż pisze literaturę popularną i wierzy, że jej książki spełniają swoją rolę. Nigdy nie aspirowała to bycia autorką wywodów filozoficznych czy moralizatorskich, których sama nie czyta, gdyż ją nudzą.

Autorka "Pochłaniacza" jest profesjonalistką. W końcu, podczas spotkania w katowickim Matrasie, zrozumiałam, co myśli, twierdząc, że "kryminału się nie wymyśla". Bonda skrupulatnie zapisuje każdy z elementów rzeczywistości, jaka ją otacza. Wie, że ma wokół siebie mnóstwo inspiracji. Przyznaje, iż wielu z poznanych przez nią osób znajduje odzwierciedlenie na kartach jej powieści. Nie możemy negować istnienia zła. Ono przecież jest i to wcale nie tak daleko.

Katarzyna Bonda wypisuje
dedykacje dla czytelników
Katarzyna Bonda to nie tylko autorka rewelacyjnych kryminałów. To także niesamowicie mądry życiowo człowiek. Ze spotkania wyszłam podbudowana, przekonana, iż kiedy wybierzemy właściwą drogę, zaczniemy realizować nasze marzenia, wszelkie okoliczności będą dla nas sprzyjające. Bonda wzięła sprawy w swoje ręce, nie bała się sięgać wciąż wyżej i wyżej. Przekonana o własnej wartości wie, iż "Pochłaniacz" jest jej najlepszą z dotychczasowych powieści. Nigdy nie spoczęła na laurach, cały czas uczy się i szlifuje swój warsztat. Krytycznie podchodzi do tego, co napisała. Widzi postęp, jaki zrobiła przed te lata od wydania pierwszej książki. Mimo iż już została okrzyknięta "królową polskiego kryminału", wciąż stawia sobie poprzeczkę coraz wyżej. A przy tym jest przesympatyczną osobą. Pełna pokory i pewności siebie? Wydaje się, iż te dwie cechy mogłyby wykluczać siebie nawzajem. A jednak! Taka jest Katarzyna Bonda.

Po spotkaniu jestem naładowana pozytywną energią. Bonda jest niesamowitą kobietą. Z jednej strony wnikliwy obserwator, sama czerpie wiele z kontaktów z człowiekiem. Z drugiej - przekazuje swoją moc ludziom, którzy znajdują się wokół niej. Uśmiechnięta, pełna szacunku dla swoich czytelników. Wie, że bez nich pisarz nie istnieje.

Autorka bloga, Magdalena Kijewska z Katarzyną Bondą
(zdj. robione telefonem, stąd słaba jakość)

środa, 21 maja 2014

"Wszystko wydarłam pazurami". Wywiad z Katarzyną Bondą

Katarzyna Bonda / fot. dzięki uprzejmości autorki


Nie wzięła się znikąd. Na sukces pracowała nieprzerwanie od lat. Została okrzyknięta "królową polskiego kryminału", wcześniej polskim Nesbo i polską Lackberg, a ona jest po prostu polską Bondą. Jej powieść "Pochłaniacz" właśnie trafiła do księgarni i już wiadomo, że jest wielkim sukcesem. Poznajcie Katarzynę Bondę.



Rozmawiamy z okazji premiery Pani najnowszej powieści, „Pochłaniacz”. O książce sporo mówi się już przed jej ukazaniem się na rynku, zbiera świetne recenzje. Wygląda na to, że to jest „ten” moment, na który czeka każdy pisarz. Co Pani teraz czuje?

Dumę. Jak zwykle zrobiłam wyłom w literaturze kryminalnej. Jak zwykle zaryzykowałam i opłaciło się. Lubię z każdą książką podnosić poprzeczkę i ostro się gimnastykuję, by się nie powtarzać, choć jest wielu autorów, którzy tworzą produkty identyczne, twierdząc, że tego chcą czytelnicy. Ja w to nie wierzę. Natomiast jestem przekonana, że moja idee fix, by wciąż się rozwijać jako pisarz ma sens. Zwłaszcza, że mogę sobie na to pozwolić, ponieważ uprawiam literaturę rozrywkową, czyli przede wszystkim mój czytelnik ma się dobrze bawić, chcę go wprowadzać w nowe, nieznane światy, chcę by obcując z Bondą miał niepowtarzalną przygodę. I choćby dlatego nigdy, przenigdy nie będziecie mogli przewidzieć co dla was jeszcze szykuję w nowej powieści. 

Została Pani okrzyknięta „królową polskiego kryminału”. Jak podchodzi Pani do takich tytułów?

Hahahaha! Traktuję to z przymrużeniem oka, nie zakładam korony i nie chadzam w niej po domu, nie wywyższam się i nie lubię władzy. Ale lubię, kiedy czytelnicy piszą do mnie, że moje książki zawładnęły ich czasem, umysłem i sercem. Tak królować chcę i zamierzam bardzo długo. Piszę książki bowiem nie dla siebie, dla własnego widzimisię czy z jakichś egotycznych pobudek ale dlatego, że wierzę w opowieść. To ona jest bowiem karmą dla duszy. Naprawdę w to wierzę, że człowiek nie potrzebuje tylko auta, komórki i dobrej żywności, by sprawnie funkcjonować. Musi też przezywać emocje i radzić sobie z nimi. Książka – zwłaszcza kryminał, czyli opowieść o tym, że idealny świat się rozsypał i czytelnik wraz z bohaterem głównym musi go na nowo poskładać do kupy – jest właśnie po to, byśmy przeżywali emocje. Byśmy razem z bohaterem pokonywali nasze lęki, strachy, spełniali marzenia. Najpierw dzieje się to na papierze, a potem mamy odwagę na to w rzeczywistości. Chcę być takim przewodnikiem dla każdego z was. To jest moje marzenie. By człowiek trzymał moją książkę i sięgał do niej, kiedy mu źle, smutno lub się nudzi. Chcę być w sercu czytelnika, na jego półce na stałe, a nie tylko na chwilę w dniu premiery. Jak mnie nazywają ma mniejsze znaczenie. Jeśli mogłabym być „królową waszych serc” – wchodzę w to. 

„Pochłaniacz” nie jest Pani pierwszą powieścią. Wcześniej napisała Pani trzy części z cyklu o Hubercie Meyer oraz książi z kategorii literatury faktu „Polskie morderczynie” i „Zbrodnia niedoskonała”. Jak Pani sądzi, dlaczego to właśnie „Pochłaniacz” się wybił?

Ponieważ to moja najlepsza książka. Tak, potwierdzają to entuzjastyczne recenzje, które zaczęły się pojawiać grubo wcześniej zanim książka się ukazała. Inna rzecz, że ja dawno nie wydałam nic nowego. Moi czytelnicy byli głodni. Nie wierzę w stukanie książek co kilka miesięcy. U mnie ten proces trwa bardzo długo. Opowieść musi mi się ułożyć w głowie, zanim siądę do jej opowiadania. To profesjonalizm, nie żadna twórczość. Jestem po prostu dobrym rzemieślnikiem i dlatego też wiem co zrobić, żeby opowieść trzymała się kupy fabularnie, żeby intryga trzymała za gardło. W moich kryminałach jest też miejsce na liryzm, na miłość, na dobro. Tego nie znajdziecie nigdzie indziej. I paradoksalnie kiedy zaczynałam pisać, a w Polsce wtedy królowały rasowe, proste kryminały, bez rozbudowanej psychologii, bez tych wszystkich społeczno-obyczajowych elementów, na które ja kładę nacisk – to mi zarzucano jako niepotrzebną domieszkę. Potem nagle okazało się, że to mój atut, bo przyszli Skandynawowie ze swoimi psychologicznymi powieściami. I nagle wszyscy okrzyknęli mnie, że Bonda jest skandynawska, że to światowa liga. Byłam już polską Lackberg, polskim Nesbo, a ja przecież od zawsze jestem i byłam polską Bondą. To także dowodzi, że jeśli się jest upartym lecz skromnym i pracowitym oraz umie się wykorzystać tę odrobinę talentu, którą niby się posiada, można być pewnym, że z czasem to da efekt. To jest geneza sukcesu „Pochłaniacza”. Nie wierzę w sukces natychmiastowy, to wydmuszka. By dziś królować musiałam ciężko harować przez ostatnie 10 lat w literaturze i kolejne kilkanaście wcześniej w dziennikarstwie. Zapewniam, że wszystko wydarłam pazurami i żadne z napisanych w tym czasie słów nie uważam za stracone. 

Skąd zainteresowanie osobą profilera w Pani książkach?

Dziś już nie ulega kwestii kto odkrył ten zawód dla Polaków. To byłam ja. Miałam wtedy dwadzieścia kilka lat i byłam jeszcze dziennikarką. Pisałam tekst dziennikarski i trafiłam do Rawicza, gdzie całemu miasteczku chcieli zrobić testy DNA. W sklepie spożywczym zasztyletowano młodą dziewczynę i nie mogli wykryć sprawcy. Napisałam tekst i po jakimś czasie znalazłam notkę, że znaleziono zabójcę, który okazał się seryjnym mordercą. Zadzwoniłam do komendanta i zapytałam, jak go znaleźli. Usłyszałam, że przyjechał – cytuję - koleś w czarnym płaszczu, wziął akta na noc, a rano jak komendant przeczytał, to wiedział, o kogo chodzi. I on się przyznał nie tylko do tej sprawy. Komendant nie znał nawet słowa profiler, mówił „jakiś prowajder”. To było w 2004 roku. Dziś już każdy wie, kto to jest. Poprosiłam komendanta, żeby dał mi telefon do tego „prowajdera”, bo nie mogłam uwierzyć, że jest w Polsce ktoś, kto naprawdę zajmuje się profilowaniem. Kiedy pojechałam do Bogdana Lacha miałam szczątkową wiedzę z filmów i z anglojęzycznej literatury. Wiele osób w Polsce do tej pory nie wierzy w skuteczność profilowania. Kiedy wyszła nasza książka o profilowaniu była cała masa głosów, że to nie jest dziedzina naukowa tylko wróżenie z fusów i jasnowidztwo. Ja odpieram te ataki, im głębiej wchodziłam w tę dziedzinę, tym bardziej widziałam, jak to jest bardzo analityczne. Wszystkie elementy musza się złożyć jak puzzle. Profiler używa psychologii, ale musi mieć wiedzę z wielu dziedzin, z kryminologii, wiktymologii, prawa, musi wiedzieć, jak rozmawiać z patologiem. Na przykład nie zdajemy sobie sprawy, że trakcje mostów albo linii elektrycznych bardzo wpływają na postrzeganie przestrzeni. Jeśli sprawca chce ukryć zwłoki, to trudniej jest mu przekroczyć Wisłę. Mieszka po jednej stronie, to ukryje je po drugiej, bo będzie czuł się bezpieczniej, bo to nie jest jego teren. Była taka sprawa z babcią, która usypiała staruszki benzodiazepinami. Długo nie mogli jej znaleźć, dopiero kiedy profiler wszedł do sprawy to określił jej wiek, płeć i to, że ona dojeżdża do Warszawy kolejką. Określił jej strefę buforową (bezpieczną, gdzie mieszka) i strefę działania. Profil jest długą ekspertyzą na kilka stron, w której policjanci dostają pigułę psychologiczną i wiedzę wiktymologiczną o ofierze plus najważniejsze czyli cechy osobowości sprawcy. W jakim jest wieku, gdzie może mieszkać, jakiej jest płci, orientacji seksualnej, jaką pracę wykonuje. 

Zaintrygował mnie opis Pani fanpage na facebooku: „Kryminału się nie wymyśla”. Więc jak go napisać?

Pisanie książek kryminalnych to wieloetapowa praca. Każdy może mieć pomysł na fabułę, ale tutaj ważniejsze jest wykonanie. Bo kryminał to tak naprawdę popis maestrii rzemiosła autora. Ja osobiście wszystko sprawdzam. Dokumentacja to moja ulubiona rozrywka przed etapem pisania. Konsultuję nie tylko dialogi, elementy kryminalistyczne, ale także życiorysy postaci, osobiście odwiedzam lokacje, w których dzieje się akcja. Wszystko, o czym czytacie w moich powieściach osobiście dotknęłam, zbadałam, znalazłam w aktach prawdziwych spraw kryminalnych, potwierdziłam ich prawdopodobieństwo u ekspertów. To męczące, dlatego też wielu autorów nie robi takich badań, ale ja wierzę, że one zapewniają „mięso fabularne” powieści. Kiedy mam już zebraną taką masę krytyczną dopiero siadam do pisania. To – mając taki bagaż doświadczeń, faktów i prawdziwych case’ów – jest czystą przyjemnością. Mogę się wtedy skupić na języku, na narracji, dopieszczać dialogi. Nie miotam się po omacku w fabule. To ważne, żeby pisarz wiedział jaki ma azymut, by wiedział wreszcie, co tak naprawdę chce opowiedzieć. Ja zawsze wiem, jeśli nie wiem nie zaczynam pisać, by się nie wystrzelać z pomysłów. Dlatego też moje książki mają także walor poznawczy, możecie znaleźć w nich elementy niekryminalne, które ubogacą wasz bank danych. I ja sama też tego szukam w literaturze. Nikt mi nie powie, że coś jest niewiarygodne, bo to, o czym piszę mogłoby się zdarzyć, choć zwykle nigdy się nie zdarzyło. Wytworzyła to moja wyobraźnia, ale posiłkowałam się prawdziwymi elementami, z których składam układankę, jak dzieci budowle z klocków lego. Dlatego też w moich książkach posłowie zajmuje kilka stron. Zawsze pamiętam o wszystkich moich konsultantach, bo bez ich pomocy nie powstałoby żadne moje dzieło. 

Dlaczego właśnie powieści kryminalne, a nie, dajmy na to, obyczajowe?

Nie wiem co to jest „obyczajowe”. Czy kryminał nie może być obyczajowy? Słyszałam to rozróżnienie, ale jako ulepszona, bardziej wyrafinowana nazwa dla romansów. Nie rozumiem tego, bo gdybym ja się zdecydowała, że będę pisała o miłości, mówiłabym wprost: piszę romanse. A wzięłam się za kryminał a nie romans, bo miłość należy przeżywać w rzeczywistości, zaś kryminał wyłącznie na kartach powieści. Nie mam nic przeciwko innym gatunkom. Może kiedyś napiszę powieść historyczną albo jakąś sagę. Z pewnością będzie jednak zawierała te wszystkie elementy, które już i tak są widoczne w mojej prozie, czyli solidne przygotowanie merytoryczne. Nie lubię książek pisanych zza biurka, bez sprawdzania realiów i choć wiem, że są popularne, ja uważam je za stratę czasu. Lubię rzeczy solidne, a niekoniecznie modne. Ideałem jest klasyk: dobra jakość, bez zbędnej przesady w żadną stronę. Takie są moje książki i tak podchodzę do życia. Sztuką jest bowiem tak wyważyć opowieść, by była jak kalejdoskop, a nie tylko obraz widziany przez dziurkę od klucza, chyba, że byłoby to opowiadanie. Tak, wówczas, kiedy piszę małą formę, staram się pokazać jakiś wycinek rzeczywistości, element, który mnie zainteresował. 

Ciekawi mnie merytoryczna strona książki, która jest doskonale dopracowana. Jak Pani to robi?

Po prostu rozmawiam z ludźmi. Jestem takim pisarzem, który jest podglądaczem, obserwuję, podpatruję i zbieram to, co mnie interesuje. Ale to mi nie wystarcza. Muszę czasem założyć kalosze i udać się na wyprawę na bagna. Nie dlatego, że lubię przygody (bo nienawidzę niespodzianek), ale przeżycie pewnych zdarzeń naocznie jest mi potrzebne. Po pierwsze param się kryminałem, w sensie literackim, natomiast jak każda dziewczynka bawiłam się lalkami w dom i w naturalny sposób moje zainteresowania kiedyś nie dotykały materii „dla chłopaków”. Muszę więc kogoś spytać jak to jest, by nie narazić się na śmieszność, że napisałam coś, na czym się nie znam i dlatego tylko, że mam blond czuprynę. Druga rzecz, że lubię opowiadać historie, których jeszcze nie opowiedziano, a wtedy trzeba zbadać sprawę, zanim zacznie się to opisywać. Gdybym wciąż pracowała na swoich trzewiach, opowiadała wam jak jest mi ciężko, bo tworzę, bo życie artysty jest niełatwe, gdyż czuje więcej i rozumie więcej, pewnie skupiłabym się na tych emocjach i popisywała wirtuozerią języka. Ale tak nie piszę, bo mierzi mnie taka literatura, bo tylko nielicznym się udaje (bardzo nielicznym i tym oddaję hołd, ale większość tych, których cenię w tej materii od dawna nie żyje). Ja uprawiam rzemieślniczą robotę, moja opowieść jest współczesna i kompletnie odcięta ode mnie, ja ją tylko opowiadam, stoję z boku i widzę to, co widzę, ale by rozszerzyć pole widzenia i pokazać czytelnikowi świat od innej strony niż ją zna, należy sprawdzić pewne rzeczy na własnej skórze. Nie wierzę w pisanie kryminałów za pomocą wujka googla. 

Nie znalazłam wcześniej w polskiej literaturze wątku badań osmologicznych, postać profilera też jest nowatorska na naszym rynku wydawniczym. Skąd Pani czerpie inspiracje?

Z życia. Mam osobistą bazę danych. Jest mega tajny. Jeśli miałabym coś uratować z pożaru to swoje dziecko, psa i ten karton. Mam tak wiele zgromadzonych historii, archetypów postaci, zdarzeń, dialogów, że starczy mi do śmierci, a jeszcze kolekcjonuję nowe. Podkreślam raz jeszcze. Żadna wielka książka nie wzięła się tylko z wyobraźni autora. Musiało być coś, czasem mały rzeczywisty element, który uruchomił jego fantazję. Tak to działa. Musi tak być, bo pisarze to też ludzie, choć niektórzy przedstawiciele literatury niegatunkowej lecz tzw. wysokiej, chcieliby zaprzeczać by trzymać czytelnika w szachu i kreować tabu pisarza. Ja jestem orędowniczką odwrotnej opinii: najpierw rzemieślnik, potem artysta. Lubię też być pierwsza. Jeśli nikt jeszcze czegoś nie zrobił, biorę się za to i staram się to ogarnąć fabularnie. Pierwsza napisałam o profilerze, pierwsza napisałam o morderczyniach (nie było jeszcze wtedy serialu o matce Madzi), pierwsza założyłam szkołę pisania i zaczęłam mówić o warsztacie pisarza oraz szydziłam z weny jako idei całkowicie passe, pierwsza wykonywałam solidny reaserch. Teraz też jestem pierwsza. Takiej bohaterki nie było i nie było w Polsce serii inspirowanej żywiołami, w pełni zaplanowanej, jak zachodnie cykle najwyższej klasy i od teraz każda osoba, która będzie chciała zbudować postać w podobny sposób lub ściągnie mój zamysł, będzie już tą drugą, trzecią, kolejną. Jeśli jesteś pierwsza – szczyt jest na zawsze twój i nikt ci tego nie odbierze. Tylko raz można odkryć Amerykę czy wstrzymać słońce, ruszyć ziemię. Nie interesuje mnie naśladownictwo. 

Jakie są Pani plany zawodowe na przyszłość?

Książki, książki, książki. Jestem monotematyczna. Ale to tak wielkie pole manewru, że oby tylko starczyło mi zdrowia i życia, by móc opowiadać. 

Czy może Pani uchylić chociaż rąbka tajemnicy i zdradzić, co czeka Saszę w kolejnej części „Czterech żywiołów Saszy Załuskiej”?

Nie podam szczegółów, nie jestem samobójczynią. Chcę, żeby ludzie czytali moje książki, a nie słuchali streszczeń. Ale Sasza będzie musiała rozwiązać swoją osobistą zagadkę i skupi się na tym bardzo mocno. Będzie trochę podróżowała w naprawdę dziwne miejsca w Polsce i choć może je znacie, odsłonię ich całkiem nowe oblicze oraz może za granicę do pięknego kraju po straszny sekret. Zrobię jej małą krzywdę (nie wiem jak to zniosę, gdyż to poniekąd moje alter ego i cierpię bardzo, kiedy dzieje jej się krzywda) ale poskładam ją do kupy na nowo, by przygotować dziewczynę do wielkiej konfrontacji z bardzo nieeleganckim człowiekiem. No i spotka pewnego antypatycznego profilera z Katowic. Hubert Meyer (mój poprzedni bohater powieści) będzie bardzo nierad, że największą jego konkurentką w branży jest kobieta.  Jeśli chcecie się przekonać kto wygra pojedynek: Sasza Załuska czy Hubert Meyer poczekajcie na drugą część tetralogii. Pozdrawiam i życzę dobrej lektury moich książek.


"Pochłaniacz" już w księgarniach!

poniedziałek, 12 maja 2014

Przedpremierowo: Katarzyna Bonda "Pochłaniacz"



Zygmunt Miłoszewski okrzyknął Katarzynę Bondę królową polskiego kryminału. Nie trzeba było tego dwa razy powtarzać mnie, zapalonej miłośniczce tego gatunku. "Pochłaniacz" stał się najmocniej przeze mnie wyczekiwanym wydarzeniem maja. Kiedy już książka trafiła w moje ręce, ucieszyła mnie jej objętość. Sześćset siedemdziesiąt dwie strony autorstwa królowej kryminału - to nie może być czas stracony!

1993 rok. Kilku dzieciaków zostaje brutalnie wplątanych w świat dorosłych, nie do końca legalny. Sieć gangsterów, paru policjantów walczących po oby dwóch stronach barykady, nie do końca przekonanych, po której z nich winni się opowiedzieć i rodzeństwo, które ginie tego samego dnia w niewyjaśnionych okolicznościach. Sprawa zostaje umorzona, a zgony młodych ludzi zakwalifikowane jako nieszczęśliwe wypadki.

2013 rok. Sasza Załuska przerywa studia doktoranckie na Międzynarodowym Centrum Badań Psychologii Śledczej na Uniwersytecie Huddersfield i po siedmiu latach wraca do Trójmiasta. Ma zamiar dokończyć badanie życiowych narracji przestępców i podjąć pracę w dziale HR w jednym z banków. Otrzymuje zlecenie, klient potrzebuje komercyjnej analizy. Profilerka niechętnie zgadza się podjąć zadania. Kiedy ginie wspólnik zleceniodawcy Saszy, a jedna z pracownic cudem uchodzi z życiem, kobieta rozpoczyna współpracę z policją. Ze zdumieniem odkrywa, że mężczyzna, który zlecił jej analizę wcale nie jest właścicielem klubu, za którego się podawał. Odpowiedź na pytanie "kto zabił?" staje się mniej istotna niż "kto jeszcze za tym stoi?".

Katarzyna Bonda zastosowała kilka nowatorskich technik w polskim kryminale. W "Pochłaniaczu" opisała sposób badań zapachu, które budzą sporo kontrowersji także pośród tych, którzy wykorzystują je na co dzień w swojej pracy. Osmologia przez wielu policjantów jest wciąż postrzegana na równi z jasnowidztwem, a jej dokonania pozostają niejasne i dyskusyjne.  Nie chcąc zdradzić zakończenia powieści, nie będę rozwodzić się nad znaczeniem analiz w fabule "Pochłaniacza", nadmienię tylko, iż Bonda jako pierwsza w polskiej literaturze wykorzystała tę metodę do rozwikłania zagadki.

Autorka wprowadziła również na polską scenę postać profilera. Zadebiutował on jako Hubert Meyer w książce "Sprawa Niny Frank". Również tym razem Katarzyna Bonda na głównego bohatera powieści wybrała kryminologa wykorzystującego wiedzę psychologiczną do chwytania przestępców. A konkretnie panią kryminolog, Saszę Załuską. Autorka budując postać oraz jej poglądy oparła się na tezie, iż każde działanie jest wynikiem charakteru sprawcy i na podstawie tego przekonania bohaterka tworzy profil psychologiczny sprawcy. W tym miejscu należą się pisarce brawa. Przede wszystkim, za doskonałe przygotowanie merytoryczne. Autorka w sposób drobiazgowy opisuje metody pracy śledczych. Nie błądzi po omacku, relacja pracy postaci jest wierna i szczegółowa, a przede wszystkim - autentyczna, niepozostawiająca już nic do życzenia. 

Nagrodzić oklaskami Bondę wypada również z innego powodu. Sasza Załuska. Dopracowana w najmniejszym szczególe, prawdziwa i przywiązująca do siebie czytelnika bohaterka. Zazwyczaj w kryminałach mamy do czynienia z dobrymi detektywami, którzy nie radzą sobie ze swoim życiem prywatnym. W "Pochłaniaczu" nie jest inaczej, ale charakterystykę dodatkowo uatrakcyjnia fakt, iż Sasza jest kobietą. Zazwyczaj to mężczyźni są tymi "złymi" glinami, tymczasem bohaterka powieści Bondy jest alkoholiczką w stanie uśpienia, wychowuje samotnie córkę, a nikt spośród rodziny i przyjaciół nie wie, kto jest ojcem Karoliny. 

"Pochłaniacz" to nie tylko historia jednego mordercy. To opowieść, która sięga dwadzieścia lat wstecz i niezwykle szeroko. Podczas jej trwania przekonamy się, iż dotyczy wielu osób, a tylko nieliczni spośród nich to półświatek gangsterski, skorumpowani policjanci, ksiądz i gwiazda jednej piosenki. Katarzyna Bonda napisała powieść wielopłaszczyznową, poruszyła sporo wątków. W "Pochłaniaczu" znajdziemy elementy kryminału, powieści obyczajowej, psychologicznej, jak i sensacyjnej. Lektura wymaga bezustannej uwagi od czytelnika. Książka żąda takiej a nie innej objętości, aby pozwolić autorce wszystkie te tematy dopiąć i zamknąć. Momentami odnosi się wrażenie, iż tych wątków rzeczywiście jest za dużo, a ich ilość zaczyna otępiać. W powieści nie ma jednak nic "na siłę", wszystkie podejmowane myśli mają swoje uzasadnienie i, choć czasem czytelnik może czuć się zagubiony, Bonda wszystko wyjaśnia w zakończeniu. W zakończeniu, które jest jednym z najmocniejszych aspektów książki i daje ochotę na więcej. Bo Sasza powróci w drugiej części "Czterech żywiołów Saszy Załuskiej"!

Dawno nie czytałam tak potężnej powieści kryminalnej. Tak, potężnej - to przymiotnik najlepiej określający najnowszą książkę Katarzyny Bondy. Potężnej pod każdym względem. "Pochłaniacz" to doskonale opracowana merytorycznie publikacja, która mogłaby posłużyć studentom kryminalistyki za kompendium wiedzy. To również wielka fabuła z szeroko zakrojoną intrygą, ogromny zasięg zbrodni oraz zamieszanych w nią osób. Powieść nowatorska na polskim rynku wydawniczym. Nie zawiodłam się, a tytuł "królowej kryminału" wcale nie jest określeniem na wyrost.


Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie recenzenckiego egzemplarza powieści!


Katarzyna Bonda "Pochłaniacz"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
ilość stron: 672
data premiery: 21.05.2014