Przypadek - główny bohater powieści Magdaleny Zimny-Louis "Kilka przypadków szczęśliwych". Ucieszyło mnie ukazanie się tej publikacji na polskim rynku wydawniczym, wydała mi się świeżym powiewem w momencie, kiedy królują książki o odkrywaniu swoich korzeni, bo przecież tylko wtedy można osiągnąć szczęście, ewentualnie cukierkowate opowieści o tradycjach wigilijnych. Więc zakupiłam już jakiś czas temu, zasiadłam wygodnie i przeczytałam. Szybko, łatwo, ale czy coś we mnie z tej lektury pozostanie na dłużej?
Główna postać Emma Duda w wyniku kilku przypadków decyduje się na emigrację z Anglii.. do Polski. Już sam kierunek podróży wydaje się nieco przewrotny, biorąc pod uwagę fakt, iż to raczej Polacy migrują na Wyspy. Bohaterka jednak postanawia rzucić swą wymarzoną pracę w brytyjskiej policji i wyjechać do ojczystego kraju swojego ojca, który to przez - a jakże - przypadek nie wrócił już nigdy z wakacji ze Zjednoczonego Królestwa. Pojechał, poznał Glorię, założył rodzinę i zapuścił korzenie. Po latach jego córka ląduje w Polsce i pochłania nią niespodziewana lawina wydarzeń.
Największą zaletą tej książki, w moim odczuciu, jest wątek kryminalny. To powieść obyczajowa, ale obecność wspomnianego tematu w dużym stopniu dodaje powieści pikanterii i kolorku. Nie jest zagadką dla czytelnika, bo o tym wydawca pisze na tylnej okładce, iż morderstwo Damiana Rogalika i śmierć Monty Kolaczenko to jedne z tych "przypadków", które przyczyniły się do emigracji Emmy do Polski. Jednakże rozwiązanie zagadki, jak zginęły wymienione osoby i jaki miało to związek na decyzję kobiety, przychodzi później. Powieść toczy się trzy, a nawet czterotorowo. Z jednej strony mamy rzeczywistość, jaką zastała bohaterka po przyjeździe do kraju, z drugiej - wspomnienia związane z historią miłości jej rodziców, z trzeciej - sprawa Damiana Rogalika i Monty Kolaczenko, a jeszcze z czwartej - przeszłość, jaką Emma zostawiła w Anglii. Na początku może wydawać się to nużące, a opowieść zdaje się sięgać zbyt szeroko, ale po kilkudziesięciu stronach czytelnik pozbędzie się tego wrażenia i przywyknie to sposobu narracji.
Cały pogląd na rolę przypadku, jaki przedstawiła autorka powieści, kojarzy mi się z filmem "Efekt Motyla". Wszystko ma swój początek w zupełnie, wydawałoby się, błahym wydarzeniu. Śmierć obcego człowieka może zmienić nasze życie na zawsze, zwykła zmiana planów skutkuje spotkaniem na swej drodze miłości życia, a jeden głupi wybryk marnuje byt na dobre. Bliski jest mi tok myślenia przedstawiony przez Magdalenę Zimny-Louis, stąd pod względem filozoficznym jestem usatysfakcjonowana.
Polskim powieściom brakuje ironii i dobrego humoru. Nie twierdzę, iż jest to powszechnie obowiązująca tendencja, nie mniej jednak w literaturze naszych rodaków króluje komizm dialogów, sytuacyjny- jest już rzadkością, a co dopiero mówić o kpinie. Autorka "Kilku przypadków szczęśliwych" przedstawiła obraz dzisiejszego społeczeństwo w nieco krzywym zwierciadle. Dowcip polega na wyśmianiu wad ludzkich, sarkastycznym podejściu do cech narodowościowych Anglików i Polaków. Uśmiech sam ciśnie się na usta!
"Kilka przypadków szczęśliwych" to bez wątpienia powieść wielowątkowa i, niestety, autorka sama się w tym trochę pogubiła. Wynalazłam kilka tematów, które nie zostały pociągnięte dalej, wyjaśnione. Niektórzy bohaterowie pojawiają się na przysłowiową chwilę, po której znikają, nie wnosząc nic do powieści. Najgorsze jest jednak wrażenie, iż cała książka pozostała nieskończona. Rozumiem ideę zakończenia otwartego, ale ja poczułam się porzucona co najmniej kilkanaście stron przed końcem. Początkowo pomyślałam, że Magdalena Zimny-Louis planuje napisać drugą część przygód swoich bohaterów, jednakże nigdzie takiej informacji nie znalazłam. Moje odczucie jest następujące: zapoznałam się z postaciami powieści, można powiedzieć, iż zakolegowałam, po to, aby potem zniknęli bez żadnego śladu i kontaktu.
Mam trudności z ogólną oceną "Kilku przypadków szczęśliwych". Przeczytałam, ba! pochłonęłam tę książkę z przyjemnością, ale do tej pory zastanawiam się, o czym ona tak naprawdę była. Publikacja ma sporo widocznych zalet, nie można zaklasyfikować jej jako słabą, gdyż byłoby to niesprawiedliwe. Rewelacyjna jednak też nie jest, bo interesujące poglądy autorki, humor i obecność wątku kryminalnego to nie wszystko, czego wymagam od wolumenu. Lubię, kiedy przeczytana książka wpływa na mnie bezpośrednio, skłania do refleksji. Po wyśmienitej lekturze zatrzymuję się na chwilę, zanim otworzę kolejną. Tym razem tak nie było, więc najuczciwiej będzie zaklasyfikować utwór jako przeciętny. Ma potencjał, historia jest lekka i przyjemna. I to by było na tyle.
Magdalena Zimny-Louis "Kilka przypadków szczęśliwych"
Wydawnictwo Prószyński Media, 2014
poniedziałek, 10 marca 2014
piątek, 7 marca 2014
Jim Stovall "Bezcenny dar". Przedpremierowa recenzja
"Miliony sprzedanych egzemplarzy" - krzyczy do nas okładka. Zaintrygował mnie fenomen tej, bądź co bądź, krótkiej powieści. Przeczytałam i.. ogłupiałam. Zastanawiającym jest fakt, kto napisał tę książkę i jakim cudem posiadł odpowiedź na pytanie, które zadaje sobie połowa ludzkości, podczas gdy kolejne pięćdziesiąt procent woli się na tym nie skupiać z lęku przed rozwiązaniem. Ależ wielkie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, iż autorem jest niewidomy, ale szczęśliwy i spełniony człowiek, który postanowił podzielić się swą tajemnicą z innymi.
Publikacja Jima Stovall ukaże się nakładem Wydawnictwa Replika 18 marca i radzę zaznaczyć sobie tę datę w kalendarzu. Należy wspomnieć, iż książka nie jest poradnikiem napisanym przez ludzi sukcesu, jakich wysyp obserwowaliśmy jeszcze nie tak dawno temu. "Bezcenny dar" to powieść, przepiękna powieść, która pozwala spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Multimilioner Red Stevens umiera, a cała jego rodzina z niecierpliwością oczekuje na odczytanie testamentu i podział niewyobrażalnego majątku zmarłego. Wobec młodego Jasona, mężczyzna miał jednak inne plany. Postanowił ofiarować mu tytułowy "bezcenny dar". Aby go jednak otrzymać, przez dwanaście miesięcy chłopak musi działać zgodnie z instrukcjami otrzymanymi przez swojego stryjecznego dziadka. Lekcja, jaką otrzyma, będzie najważniejszą w jego życiu.
Historia opisana w lekturze, w połączeniu z życiorysem autora, uczy nas pokory. Książka zalicza się do literatury moralizatorskiej, skłaniającej do refleksji nad sobą i otaczającym środowiskiem. W kolejnych miesiącach Jason otrzymuje od Reda kolejny "dar", a raczej wskazówki, co zrobić, aby go odkryć. Wybierzemy się w podróż z bohaterem, jednakże droga, jaką pokonamy, to przede wszystkim ta w głąb siebie. Wszystkie sugestie, jakie otrzymuje młody mężczyzna, nie przynoszą gotowych odpowiedzi, a dylematy, przed jakimi staje, są natury egzystencjalnej i czysto filozoficznej, przy czym uniwersalne i ponadczasowe.
Autor w przedmowie zapewnia, iż po przeczytaniu "będziesz innym człowiekiem". W tym tkwi fenomen tej książki: ludzie poszukują kogoś, kto wskaże im właściwy kierunek, inspiracji do zmian. Ale czy jedna powieść może odmienić życie? Wszak literatura posiada moc zmieniania indywiduum, ale nie możemy zawierzyć w pełni Stovall'owi i jego zapewnieniu o całkowitej przemianie naszej egzystencji. "Bezcenny dar" zdecydowanie pomaga w przewartościowaniu swego istnienia, przełomie w hierarchii wartości, wnosi świeży powiew do naszego życia, jednak pozostaje tylko motorem do działania. A właściwie do przemyśleń. Bardzo intensywnych przemyśleń.
Ciąg wydarzeń posłużył w książce do przedstawienia poglądów autora i należy przyznać rację, iż narratorska predyspozycja mówcy i przedsiębiorcy, bo tym na co dzień zajmuje się Jim Stovall, jest w wysokim stopniu zadowalająca. Pozostawałam cały czas ciekawa, czym jest ten ostateczny, "bezcenny dar", którym Red postanowił obdarować młodego Stevens'a. Powieść jest prostą, nieskomplikowaną konstrukcją, czego w jej przypadku nie można uznać za wadę. Momentami zdaje się być utopią, ale chcemy mocno wierzyć w jej autentyczność. O ile prościej żyłoby nam się na świecie, gdyby wszyscy, choć w niewielkim stopniu, dzielili poglądy z autorem książki.
Po lekturze "Bezcennego daru" nie dziwią mnie już te miliony sprzedanych egzemplarzy. Nie żyjemy w łatwych czasach, zasady dzisiejszego świata skłaniają raczej do wyścigu szczurów, aniżeli do ofiarowania siebie innym. Poziom frustracji pozostaje bardzo wysoki, a my poszukujemy ukojenia i nadziei. Powyższe zdecydowanie przyniesie nam lektura najnowszej propozycji Wydawnictwa Replika. Nawet jeśli nie zmieni twego życia, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a zapamiętaj, iż bohaterowi zajęło to rok, pozwoli ci zatrzymać się i zastanowić. Czy chcesz żyć naprawdę?
Jim Stovall "Bezcenny dar"
Wydawnictwo Replika, premiera: 19.03.2014
Publikacja Jima Stovall ukaże się nakładem Wydawnictwa Replika 18 marca i radzę zaznaczyć sobie tę datę w kalendarzu. Należy wspomnieć, iż książka nie jest poradnikiem napisanym przez ludzi sukcesu, jakich wysyp obserwowaliśmy jeszcze nie tak dawno temu. "Bezcenny dar" to powieść, przepiękna powieść, która pozwala spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Multimilioner Red Stevens umiera, a cała jego rodzina z niecierpliwością oczekuje na odczytanie testamentu i podział niewyobrażalnego majątku zmarłego. Wobec młodego Jasona, mężczyzna miał jednak inne plany. Postanowił ofiarować mu tytułowy "bezcenny dar". Aby go jednak otrzymać, przez dwanaście miesięcy chłopak musi działać zgodnie z instrukcjami otrzymanymi przez swojego stryjecznego dziadka. Lekcja, jaką otrzyma, będzie najważniejszą w jego życiu.
Historia opisana w lekturze, w połączeniu z życiorysem autora, uczy nas pokory. Książka zalicza się do literatury moralizatorskiej, skłaniającej do refleksji nad sobą i otaczającym środowiskiem. W kolejnych miesiącach Jason otrzymuje od Reda kolejny "dar", a raczej wskazówki, co zrobić, aby go odkryć. Wybierzemy się w podróż z bohaterem, jednakże droga, jaką pokonamy, to przede wszystkim ta w głąb siebie. Wszystkie sugestie, jakie otrzymuje młody mężczyzna, nie przynoszą gotowych odpowiedzi, a dylematy, przed jakimi staje, są natury egzystencjalnej i czysto filozoficznej, przy czym uniwersalne i ponadczasowe.
Autor w przedmowie zapewnia, iż po przeczytaniu "będziesz innym człowiekiem". W tym tkwi fenomen tej książki: ludzie poszukują kogoś, kto wskaże im właściwy kierunek, inspiracji do zmian. Ale czy jedna powieść może odmienić życie? Wszak literatura posiada moc zmieniania indywiduum, ale nie możemy zawierzyć w pełni Stovall'owi i jego zapewnieniu o całkowitej przemianie naszej egzystencji. "Bezcenny dar" zdecydowanie pomaga w przewartościowaniu swego istnienia, przełomie w hierarchii wartości, wnosi świeży powiew do naszego życia, jednak pozostaje tylko motorem do działania. A właściwie do przemyśleń. Bardzo intensywnych przemyśleń.
Ciąg wydarzeń posłużył w książce do przedstawienia poglądów autora i należy przyznać rację, iż narratorska predyspozycja mówcy i przedsiębiorcy, bo tym na co dzień zajmuje się Jim Stovall, jest w wysokim stopniu zadowalająca. Pozostawałam cały czas ciekawa, czym jest ten ostateczny, "bezcenny dar", którym Red postanowił obdarować młodego Stevens'a. Powieść jest prostą, nieskomplikowaną konstrukcją, czego w jej przypadku nie można uznać za wadę. Momentami zdaje się być utopią, ale chcemy mocno wierzyć w jej autentyczność. O ile prościej żyłoby nam się na świecie, gdyby wszyscy, choć w niewielkim stopniu, dzielili poglądy z autorem książki.
Po lekturze "Bezcennego daru" nie dziwią mnie już te miliony sprzedanych egzemplarzy. Nie żyjemy w łatwych czasach, zasady dzisiejszego świata skłaniają raczej do wyścigu szczurów, aniżeli do ofiarowania siebie innym. Poziom frustracji pozostaje bardzo wysoki, a my poszukujemy ukojenia i nadziei. Powyższe zdecydowanie przyniesie nam lektura najnowszej propozycji Wydawnictwa Replika. Nawet jeśli nie zmieni twego życia, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a zapamiętaj, iż bohaterowi zajęło to rok, pozwoli ci zatrzymać się i zastanowić. Czy chcesz żyć naprawdę?
Jim Stovall "Bezcenny dar"
Wydawnictwo Replika, premiera: 19.03.2014
Dziękuję Wydawnictwu Replika za udostępnienie recenzenckiego, przedpremierowego egzemplarza książki.
środa, 5 marca 2014
Recenzja "On wrócił" Timur Vermes
Jedno spojrzenie na okładkę i wszystko jasne, zagadka, kim jest tytułowy "on", rozwiązana. Charakterystyczna grzywka, osławiony wąsik... Adolf Hitler powrócił na kartach powieści Timura Vermes "On wrócił". Nie, to nie głupi żart. Książka to rewelacyjna satyra polityczna, źródło wielu moich niekontrolowanych wybuchów śmiechu.
Fuhrer budzi się na opuszczonej parceli. Musi działać szybko, bądź co bądź, alianci i bolszewicy są już blisko, niebezpiecznie zbliżając się do stolicy Wszechniemiec. Spogląda na Berlin i coś mu nie pasuje... Najwidoczniej wojna już się skończyła, ale jakim cudem udało się tak szybko usunąć gruzowiska i na ich miejsce postawić dziwne, oszklone budynki? Ku jego niesłychanej uldze, w pobliżu dostrzega chłopców z Hitlerjunge. Ufff, jednemu z nich matka naszyła nazwisko na koszulce, więc wódz postanawia zwrócić się do niego bezpośrednio. "Hitlerjunge Ronaldo!", nawołuje. Ale cóż to? Dlaczegóż to młodzież nie poznaje swojego przywódcy? I gdzie, do licha, podział się Bormann? Hitler jest zdany sam na siebie, jak najszybciej musi dostać się do Kancelarii Rzeszy, aby wyjaśnić zaistniałą sytuację. Okazuje się to niemożliwe, bo.. Kancelarii już nie ma, a obecnie jest rok 2011.
Lektura powieści "On wrócił" to czysta przyjemność. Vermes dokonał rzeczy, wydawałoby się, niemożliwej. Po latach doszliśmy do tego, że potrafimy.. śmiać się z Hitlera, nie czując przy tym wyrzutów sumienia, a przyczynił się do tego niewątpliwie autor publikacji. Książka nie jest niesmacznym żartem, to bezkonkurencyjna ironia, ukazująca przekrój dzisiejszego społeczeństwa w krzywym zwierciadle. Vermes inteligentnie operuje sarkazmem, doprowadzając czytelnika do niepohamowanych łez śmiechu. Fuhrer pełen zdumienia postrzega świat, w jakim się obudził. Nie rozumie, dlaczego te "pomylone kobiety" biegają za swoimi pieskami i sprzątają ich odchody, wyśmiewa pseudointelektualistów, zastanawia go niesamowicie intrygujący fakt, mianowicie: z jakiego powodu ludzie czytają pełne modnego, niezrozumiałego dla nich słownictwa książki? Bo przecież logiczna wydawałaby się lektura powieści jasna dla danej osoby!
Jestem osobą pełną pokory w obliczu historii. Wojna mnie przeraża, tym bardziej nie sądziłam, iż kiedykolwiek powiem, że.. w tej publikacji nawet rozważania bohatera na temat konfikitu zbrojnego zdają się być zabawne! Autor przedstawia znane nam persony oraz fakty i znów niesamowicie trafnie używa w tym celu sarkazmu. Niesamowitym w całej opowieści jest to, iż przy tak delikatnej tematyce, czytelnik nie czuje się ani trochę zniesmaczony. Vermes oscyluje na pograniczu moralnych zasad, nie posuwa się jednak nawet o krok za daleko. Jest genialny w całej swej satyrze! Operuje wybitnym stylem literackim i wysoką jakością słowa. Mimo iż "On wrócił" to debiutancka powieść Timura Vermes, wcześniej napisał on cztery książki jako ghostwriter.
Powieść jest niekonwencjonalna i oryginalna, nikt nie może zarzucić autorowi "ale przecież to już było". Nie dziwię się, iż została ona bestsellerem w Niemczech, wydaje mi się jednak, że my, jako Polacy, mamy zbyt mały dystans do siebie i do świata, aby książka u nas powtórzyła swój sukces. Żywię nadzieję, iż mogłam się pomylić i "On wrócił" zostanie przyjęte bardzo entuzjastycznie, bo na to zasługuje. Publikacja jest fenomenalna, niesamowicie trafna, pełna dobrego, inteligentnego humoru. Rewelacja!!!! Kochani, ruszamy tłumnie do księgarni. Musicie to przeczytać!
Timur Vermes "On wrócił"
Wydawnictwo W.A.B
premiera: 12.02.2014
niedziela, 2 marca 2014
"Szkoła Żon" Magdalena Witkiewicz
Przyznam, iż do lektury "Szkoły Żon" przekonały mnie pozytywne recenzje kontynuacji losów bohaterek powieści, "Pensjonatu marzeń". Wcześniej kilkakrotnie miałam książkę w rękach, ale nigdy nie zdecydowałam się na nią. Wydawca opisuje publikację jako "romantyczną, erotyczną i trochę feministyczną opowieść o współczesnych matkach, żonach, kochankach". Z feministkami się nie utożsamiam, wysypu erotyki po opublikowaniu "Pięćdziesięciu twarzy Greya" mam po prostu dość i, chociaż swego czasu uwielbiałam serial "Matki, żony i kochanki", podchodziłam sceptycznie do "Szkoły Żon" autorstwa Magdaleny Witkiewicz.
Książka opowiada historię kilku kobiet spotykających się w tytułowej Szkole Żon. Poznajemy Julię, świeżą rozwódkę, którą mąż pozostawił dla swojej sekretarki, Michalinę - młodą dziewczynę pragnącą nauczyć się, jak zrobić dobrze swojemu Misiowi, Jadwigę vel Jagodę - kobietę po pięćdziesiątce, mężatkę, która zapomniała, co to seks, czego nie można powiedzieć o jej ślubnym. Jest jeszcze Marta, matka dwójki dzieci w rozmiarze pięćdziesiąt. Jednak jej postać zdaje się być zapomniana przez autorkę, gdyż wątek pozostał poniekąd pominięty, by na chwilę do niego wrócić w zakończeniu. Ich losy krzyżują się w luksusowym SPA, prowadzonym przez Ewelinę, której życiowym celem jest przywrócenie wiary w siebie uczennicom Szkoły Żon.
Same miejsce, gdzie rozgrywa się akcja, z początku niesamowicie mnie do siebie zniechęciło. Mimo, iż, jak wspomniałam, do feministki mi daleko, założenie, że kobieta ma się poczuć wyjątkowa po tym, jak obcy, sowicie opłacony mężczyzna przyjdzie zrobić jej masaż i zajmie się jej łechtaczką, wywołał we mnie zgoła inne uczucia, niż zazdrość. Tym bardziej nie zrozumiałam opisu wydawcy, który sugeruje, że powieść jest przecież "trochę feministyczna"! Fakt, to książka o kobietach i dla kobiet, ale w moim odczuciu wspomniany przeze mnie wątek był co najmniej poniżający kobiecości bohaterek. Czy muszą płacić równowartość ekskluzywnych zagranicznych wakacji, by ktoś zechciał je zrelaksować i zająć się ich seksualnością? Przykro mi, ale nie zrozumiałam tego zamysłu autorki, a uważam moje poczucie wartości za wysokie.
Po tym, jak wybaczyłam już Magdalenie Witkiewicz, tę zniewagę (powtarzam, nie jestem feministką!), zaczęłam dobrze się bawić. Książka w przyjemny sposób traktuje o kobietach i tym bardziej zakompleksionym może dodać pewności siebie. Autorka pisze o naszej sile, pięknie, ale nie tym zewnętrznym, gdyż ono jest ulotne. Pisarka staje się nam nieustannie przypominać o tym, że piękne jesteśmy przede wszystkim wewnątrz, co przekłada się na osławiony błysk w oku, który z kolei już jest widoczny dla świata. Każda z pań powinna skorzystać z przesłania, jakie niesie ze sobą "Szkoła Żon". To nie mężczyzna winien być centrum naszego wszechświata, w który schemat wpadają zarówno młode dziewczyny, jak Michalina, czy osoby po pięćdziesiątce - Jadwiga. Witkiewicz uczy nas zdrowego egoizmu, przekonuje, iż wszystko, co robimy, należy robić przede wszystkim dla siebie. Jeśli na sali są mężczyźni, uprzejmie proszę o brak gwałtownych reakcji. Spieszę z wyjaśnieniem, iż książka nie jest poradnikiem nawiedzonej starej panny, z tego, co mi wiadomo, pani Magdalena jest szczęśliwą mężatką. Zdajemy sobie sprawę, iż jesteście nierozerwalną częścią naszego świata, ale rzecz w tym, aby zrobić coś dla siebie po to, abyśmy potrafiły tworzyć zdrowe, mądre związki.
Bohaterki "Szkoły Żon" przekonują do siebie czytelnika swoją zwyczajnością i codziennością. Każda wnosi w rodzącą się znajomość swój bagaż doświadczeń, ucząc się wiele od siebie nawzajem. Zostały już skrzywdzone, przetrwały, ponosząc mniejsze lub większe straty. Decyzja o wyjeździe do Szkoły Żon wiążę się z chęcią zmian, ale na miejscu przekonują się, że to, czego naprawdę pragną, nie ma nic wspólnego z bezpośrednimi powodami postanowienia. Autorka portretuje swych bohaterów dokładnie, skupiając uwagę na ich przeszłości, która doprowadziła ich do położenia, w jakim obecnie się znajdują. Na kartach powieści spotkamy zarówno wspaniałe kobiety, jak i cudownych mężczyzn. Witkiewicz nie spisała na straty całej męskiej rasy, przywraca swoim bohaterkom wiarę w to, iż istnieją mądrzy, dojrzali faceci, z którymi zapragną iść przez życie. Najpierw należy jednak pokochać samą siebie.
Z tego miejsca chciałabym zachęcić Was, drogie panie, do lektury powieści Magdaleny Witkiewicz "Szkoła Żon". Przyznaję, na początku nie byłam przekonana do tej książki, ba!, wspomniany już powyżej początek wizyty bohaterek w tytułowym miejscu, umocnił mnie w moich odczuciach. Teraz pokornie przyznaję, iż cieszę się, że przeczytałam tę publikację, ponieważ spędziłam czas z przyjemną, momentami zabawną, czasem wzruszającą, ale niosącą pozytywne przesłanie publikacją. Czuję się przyjemnie połechtana, iż jestem kobietą.
Magdalena Witkiewicz "Szkoła Żon"
Wydawnictwo Filia, 2013
Seria z Tulipanem
sobota, 1 marca 2014
Przedpremierowa recenzja "Życie to nie bajka" Joanne Greenberg
Istnieją różne mechanizmy radzenia sobie z nieprzystosowaniem do świata. Ale czy aby określenie "radzić sobie" jest adekwatne do sytuacji? Deborath Blau, główna bohaterka powieści "Życie to nie bajka" autorstwa Joanne Greenberg, czuje, że nie pasuje do otaczającej ją rzeczywistości. Ucieka w wykreowany przez siebie, alternatywny świat. Poruszająca książka opisująca wewnętrzną walkę chorej na schizofrenię dziewczyny, ukaże się nakładem Wydawnictwa Replika 4 marca.
Po nieudanej próbie samobójczej rodzice szesnastoletniej Deborath podejmują najtrudniejszą decyzję w życiu. Pełni obaw i wyrzutów sumienia odwożą córkę do szpitala psychiatrycznego. Diagnoza jest jednoznaczna: schizofrenia. Leczenia dziewczyny podejmuje się doktor Fried. Deb stawia wyzwanie swojej chorobie, a stawka jest najwyższa z możliwych - gra toczy się o jej życie.
Książkę czyta się ciężko i stosunkowo długo, jak na jej faktyczną objętość: trzysta dwadzieścia stron. Nie jest to jednak spowodowane tym, iż historia nie zaciekawia, wręcz przeciwnie. Autorka podjęła temat niesamowicie trudny, a przedstawienie choroby od środka obciąża nasz umysł. Nie wyobrażam sobie przebrnąć przez lekturę w jeden wieczór, lekko i miło. "Życie to nie bajka" dotyka głęboko i boleśnie, prawi o naszych słabościach i ułomnościach ludzkiej psychiki. Cała historia nie ma nic wspólnego z delikatnością, to mocna i prawdziwa opowieść, poruszająca nawet najtwardsze serca, wlewając w nie hektolitrami odczucie empatii.
O schizofrenii powinno się mówić i pisać. Wielu z nas kojarzy się ona z ludźmi, którzy po prostu słyszą bliżej niezidentyfikowane głosy i postępują zupełnie nieprzewidywalnie. Autorka pokusiła się o opisanie dokładnej genezy choroby. Mimo, iż poznajemy Deborath, główną bohaterkę, w momencie, kiedy wydaje się być ona w najgorszym stadium przypadłości, a schorzenie po prostu istnieje, bez wdawania się w dalsze szczegóły, podczas trwania powieści, i wypadałoby doprecyzować, iż chodzi o sesje odbywane z psychiatrą, zapoznamy się z dokładną historią choroby. Dziewczyna, wraz z doktor Fried, dotrze do najdalszych zakątków swojej psychiki, odkrywając poprzez to wszystkie czynniki, które doprowadziły Deb do pułapki stworzonego przez siebie świata. W "Życie to nie bajka" chora zdaje się być przyczyną swej przypadłości, śmiało można pokusić się o stwierdzenie, iż jest jej twórcą.
Bardzo podobał mi się przedstawiony w tle portret familii Deborath. Zmusza do głębszej refleksji nad istnieniem dysfunkcji rodziny, czy aby na pewno jest tym, czym wydaje się być? Nie zawsze najbliżsi zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich poczynań, które mają za nieistotne. Miłość bywa traumatyczna, a bohaterom powieści przyjdzie zmierzyć się z wyborem, który zmieni na dobre całą ich rodzinę. Matka i ojciec dziewczyny, na swój zupełnie różny sposób, przeżywają chorobę córki. W podświadomości wciąż tkwi niewypowiedziane pytanie, a rzeczywistość przyniesie na nie odpowiedź. Czy rodzice, których dziecko z powodu nieprzystosowania się do świata i szerzącej się wśród niego nienawiści ucieka w świat wykreowanej przez siebie choroby, spełnili swoją funkcję?
Współistnienie sfery ziemskiej i Ur, krainy narodzonej w umyśle Deborath, jest tak płynne i głęboko zakorzenione w psychice dziewczyny, iż rozdzielenie na dobre dwóch światów i zagłada jednego wydaje się być niemożliwe. Którą rzeczywistość wybierze młoda kobieta? Deb podejmuje walkę z chorobą, wykazując się ogromną wolą przetrwania. Historia bohaterki to przejmująca, mądra i dająca nadzieję opowieść. Cała książka wydaje się być mocno osadzona w głowie postaci. W momentach totalnego chaosu, rozgardiasz panuje i na kartach powieści. W chwilach spokoju, udziela on się również czytelnikowi. Całość jest nierozerwalną częścią, kolejne strony to następny zakręt na strapionej psychice dziewczyny. Koniecznie trzeba przeczytać "Życie to nie bajka", aby przeżyć to zespolenie. Przyznam, iż pierwszy raz czytałam powieść napisaną w sposób tak silnie łączący formę i treść.
"Życie to nie bajka Joanne Greenberg
premiera: 4 marca 2014
Wydawnictwo Replika
Po nieudanej próbie samobójczej rodzice szesnastoletniej Deborath podejmują najtrudniejszą decyzję w życiu. Pełni obaw i wyrzutów sumienia odwożą córkę do szpitala psychiatrycznego. Diagnoza jest jednoznaczna: schizofrenia. Leczenia dziewczyny podejmuje się doktor Fried. Deb stawia wyzwanie swojej chorobie, a stawka jest najwyższa z możliwych - gra toczy się o jej życie.
Książkę czyta się ciężko i stosunkowo długo, jak na jej faktyczną objętość: trzysta dwadzieścia stron. Nie jest to jednak spowodowane tym, iż historia nie zaciekawia, wręcz przeciwnie. Autorka podjęła temat niesamowicie trudny, a przedstawienie choroby od środka obciąża nasz umysł. Nie wyobrażam sobie przebrnąć przez lekturę w jeden wieczór, lekko i miło. "Życie to nie bajka" dotyka głęboko i boleśnie, prawi o naszych słabościach i ułomnościach ludzkiej psychiki. Cała historia nie ma nic wspólnego z delikatnością, to mocna i prawdziwa opowieść, poruszająca nawet najtwardsze serca, wlewając w nie hektolitrami odczucie empatii.
O schizofrenii powinno się mówić i pisać. Wielu z nas kojarzy się ona z ludźmi, którzy po prostu słyszą bliżej niezidentyfikowane głosy i postępują zupełnie nieprzewidywalnie. Autorka pokusiła się o opisanie dokładnej genezy choroby. Mimo, iż poznajemy Deborath, główną bohaterkę, w momencie, kiedy wydaje się być ona w najgorszym stadium przypadłości, a schorzenie po prostu istnieje, bez wdawania się w dalsze szczegóły, podczas trwania powieści, i wypadałoby doprecyzować, iż chodzi o sesje odbywane z psychiatrą, zapoznamy się z dokładną historią choroby. Dziewczyna, wraz z doktor Fried, dotrze do najdalszych zakątków swojej psychiki, odkrywając poprzez to wszystkie czynniki, które doprowadziły Deb do pułapki stworzonego przez siebie świata. W "Życie to nie bajka" chora zdaje się być przyczyną swej przypadłości, śmiało można pokusić się o stwierdzenie, iż jest jej twórcą.
Bardzo podobał mi się przedstawiony w tle portret familii Deborath. Zmusza do głębszej refleksji nad istnieniem dysfunkcji rodziny, czy aby na pewno jest tym, czym wydaje się być? Nie zawsze najbliżsi zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich poczynań, które mają za nieistotne. Miłość bywa traumatyczna, a bohaterom powieści przyjdzie zmierzyć się z wyborem, który zmieni na dobre całą ich rodzinę. Matka i ojciec dziewczyny, na swój zupełnie różny sposób, przeżywają chorobę córki. W podświadomości wciąż tkwi niewypowiedziane pytanie, a rzeczywistość przyniesie na nie odpowiedź. Czy rodzice, których dziecko z powodu nieprzystosowania się do świata i szerzącej się wśród niego nienawiści ucieka w świat wykreowanej przez siebie choroby, spełnili swoją funkcję?
Współistnienie sfery ziemskiej i Ur, krainy narodzonej w umyśle Deborath, jest tak płynne i głęboko zakorzenione w psychice dziewczyny, iż rozdzielenie na dobre dwóch światów i zagłada jednego wydaje się być niemożliwe. Którą rzeczywistość wybierze młoda kobieta? Deb podejmuje walkę z chorobą, wykazując się ogromną wolą przetrwania. Historia bohaterki to przejmująca, mądra i dająca nadzieję opowieść. Cała książka wydaje się być mocno osadzona w głowie postaci. W momentach totalnego chaosu, rozgardiasz panuje i na kartach powieści. W chwilach spokoju, udziela on się również czytelnikowi. Całość jest nierozerwalną częścią, kolejne strony to następny zakręt na strapionej psychice dziewczyny. Koniecznie trzeba przeczytać "Życie to nie bajka", aby przeżyć to zespolenie. Przyznam, iż pierwszy raz czytałam powieść napisaną w sposób tak silnie łączący formę i treść.
"Życie to nie bajka Joanne Greenberg
premiera: 4 marca 2014
Wydawnictwo Replika
Za udostępnienie recenzenckiego egzemplarza powieści, składam podziękowania Wydawnictwu Replika.
piątek, 21 lutego 2014
"Zasypianie" Piotr Cielecki: Recenzja
"Pewnie związki, mimo iż formalnie nie istnieją, po prostu są"
Piotr Cielecki "Zasypianie", wyd. Prószyński Media, 2014
Kiedy zapoznałam się z opisem nowej propozycji oficyny Prószyński i S-ka, zapragnęłam natychmiast przeczytać tę książkę! Która z nas, kobiet, nie spotkała na swej drodze mężczyzny przykładem bohatera książki żyjącego niczym Piotruś Pan, zajętego zabawą, co prawda już nie klockami, a tą z gatunku suto zakrapianych, dla którego szczytem zaangażowania jest pozostanie na noc u długonogiej koleżanki? I taki Piotruś, dosłownie i w przenośni, bo tak ma na imię główna postać, spotyka kobietę "inną niż wszystkie", jak informuje wydawca na okładce? I jeszcze o tym pisze?! Zdecydowanie musiałam zaznajomić się z "Zasypianiem".
Nie to, żem mściwa i jakobym miała pejoratywne nastawienie do Piotrusiów, ale książka w jakimś stopniu na pewno utrze im nosa. To doskonała propozycja, zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, bo niesie ze sobą szersze przesłanie. "Zasypianie" przedstawia klasyczny obraz człowieka nieco ułomnego emocjonalnie, który twierdzi, że nie potrafi kochać. Ma szereg teorii na temat swojej wypranej z uczuć osoby, związków, seksu i wszelakich relacji międzyludzkich. Należy przyznać, iż wypowiedź to nie stek pijanych bzdur, na co mógłby wskazywać jego stan psychoruchowy, a wydaje się logiczna i spójna. Główny bohater, Piotr, spędza życie mocno imprezując, uprawiając seks bez zaangażowania, czasem próbując coś dorobić na alkohol i papierosy. Szkoli się na artystę. W końcu poznaje Weronikę, która zdaje się być odpowiednią kandydatką na to, aby zmienić coś w życiu młodego mężczyzny. Tylko.. czy on chce coś zmieniać?
"Zasypianie" to głos naszych czasów. Wiele osób, zwłaszcza przedstawicieli płci męskiej, żyje w przedstawiony w książce sposób. To mocna wizja świata pozbawionego głębszych uczuć i sprowadzającego ludzi do ich podstawowych potrzeb fizjologicznych. Czy można osiągnąć szczęście, zatrzymując się na fundamentach hierarchii wartości? Autor z rozbrajającą szczerością pisze o cielesności, bliskości i neguje swoje umiejętności do odczuwania wyższych emocji, zachowując przy tym poczucie humoru. Momentami śmiałam się w głos, ale jak nie wybuchnąć śmiechem, kiedy czytamy o obwinianiu mężczyzn o śmierć Jezusa i dziecięcą prostytucję? Z biegiem czasu i rozwojem akcji, Cielecki delikatnie podsuwa nam rozwiązanie, robi to niezwykle subtelnie, nie wygłaszając wyższych sądów nad sobą czy innymi. "Zasypianie" nie jest powieścią narzucającą nam punkt widzenia, to książka, gdzie pomiędzy wierszami jest ukryte przesłanie, które każdy czytelnik może zinterpretować na swój sposób, analizując wedle własnej osoby.
Autor stara się sprawiać wrażenie, że z nikim i niczym się nie liczy, ale czy tak jest naprawdę? Jego książka oferuje nam spojrzenie "o kuchni od kuchni". To mądra powieść, która ewoluuje, dojrzewa wraz z jej trwaniem. "Zasypianie" momentami bywa trudne, boli od środka swą szczerością i autentycznością. Mimo, iż nie takie jest zamierzenie postaci, czasami wzbudza litość i żal, poprzez swoją ułomność emocjonalną, by zaraz zirytować po raz kolejny swym zachowaniem. Obowiązkowa pozycja na liście do przeczytania!
Piotr Cielecki "Zasypianie", wyd. Prószyński Media, premiera: 13 luty 2014
Za udostępnienie recenzenckiego egzemplarza powieści dziękuję Wydawnictwu Prószyński Media.
środa, 19 lutego 2014
Specjalny kod rabatowy dla użytkowników Przeglądu czytelniczego
Specjalnie dla użytkowników Przeglądu, Wydawnictwo Znak przygotowało rabat 40% na zakupy w sklepie internetowym!
Szczegóły promocji:
1. Aby skorzystać z promocji należy wpisać na stronie www.znak.com.pl kod rabatowy -przeglad40
2. Gdy wartość Twojego zamówienia wyniesie 100 zł, od Twojego
zamówienia odejmiemy 40 zł.
3. Rabat nie łączy się z innymi kodami rabatowymi.
4. Kod rabatowy jest ważny do 19 lutego do 18 marca 2014 roku.
Polecam, zwłaszcza, że na tej stronie standardowo ceny są niższe aniżeli w tradycyjnych księgarniach, a z rabatem 40 zł, można sporo zaoszczędzić!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








