środa, 12 marca 2014

Recenzja: Helen Fielding "Bridget Jones. Szalejąc za facetem"


Oj, Bridget, cokolwiek o tobie nie zostanie napisane, ty sprzedasz się świetnie, polegając na sukcesie młodszej wersji samej siebie. Twój dziennik, trzeci już, będzie jedyną przeczytaną książką w roku tych, którzy czytają właśnie jedną publikację rocznie. Ty nie potrzebujesz dobrych recenzji, ażeby pozostać zauważona, bo o twoim powrocie mówi się już od jakiegoś czasu. I wiesz co? Mimo, iż jesteś w takim wieku (tak, tak, wiem, nie lubisz tego określenia), że mogłabyś być moją matką, twoje perypetie są mi bliższe niż kiedykolwiek.

Tej lektury nikomu przedstawiać nie trzeba. Na kilka miesięcy przed premierą rozgorzała dyskusja na temat, jak będą smakować odgrzewane kotlety w wykonaniu Helen Fielding, zwłaszcza, iż już przekonaliśmy się przy drugiej część przygód Bridget, o tym, iż kotlety jedynie podgrzała. O ile pierwszą książkę wspominam bardzo miło, a Jones dała się poznać jako postać przekomiczna, o tyle na kolejną autorce chyba zabrakło pomysłu, a incydent aresztowania w Tajlandii tylko pogrążył całość. Zastanawiałam się, co jeszcze można napisać o tej szalonej kobiecie. 

Bridget w "Szalejąc za facetem" ma już 51 lat, chociaż na portalach randkowych można szukać jej jako 49-latki, wszak wygląda to o niebo lepiej. Wychowuje samotnie syna i córkę, gdyż jej mąż, wspaniały Mark Darcy (swoją drogą, moja ulubiona postać tej serii) kilka lat temu zginął podczas wypełniania szlachetnej misji w Sudanie. Kompletnie roztrzepana Jones próbuje jakoś zorganizować życie swoje i dzieciaków, szukając przy tym odpowiedzi na szereg pytań, dla przykładu, jak postąpić kiedy urodziny twojej sześćdziesięcioletniej przyjaciółki wypadają w ten sam dzień, co trzydzieste twojego chłopaka. Tak, tak, Bridget ma faceta, niesamowicie gorące ciasteczko, przystojniaka, dla którego.. mogłaby być matką, ale to tylko dodaje pikanterii temu związkowi. 

Przekonałam się, iż Jones jest niczym wino - im starsza, tym lepsza. Nie spodziewałam się, iż Bridget okaże się ciekawsza jako 50-letnia wdowa, niż 30-letnia singielka, ale do tego doszłam podczas lektury powieści. Początkowo rozpaczałam, iż autorka uśmierciła mojego ulubionego bohatera, Marka Darcy'ego, ale w rezultacie książce wyszło to na dobre. Czy wyobrażacie sobie 580 stron opisu pożycia małżeńskiego Bridget? Nie, ona jest stworzona po to, aby pakować się w kłopoty i narzekać na swoją samotność. I tego możecie się spodziewać, niektóre rzeczy pozostają niezmienne, bohaterka nadal walczy z nadwagą, czuje się opuszczona, z przyjaciółmi pochłania i skrupulatnie zapisuje spożyte jednostki alkoholu. Ale, uwaga, przez te ponad dziesięć lat nieobecności, udało jej się rzucić palenie, przestać postrzegać Daniela Cleaver'a jako obiekt seksualny i założyć konto na Twitterze. Helen Fielding zawsze jest niezwykle wrażliwa na to, co w społeczeństwie staje się modne, powszechne. W "Szalejąc za facetem" postawiła na media społecznościowe i technikę, która zdaje się być wrogiem Bridget, a jej dzieci radzą sobie z nią o wiele lepiej, aniżeli matka.

Należy pamiętać, iż "Szalejąc za facetem" to komedia romantyczna, a więc jej schemat jest raczej przewidywalny i mało co nas w tej książce zaskoczy. Jeśli kogoś interesuje zgoła ambitniejsza literatura, radzę omijać tę pozycję z daleka. To przyjemne czytadło, zabawne, ale i poruszające. Ostatni raz książka doprowadziła mnie do łez dobre kilka miesięcy temu, tymczasem.. o zgroza! Bridget Jones wzruszyła mnie dokładnie trzy razy. Bohaterka jako samotna matka jest bardziej prawdziwa, ludzka. Tęsknota za zmarłym mężem i trudy życia codziennego z dwójką dzieci przemawiają do mnie bardziej niż flirt, a w rezultacie niefortunny romans, z szefem, czym tłumaczę swoje wrażenie, iż ta nowa, starsza Bridget jest lepsza od tej z pierwszej części. No i oczywiście humor! Jones doprowadza do łez, zarówno ze śmiechu, jak i tych wzruszenia. To słodko-gorzka historia, wnosząca o wiele więcej niż pierwsza i druga część razem wzięte, a ja wciąż pozostaję zadziwiona własną opinią na temat lektury.

Cieszę się, że wróciła. Nawet jeśli nie jest to szczyt polotu literackiego, to książkę czyta się naprawdę dobrze i przyjemnie, a przecież o to chodzi w kobiecej literaturze obyczajowej. Fielding pozostaje w znakomitej, komediowej formie, łącząc niezwykle udany humor z prozą życia codziennego i wszystkimi jej smutkami. Bridget wywołuje uśmiech na twarzy, stawiając czoło wszystkich wyzwaniom na swojej drodze i na nowo odkrywając swoją kobiecość. 

Helen Fielding "Bridget Jones. Szalejąc za facetem"
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2014

poniedziałek, 10 marca 2014

Recenzja: "Martwy Punkt" Louise Penny



Śmiało mogę postawić sobie następującą diagnozę: jestem uzależniona od dobrych kryminałów. Żaden gatunek nie wciąga mnie w świat czytanej książki w sposób tak intensywny. Pozwólcie, iż zanim przejdę do omówienia "Martwego Punktu", skupię się przez chwilę na cechach, które czynią powieść kryminalną wartościową. Czym jest wspomniany jako źródło mej słabości "dobry kryminał"? Słuszna książka zaciekawia mnie na tyle, że nie jest ważne, iż zbliżają się już raczej godziny poranne, aniżeli nocne. Muszę tu i teraz poznać odpowiedź na dwa najważniejsze pytania "kto zabił i dlaczego to zrobił?". Obiecuję sobie, że jeszcze tylko rozdział, a i tak wiem, że nie zasnę, dopóki się tego nie dowiem. Przy ostatnich stronach jestem przyjemnie połechtana, iż tak wcześnie rozwiązałam zagadkę, po czym autor nagle burzy cały mój światopogląd, wprowadzając najmniej przewidywalne, a jednak logiczne wytłumaczenie. Dobry kryminał wcale nie jest synonimem rozlewu krwi, brutalnych scen. Trzyma w napięciu wykorzystując w tym celu przede wszystkim zagrania typowo psychologiczne, a nie masakryczne.

"Martwy Punkt" autorstwa Louise Penny to nie mała gratka dla wielbicieli klasyki gatunku. Jean Neal, niezamężna emerytowana nauczycielka, zostaje znaleziona martwa przy ścieżce w lesie. Kobieta była uwielbiana przez całe miasteczko Three Pines, w którym osadzona jest cała historia. Policja początkowo podejrzewana nieszczęśliwy wypadek na polowaniu, w wyniku którego Jean straciła życie. Inspektor Armand Gamache pozostaje jednak ostrożny i postanawia prowadzić śledztwo, jakoby zostało popełnione morderstwo, tym bardziej, iż sprawca przypadkowego zdarzenia wciąż pozostaje niezidentyfikowany. 

Uroczy obrazek małego miasteczka zaburzony grozą zbrodni - to sprawdzone i dobre połączenie. Three Pines i jej mieszkańcy mają swoje tajemnice, których będą bronić za wszelką cenę. Gamache pojawia się z zewnątrz i zaczyna powoli, starannie odkrywać niewypowiedziane sekrety. "Martwy Punkt" to powieść traktująca o zwykłych ludziach, którzy w niezwykłych chwilach są zdolni do najgorszego. Autorka już od początku stawia czytelnika przed trudnym dylematem. Zasiewa w nim nutkę niepewności, przekonując, iż znamy samych siebie tylko na tyle, na ile nas sprawdzono. Poddaje pod wątpliwość istnienie niewinności wszystkich z uczestników niewielkiej społeczności, a poprzez to również i każdego z nas indywidualnie. Czy wiesz, jak zachowałbyś się w danym momencie? Czy mógłbyś zdradzić, oszukać, okraść, a nawet - zamordować? Inspektor Armand Gamach zaobserwował kilku podejrzanych, ale musi odpowiedzieć sobie na najważniejsze pytanie i znaleźć na nie dowody. Kto z mieszkańców byłby zdolny do morderstwa?

Autorka nie pomija żadnego wątku, całość jest doprecyzowana i logiczna. Penny z dokładnością sportretowała bohaterów wydarzeń, nadając im autentyczność i czynnik ludzki. Gamach jako obserwator funkcjonowania lokalnej społeczności jest genialny, a poprzez jego pryzmat dostrzegamy pojedyncze cechy postaci, które stanowią o rzetelności dzieła. Warto zaznaczyć, iż pisarce, mimo strachu wywołanego obecnością mordercy, udało się zachować sielankowy portret miasteczka. To urocze, spokojne miejsce, w którym wszyscy znają się siebie nawzajem, co mogłoby być zaletą, jednakże w najmniejszym stopniu nie ułatwia śledztwa. Każdy jest przekonany o niewinności ludzi, których mija codziennie na ulicy, ale w głowie pozostaje myśl, że ktoś przecież musiał to zrobić. Ta myśl to główny motor napędzający napięcie, jakie odczuwa również czytelnik. Bądź co bądź, morderca jest cały czas bardzo blisko...

W "Martwym Punkcie" spotkacie najbardziej irytującą policjantkę na świecie, a jej obecność nie mogłaby pozostać przeze mnie tu w żaden sposób pominięta. Nie chcąc zdradzać za dużo z fabuły książki, nadmienię tylko, iż pierwszy raz postać literacka wywołała we mnie tak silne rozdrażnienie, jak owa pani. O dziwo, nie zepsuła mi w żaden sposób obrazu całości, wręcz przeciwnie, swoim zachowaniem w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób uzupełnia wizerunek publikacji. 

Jedyne, na co w książce kręciłam nosem, to fakt, iż inspektor Gamache o całym śledztwie i jego wynikach informował lokalną społeczność, ba!, nawet zorganizował specjalnie w tym celu spotkanie, na które zaprosił wszystkich mieszkańców. Nie wiem, jakie zwyczaje panują w Kanadzie, gdzie toczy się akcja książki, jednakże wydaje mi się to mało profesjonalne i skłonna byłabym zarzucić autorce ten błąd merytoryczny, który odbiera publikacji nieco z rzetelności i autentyczności. Nie jest to rażące przekłamanie, nie mniej jednak lubię, gdy w powieści wszystko jest starannie dopracowane i stokroć sprawdzone. 

"Martwy Punkt" to klasyczny kryminał z wielowątkową i skrupulatnie skonstruowaną intrygą. Rozwiązanie zagadki okazuje się zdumiewające, ale co najważniejsze - logiczne i rozsądnie wytłumaczone. Cała książka oparta jest przede wszystkim na lęku spowodowanym bliskością mordercy, strachu przed odkryciem najgłębiej skrywanych sekretów i napięcia związanego z wytypowaniem zbrodniarza w małej społeczności. Louise Penny udowadnia, iż brutalny rozlew krwi nie jest potrzebny, aby napisać godną książkę. Najważniejsza jest rzeczowa zagadka i bystra dedukcja śledczych, którzy starają się wyjaśnić tajemnicę śmierci Jean Neal. Przeczytałam lekturę w jedną noc, to był naprawdę dobry kryminał.



Dziękuję Wydawnictwu Feeria za udostępnienie recenzyjnego egzemplarza powieści.




"Martwy Punkt" Louise Penny
Wydawnictwo Feeria, 2014

Recenzja: Magdalena Zimny-Louis "Kilka przypadków szczęśliwych"

Przypadek - główny bohater powieści Magdaleny Zimny-Louis "Kilka przypadków szczęśliwych". Ucieszyło mnie ukazanie się tej publikacji na polskim rynku wydawniczym, wydała mi się świeżym powiewem w momencie, kiedy królują książki o odkrywaniu swoich korzeni, bo przecież tylko wtedy można osiągnąć szczęście, ewentualnie cukierkowate opowieści o tradycjach wigilijnych. Więc zakupiłam już jakiś czas temu, zasiadłam wygodnie i przeczytałam. Szybko, łatwo, ale czy coś we mnie z tej lektury pozostanie na dłużej?

Główna postać Emma Duda w wyniku kilku przypadków decyduje się na emigrację z Anglii.. do Polski. Już sam kierunek podróży wydaje się nieco przewrotny, biorąc pod uwagę fakt, iż to raczej Polacy migrują na Wyspy. Bohaterka jednak postanawia rzucić swą wymarzoną pracę w brytyjskiej policji i wyjechać do ojczystego kraju swojego ojca, który to przez - a jakże - przypadek nie wrócił już nigdy z wakacji ze Zjednoczonego Królestwa. Pojechał, poznał Glorię, założył rodzinę i zapuścił korzenie. Po latach jego córka ląduje w Polsce i pochłania nią niespodziewana lawina wydarzeń.

Największą zaletą tej książki, w moim odczuciu, jest wątek kryminalny. To powieść obyczajowa, ale obecność wspomnianego tematu w dużym stopniu dodaje powieści pikanterii i kolorku. Nie jest zagadką dla czytelnika, bo o tym wydawca pisze na tylnej okładce, iż morderstwo Damiana Rogalika i śmierć Monty Kolaczenko to jedne z tych "przypadków", które przyczyniły się do emigracji Emmy do Polski. Jednakże rozwiązanie zagadki, jak zginęły wymienione osoby i jaki miało to związek na decyzję kobiety, przychodzi później. Powieść toczy się trzy, a nawet czterotorowo. Z jednej strony mamy rzeczywistość, jaką zastała bohaterka po przyjeździe do kraju, z drugiej - wspomnienia związane z historią miłości jej rodziców, z trzeciej - sprawa Damiana Rogalika i Monty Kolaczenko, a jeszcze z czwartej - przeszłość, jaką Emma zostawiła w Anglii. Na początku może wydawać się to nużące, a opowieść zdaje się sięgać zbyt szeroko, ale po kilkudziesięciu stronach czytelnik pozbędzie się tego wrażenia i przywyknie to sposobu narracji.

Cały pogląd na rolę przypadku, jaki przedstawiła autorka powieści, kojarzy mi się z filmem "Efekt Motyla". Wszystko ma swój początek w zupełnie, wydawałoby się, błahym wydarzeniu. Śmierć obcego człowieka może zmienić nasze życie na zawsze, zwykła zmiana planów skutkuje spotkaniem na swej drodze miłości życia, a jeden głupi wybryk marnuje byt na dobre. Bliski jest mi tok myślenia przedstawiony przez Magdalenę Zimny-Louis, stąd pod względem filozoficznym jestem usatysfakcjonowana.

Polskim powieściom brakuje ironii i dobrego humoru. Nie twierdzę, iż jest to powszechnie obowiązująca tendencja, nie mniej jednak w literaturze naszych rodaków króluje komizm dialogów, sytuacyjny- jest już rzadkością, a co dopiero mówić o kpinie. Autorka "Kilku przypadków szczęśliwych" przedstawiła obraz dzisiejszego społeczeństwo w nieco krzywym zwierciadle. Dowcip polega na wyśmianiu wad ludzkich, sarkastycznym podejściu do cech narodowościowych Anglików i Polaków. Uśmiech sam ciśnie się na usta!

"Kilka przypadków szczęśliwych" to bez wątpienia powieść wielowątkowa i, niestety, autorka sama się w tym trochę pogubiła. Wynalazłam kilka tematów, które nie zostały pociągnięte dalej, wyjaśnione. Niektórzy bohaterowie pojawiają się na przysłowiową chwilę, po której znikają, nie wnosząc nic do powieści. Najgorsze jest jednak wrażenie, iż cała książka pozostała nieskończona. Rozumiem ideę zakończenia otwartego, ale ja poczułam się porzucona co najmniej kilkanaście stron przed końcem. Początkowo pomyślałam, że Magdalena Zimny-Louis planuje napisać drugą część przygód swoich bohaterów, jednakże nigdzie takiej informacji nie znalazłam. Moje odczucie jest następujące: zapoznałam się z postaciami powieści, można powiedzieć, iż zakolegowałam, po to, aby potem zniknęli bez żadnego śladu i kontaktu.

Mam trudności z ogólną oceną "Kilku przypadków szczęśliwych". Przeczytałam, ba! pochłonęłam tę książkę z przyjemnością, ale do tej pory zastanawiam się, o czym ona tak naprawdę była. Publikacja ma sporo widocznych zalet, nie można zaklasyfikować jej jako słabą, gdyż byłoby to niesprawiedliwe. Rewelacyjna jednak też nie jest, bo interesujące poglądy autorki, humor i obecność wątku kryminalnego to nie wszystko, czego wymagam od wolumenu. Lubię, kiedy przeczytana książka wpływa na mnie bezpośrednio, skłania do refleksji. Po wyśmienitej lekturze zatrzymuję się na chwilę, zanim otworzę kolejną. Tym razem tak nie było, więc najuczciwiej będzie zaklasyfikować utwór jako przeciętny. Ma potencjał, historia jest lekka i przyjemna. I to by było na tyle.


Magdalena Zimny-Louis "Kilka przypadków szczęśliwych"
Wydawnictwo Prószyński Media, 2014

piątek, 7 marca 2014

Jim Stovall "Bezcenny dar". Przedpremierowa recenzja

"Miliony sprzedanych egzemplarzy" - krzyczy do nas okładka. Zaintrygował mnie fenomen tej, bądź co bądź, krótkiej powieści. Przeczytałam i.. ogłupiałam. Zastanawiającym jest fakt, kto napisał tę książkę i jakim cudem posiadł odpowiedź na pytanie, które zadaje sobie połowa ludzkości, podczas gdy kolejne pięćdziesiąt procent woli się na tym nie skupiać z lęku przed rozwiązaniem. Ależ wielkie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, iż autorem jest niewidomy, ale szczęśliwy i spełniony człowiek, który postanowił podzielić się swą tajemnicą z innymi.

Publikacja Jima Stovall ukaże się nakładem Wydawnictwa Replika 18 marca i radzę zaznaczyć sobie tę datę w kalendarzu. Należy wspomnieć, iż książka nie jest poradnikiem napisanym przez ludzi sukcesu, jakich wysyp obserwowaliśmy jeszcze nie tak dawno temu. "Bezcenny dar" to powieść, przepiękna powieść, która pozwala spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Multimilioner Red Stevens umiera, a cała jego rodzina z niecierpliwością oczekuje na odczytanie testamentu i podział niewyobrażalnego majątku zmarłego. Wobec młodego Jasona, mężczyzna miał jednak inne plany. Postanowił ofiarować mu tytułowy "bezcenny dar". Aby go jednak otrzymać, przez dwanaście miesięcy chłopak musi działać zgodnie z instrukcjami otrzymanymi przez swojego stryjecznego dziadka. Lekcja, jaką otrzyma, będzie najważniejszą w jego życiu.

Historia opisana w lekturze, w połączeniu z życiorysem autora, uczy nas pokory. Książka zalicza się do literatury moralizatorskiej, skłaniającej do refleksji nad sobą i otaczającym środowiskiem. W kolejnych miesiącach Jason otrzymuje od Reda kolejny "dar", a raczej wskazówki, co zrobić, aby go odkryć. Wybierzemy się w podróż z bohaterem, jednakże droga, jaką pokonamy, to przede wszystkim ta w głąb siebie. Wszystkie sugestie, jakie otrzymuje młody mężczyzna, nie przynoszą gotowych odpowiedzi, a dylematy, przed jakimi staje, są natury egzystencjalnej i czysto filozoficznej, przy czym uniwersalne i ponadczasowe.

Autor w przedmowie zapewnia, iż po przeczytaniu "będziesz innym człowiekiem". W tym tkwi fenomen tej książki: ludzie poszukują kogoś, kto wskaże im właściwy kierunek, inspiracji do zmian. Ale czy jedna powieść może odmienić życie? Wszak literatura posiada moc zmieniania indywiduum, ale nie możemy zawierzyć w pełni Stovall'owi i jego zapewnieniu o całkowitej przemianie naszej egzystencji. "Bezcenny dar" zdecydowanie pomaga w przewartościowaniu swego istnienia, przełomie w hierarchii wartości, wnosi świeży powiew do naszego życia, jednak pozostaje tylko motorem do działania. A właściwie do przemyśleń. Bardzo intensywnych przemyśleń.

Ciąg wydarzeń posłużył w książce do przedstawienia poglądów autora i należy przyznać rację, iż narratorska predyspozycja mówcy i przedsiębiorcy, bo tym na co dzień zajmuje się Jim Stovall, jest w wysokim stopniu zadowalająca. Pozostawałam cały czas ciekawa, czym jest ten ostateczny, "bezcenny dar", którym Red postanowił obdarować młodego Stevens'a. Powieść jest prostą, nieskomplikowaną konstrukcją, czego w jej przypadku nie można uznać za wadę. Momentami zdaje się być utopią, ale chcemy mocno wierzyć w jej autentyczność. O ile prościej żyłoby nam się na świecie, gdyby wszyscy, choć w niewielkim stopniu, dzielili poglądy z autorem książki.

Po lekturze "Bezcennego daru" nie dziwią mnie już te miliony sprzedanych egzemplarzy. Nie żyjemy w łatwych czasach, zasady dzisiejszego świata skłaniają raczej do wyścigu szczurów, aniżeli do ofiarowania siebie innym. Poziom frustracji pozostaje bardzo wysoki, a my poszukujemy ukojenia i nadziei. Powyższe zdecydowanie przyniesie nam lektura najnowszej propozycji Wydawnictwa Replika. Nawet jeśli nie zmieni twego życia, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a zapamiętaj, iż bohaterowi zajęło to rok, pozwoli ci zatrzymać się i zastanowić. Czy chcesz żyć naprawdę?



Jim Stovall "Bezcenny dar"
Wydawnictwo Replika, premiera: 19.03.2014



Dziękuję Wydawnictwu Replika za udostępnienie recenzenckiego, przedpremierowego egzemplarza książki.

środa, 5 marca 2014

Recenzja "On wrócił" Timur Vermes



Jedno spojrzenie na okładkę i wszystko jasne, zagadka, kim jest tytułowy "on", rozwiązana. Charakterystyczna grzywka, osławiony wąsik... Adolf Hitler powrócił na kartach powieści Timura Vermes "On wrócił". Nie, to nie głupi żart. Książka to rewelacyjna satyra polityczna, źródło wielu moich niekontrolowanych wybuchów śmiechu.

Fuhrer budzi się na opuszczonej parceli. Musi działać szybko, bądź co bądź, alianci i bolszewicy są już blisko, niebezpiecznie zbliżając się do stolicy Wszechniemiec. Spogląda na Berlin i coś mu nie pasuje... Najwidoczniej wojna już się skończyła, ale jakim cudem udało się tak szybko usunąć gruzowiska i na ich miejsce postawić dziwne, oszklone budynki? Ku jego niesłychanej uldze, w pobliżu dostrzega chłopców z Hitlerjunge. Ufff, jednemu z nich matka naszyła nazwisko na koszulce, więc wódz postanawia zwrócić się do niego bezpośrednio. "Hitlerjunge Ronaldo!", nawołuje. Ale cóż to? Dlaczegóż to młodzież nie poznaje swojego przywódcy? I gdzie, do licha, podział się Bormann? Hitler jest zdany sam na siebie, jak najszybciej musi dostać się do Kancelarii Rzeszy, aby wyjaśnić zaistniałą sytuację. Okazuje się to niemożliwe, bo.. Kancelarii już nie ma, a obecnie jest rok 2011.

Lektura powieści "On wrócił" to czysta przyjemność. Vermes dokonał rzeczy, wydawałoby się, niemożliwej. Po latach doszliśmy do tego, że potrafimy.. śmiać się z Hitlera, nie czując przy tym wyrzutów sumienia, a przyczynił się do tego niewątpliwie autor publikacji. Książka nie jest niesmacznym żartem, to bezkonkurencyjna ironia, ukazująca przekrój dzisiejszego społeczeństwa w krzywym zwierciadle. Vermes inteligentnie operuje sarkazmem, doprowadzając czytelnika do niepohamowanych łez śmiechu. Fuhrer pełen zdumienia postrzega świat, w jakim się obudził. Nie rozumie, dlaczego te "pomylone kobiety" biegają za swoimi pieskami i sprzątają ich odchody, wyśmiewa pseudointelektualistów, zastanawia go niesamowicie intrygujący fakt, mianowicie: z jakiego powodu ludzie czytają pełne modnego, niezrozumiałego dla nich słownictwa książki? Bo przecież logiczna wydawałaby się lektura powieści jasna dla danej osoby!

Jestem osobą pełną pokory w obliczu historii. Wojna mnie przeraża, tym bardziej nie sądziłam, iż kiedykolwiek powiem, że.. w tej publikacji nawet rozważania bohatera na temat konfikitu zbrojnego zdają się być zabawne! Autor przedstawia znane nam persony oraz fakty i znów niesamowicie trafnie używa w tym celu sarkazmu. Niesamowitym w całej opowieści jest to, iż przy tak delikatnej tematyce, czytelnik nie czuje się ani trochę zniesmaczony. Vermes oscyluje na pograniczu moralnych zasad, nie posuwa się jednak nawet o krok za daleko. Jest genialny w całej swej satyrze! Operuje wybitnym stylem literackim i wysoką jakością słowa. Mimo iż "On wrócił" to debiutancka powieść Timura Vermes, wcześniej napisał on cztery książki jako ghostwriter.

Powieść jest niekonwencjonalna i oryginalna, nikt nie może zarzucić autorowi "ale przecież to już było". Nie dziwię się, iż została ona bestsellerem w Niemczech, wydaje mi się jednak, że my, jako Polacy, mamy zbyt mały dystans do siebie i do świata, aby książka u nas powtórzyła swój sukces. Żywię nadzieję, iż mogłam się pomylić i "On wrócił" zostanie przyjęte bardzo entuzjastycznie, bo na to zasługuje. Publikacja jest fenomenalna, niesamowicie trafna, pełna dobrego, inteligentnego humoru. Rewelacja!!!! Kochani, ruszamy tłumnie do księgarni. Musicie to przeczytać!

Timur Vermes "On wrócił"
Wydawnictwo W.A.B
premiera: 12.02.2014

niedziela, 2 marca 2014

"Szkoła Żon" Magdalena Witkiewicz


Przyznam, iż do lektury "Szkoły Żon" przekonały mnie pozytywne recenzje kontynuacji losów bohaterek powieści, "Pensjonatu marzeń". Wcześniej kilkakrotnie miałam książkę w rękach, ale nigdy nie zdecydowałam się na nią. Wydawca opisuje publikację jako "romantyczną, erotyczną i trochę feministyczną opowieść o współczesnych matkach, żonach, kochankach". Z feministkami się nie utożsamiam, wysypu erotyki po opublikowaniu "Pięćdziesięciu twarzy Greya" mam po prostu dość i, chociaż swego czasu uwielbiałam serial "Matki, żony i kochanki", podchodziłam sceptycznie do "Szkoły Żon" autorstwa Magdaleny Witkiewicz. 

Książka opowiada historię kilku kobiet spotykających się w tytułowej Szkole Żon. Poznajemy Julię, świeżą rozwódkę, którą mąż pozostawił dla swojej sekretarki, Michalinę - młodą dziewczynę pragnącą nauczyć się, jak zrobić dobrze swojemu Misiowi, Jadwigę vel Jagodę - kobietę po pięćdziesiątce, mężatkę, która zapomniała, co to seks, czego nie można powiedzieć o jej ślubnym. Jest jeszcze Marta, matka dwójki dzieci w rozmiarze pięćdziesiąt. Jednak jej postać zdaje się być zapomniana przez autorkę, gdyż wątek pozostał poniekąd pominięty, by na chwilę do niego wrócić w zakończeniu. Ich losy krzyżują się w luksusowym SPA, prowadzonym przez Ewelinę, której życiowym celem jest przywrócenie wiary w siebie uczennicom Szkoły Żon. 

Same miejsce, gdzie rozgrywa się akcja, z początku niesamowicie mnie do siebie zniechęciło. Mimo, iż, jak wspomniałam, do feministki mi daleko, założenie, że kobieta ma się poczuć wyjątkowa po tym, jak obcy, sowicie opłacony mężczyzna przyjdzie zrobić jej masaż i zajmie się jej łechtaczką, wywołał we mnie zgoła inne uczucia, niż zazdrość. Tym bardziej nie zrozumiałam opisu wydawcy, który sugeruje, że powieść jest przecież "trochę feministyczna"! Fakt, to książka o kobietach i dla kobiet, ale w moim odczuciu wspomniany przeze mnie wątek był co najmniej poniżający kobiecości bohaterek. Czy muszą płacić równowartość ekskluzywnych zagranicznych wakacji, by ktoś zechciał je zrelaksować i zająć się ich seksualnością? Przykro mi, ale nie zrozumiałam tego zamysłu autorki, a uważam moje poczucie wartości za wysokie. 

Po tym, jak wybaczyłam już Magdalenie Witkiewicz, tę zniewagę (powtarzam, nie jestem feministką!), zaczęłam dobrze się bawić. Książka w przyjemny sposób traktuje o kobietach i tym bardziej zakompleksionym może dodać pewności siebie. Autorka pisze o naszej sile, pięknie, ale nie tym zewnętrznym, gdyż ono jest ulotne. Pisarka staje się nam nieustannie przypominać o tym, że piękne jesteśmy przede wszystkim wewnątrz, co przekłada się na osławiony błysk w oku, który z kolei już jest widoczny dla świata. Każda z pań powinna skorzystać z przesłania, jakie niesie ze sobą "Szkoła Żon". To nie mężczyzna winien być centrum naszego wszechświata, w który schemat wpadają zarówno młode dziewczyny, jak Michalina, czy osoby po pięćdziesiątce - Jadwiga. Witkiewicz uczy nas zdrowego egoizmu, przekonuje, iż wszystko, co robimy, należy robić przede wszystkim dla siebie. Jeśli na sali są mężczyźni, uprzejmie proszę o brak gwałtownych reakcji. Spieszę z wyjaśnieniem, iż książka nie jest poradnikiem nawiedzonej starej panny, z tego, co mi wiadomo, pani Magdalena jest szczęśliwą mężatką. Zdajemy sobie sprawę, iż jesteście nierozerwalną częścią naszego świata, ale rzecz w tym, aby zrobić coś dla siebie po to, abyśmy potrafiły tworzyć zdrowe, mądre związki.

Bohaterki "Szkoły Żon" przekonują do siebie czytelnika swoją zwyczajnością i codziennością. Każda wnosi w rodzącą się znajomość swój bagaż doświadczeń, ucząc się wiele od siebie nawzajem. Zostały już skrzywdzone, przetrwały, ponosząc mniejsze lub większe straty. Decyzja o wyjeździe do Szkoły Żon wiążę się z chęcią zmian, ale na miejscu przekonują się, że to, czego naprawdę pragną, nie ma nic wspólnego z bezpośrednimi powodami postanowienia. Autorka portretuje swych bohaterów dokładnie, skupiając uwagę na ich przeszłości, która doprowadziła ich do położenia, w jakim obecnie się znajdują. Na kartach powieści spotkamy zarówno wspaniałe kobiety, jak i cudownych mężczyzn. Witkiewicz nie spisała na straty całej męskiej rasy, przywraca swoim bohaterkom wiarę w to, iż istnieją mądrzy, dojrzali faceci, z którymi zapragną iść przez życie. Najpierw należy jednak pokochać samą siebie.

Z tego miejsca chciałabym zachęcić Was, drogie panie, do lektury powieści Magdaleny Witkiewicz "Szkoła Żon". Przyznaję, na początku nie byłam przekonana do tej książki, ba!, wspomniany już powyżej początek wizyty bohaterek w tytułowym miejscu, umocnił mnie w moich odczuciach. Teraz pokornie przyznaję, iż cieszę się, że przeczytałam tę publikację, ponieważ spędziłam czas z przyjemną, momentami zabawną, czasem wzruszającą, ale niosącą pozytywne przesłanie publikacją. Czuję się przyjemnie połechtana, iż jestem kobietą.

Magdalena Witkiewicz "Szkoła Żon"
Wydawnictwo Filia, 2013
Seria z Tulipanem

sobota, 1 marca 2014

Przedpremierowa recenzja "Życie to nie bajka" Joanne Greenberg

Istnieją różne mechanizmy radzenia sobie z nieprzystosowaniem do świata. Ale czy aby określenie "radzić sobie" jest adekwatne do sytuacji? Deborath Blau, główna bohaterka powieści "Życie to nie bajka" autorstwa Joanne Greenberg, czuje, że nie pasuje do otaczającej ją rzeczywistości. Ucieka w wykreowany przez siebie, alternatywny świat. Poruszająca książka opisująca wewnętrzną walkę chorej na schizofrenię dziewczyny, ukaże się nakładem Wydawnictwa Replika 4 marca.

Po nieudanej próbie samobójczej rodzice szesnastoletniej Deborath podejmują najtrudniejszą decyzję w życiu. Pełni obaw i wyrzutów sumienia odwożą córkę do szpitala psychiatrycznego. Diagnoza jest jednoznaczna: schizofrenia. Leczenia dziewczyny podejmuje się doktor Fried. Deb stawia wyzwanie swojej chorobie, a stawka jest najwyższa z możliwych - gra toczy się o jej życie.

Książkę czyta się ciężko i stosunkowo długo, jak na jej faktyczną objętość: trzysta dwadzieścia stron. Nie jest to jednak spowodowane tym, iż historia nie zaciekawia, wręcz przeciwnie. Autorka podjęła temat niesamowicie trudny, a przedstawienie choroby od środka obciąża nasz umysł. Nie wyobrażam sobie przebrnąć przez lekturę w jeden wieczór, lekko i miło. "Życie to nie bajka" dotyka głęboko i boleśnie, prawi o naszych słabościach i ułomnościach ludzkiej psychiki. Cała historia nie ma nic wspólnego z delikatnością, to mocna i prawdziwa opowieść, poruszająca nawet najtwardsze serca, wlewając w nie hektolitrami odczucie empatii.

O schizofrenii powinno się mówić i pisać. Wielu z nas kojarzy się ona z ludźmi, którzy po prostu słyszą bliżej niezidentyfikowane głosy i postępują zupełnie nieprzewidywalnie. Autorka pokusiła się o opisanie dokładnej genezy choroby. Mimo, iż poznajemy Deborath, główną bohaterkę, w momencie, kiedy wydaje się być ona w najgorszym stadium przypadłości, a schorzenie po prostu istnieje, bez wdawania się w dalsze szczegóły, podczas trwania powieści, i wypadałoby doprecyzować, iż chodzi o sesje odbywane z psychiatrą, zapoznamy się z dokładną historią choroby. Dziewczyna, wraz z doktor Fried, dotrze do najdalszych zakątków swojej psychiki, odkrywając poprzez to wszystkie czynniki, które doprowadziły Deb do pułapki stworzonego przez siebie świata. W "Życie to nie bajka" chora zdaje się być przyczyną swej przypadłości, śmiało można pokusić się o stwierdzenie, iż jest jej twórcą.

Bardzo podobał mi się przedstawiony w tle portret familii Deborath. Zmusza do głębszej refleksji nad istnieniem dysfunkcji rodziny, czy aby na pewno jest tym, czym wydaje się być? Nie zawsze najbliżsi zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich poczynań, które mają za nieistotne. Miłość bywa traumatyczna, a bohaterom powieści przyjdzie zmierzyć się z wyborem, który zmieni na dobre całą ich rodzinę. Matka i ojciec dziewczyny, na swój zupełnie różny sposób, przeżywają chorobę córki. W podświadomości wciąż tkwi niewypowiedziane pytanie, a rzeczywistość przyniesie na nie odpowiedź. Czy rodzice, których dziecko z powodu nieprzystosowania się do świata i szerzącej się wśród niego nienawiści ucieka w świat wykreowanej przez siebie choroby, spełnili swoją funkcję?

Współistnienie sfery ziemskiej i Ur, krainy narodzonej w umyśle Deborath, jest tak płynne i głęboko zakorzenione w psychice dziewczyny, iż rozdzielenie na dobre dwóch światów i zagłada jednego wydaje się być niemożliwe. Którą rzeczywistość wybierze młoda kobieta? Deb podejmuje walkę z chorobą, wykazując się ogromną wolą przetrwania. Historia bohaterki to przejmująca, mądra i dająca nadzieję opowieść. Cała książka wydaje się być mocno osadzona w głowie postaci. W momentach totalnego chaosu, rozgardiasz panuje i na kartach powieści. W chwilach spokoju, udziela on się również czytelnikowi. Całość jest nierozerwalną częścią, kolejne strony to następny zakręt na strapionej psychice dziewczyny. Koniecznie trzeba przeczytać "Życie to nie bajka", aby przeżyć to zespolenie. Przyznam, iż pierwszy raz czytałam powieść napisaną w sposób tak silnie łączący formę i treść.

"Życie to nie bajka Joanne Greenberg
premiera: 4 marca 2014
Wydawnictwo Replika

Za udostępnienie recenzenckiego egzemplarza powieści, składam podziękowania Wydawnictwu Replika.