sobota, 13 września 2014

Małgorzata Warda "Miasto z lodu" [Recenzja]




Sprawdzam pocztę mailową na jednym ze znanych polskich portali. Przeglądam ze znudzeniem reklamy, zatrzymując się na chwilę przy ważniejszych wiadomościach. Na kilka z nich odpowiadam. W porządku, wyloguj. Zostaję przekierowana na stronę główną. Wiadomości z kraju, ze świata, sport, biznes, plotki. Kolejna afera z rządzącymi na czele, znowu wojna, sąsiad pobił ze skutkiem śmiertelnym sąsiada, matka oskarżona o spowodowanie śmierci 5-letniego dziecka. Internauci nie czekają na wynik śledztwa, wyrok sądu. Oni już wiedzą. Zlinczować, powiesić, wykastrować! Toż to suka, a nie kobieta! Nikt nie zna tej osoby, jej historii. Wszyscy widzą jej wizerunek wykreowany przez media. Znasz to? Pewnie, anonimowy hejterzy są wszędzie. Temu zjawisku Małgorzata Warda poświęciła uwagę w swojej najnowszej powieści "Miasto z lodu". Pierwszej publikacji polskiej autorki, która ukazała się pod skrzydłami klubu "Kobiety to Czytają".

Teresa Tomaszewska od lat cierpi na afektywną chorobę dwubiegunową. Przez swoją przypadłość praktycznie nie zna swojej 13-letniej córki Agaty, którą wychowuje babcia. Teresa postanawia zacząć wszystko od nowa, nawiązać więź z nastoletnim dzieckiem. Zabiera dziewczynę w podróż po Polsce, by w końcu osiedlić się w niewielkiej miejscowości u podnóża Tatr. Niełatwo jest jednak odnaleźć się w obcej społeczności. Kobiety szybko stają się ofiarami plotek, które szybko przeistaczają się w otwartą niechęć, a nawet nienawiść. Kiedy nieprzytomna Agata zostaje odnaleziona w stanie krytycznym w górach i zapada w śpiączkę, zaczyna wrzeć. Nie wiadomo, co stało się nastolatce, jednak ludzie już wiedzą - to na pewno wynik zaniedbania przez matkę. Sprawą interesuje się policja i krajowe media. Co tak naprawdę stało się w górach? Czy chora matka, która kocha i robi wszystko, co w jej mocy, aby nawiązać więź ze swoim dzieckiem, zasługuje na nienawiść?

Tak łatwo nam oceniać, nie znając całej historii. Widzimy tylko wierzchołek góry lodowej, znamy część prawdy, nierzadko zniekształconą przez plotki i media. Warda napisała książkę, której brakowało na polskim rynku, w kraju, w którym szczególnie mocno odczuwalna jest zawiść i nienawiść wobec drugiego człowieka. W dobie internetu osobista tragedia każdego z nas może stać się częścią medialnej gorączki. "Miasto z lodu" to ważna i potrzebna powieść, która składnia do refleksji nad samym sobą, nad zasadami funkcjonowania dzisiejszego społeczeństwa. Małgorzata Warda uświadamia czytelnikowi, iż prawda często jest zgoła inna, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. I - przede wszystkim - rozkazuje dwa razy zastanowić się, zanim znów ocenimy drugiego człowieka i przypniemy mu łatkę. Snując swoją opowieść, cofa się do samych początków, do dzieciństwa i młodości Teresy, aby przekazać czytelnikowi pełen obraz. Obraz rzetelny, nieprzekłamany. Nie wybiela bohaterki, wprost mówi również o tym, co było "złe", cały czas wiernie oddając obraz dramatu matki, której córka walczy o życie. Możliwe, iż Teresa dopuściła się zaniedbania, które doprowadziło do tragicznych okoliczności, ale iluż to rodziców popełnia błędy, które, ku ich szczęściu, nie prowadzą do tak poważnych konsekwencji?

Niemym obserwatorem następujących wydarzeń jest Agata pogrążona w śpiączce. To właśnie z jej punktu widzenia poznajemy tę historię, dziewczynka jest tutaj narratorem. Zabieg ten wpływa na emocjonalność historii, dzięki czemu do głosu dochodzą nie tylko suche fakty, ale i bardzo silne emocje. "Miasto z lodu" to przepełniona skrajnymi uczuciami powieść o dwóch kobietach poszukujących swojego miejsca w miasteczku, którego mieszkańcy zamrozili swoje serca na długo przed pierwszym śniegiem. Warda, chcąc przekazać nam pełny obraz, zaczęła nieco zbyt chaotycznie, tocząc opowieść na trzech płaszczyznach, ale nie oddzielając ich na tyle, aby czytelnik miał pewną świadomość, że przenosi się do innej czasoprzestrzeni. Przez kilka pierwszych rozdziałów możemy odczuwać zagubienie, nie do końca rozróżniać, co działo się wtedy, a co ma miejsce teraz. Przyznam, iż "Miasto z lodu" to nie jest powieść, która urzekła mnie od razu. Książka ewoluuje wraz z rozwojem akcji. Nie zachwyca z marszu, od samego początku. Ten zachwyt powoli dojrzewa w czytelniku, aby osiągnąć apogeum na sam koniec.

Czy warto? Ależ oczywiście! Wybór tej akurat publikacji na powieść pod opiekuńczymi skrzydłami klubu dyskusyjnego "Kobiety to Czytają" nie dziwi mnie ani trochę. Bo "Miasto z lodu" to doskonały materiał do refleksji, istotnej zmiany, ale i owocnej dyskusji. Porusza tematy ważne, z którymi spotykamy się na co dzień. I traktuje o najpiękniejszej miłości na świecie, miłości matki do dziecka. Miłości silniejszej niż choroba psychiczna, miłości silniejszej niż lincz społeczny. To książka o nas. O mnie, i o tobie. Bo wszyscy jesteśmy świadkami wydarzeń podobnych do tych, które Małgorzata Warda przedstawiła w swej najnowszej powieści.

Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego powieści!


Małgorzata Warda, "Miasto z lodu"
Wydawnictwo Prószyński Media, 2014
ilość stron: 368
data premiery: 11.09.2014

piątek, 12 września 2014

Izabela Sowa "Powrót" [Recenzja]




Jednoznaczne zaklasyfikowanie tej powieści jako ostatecznie "dobrą" lub "złą" sprawia mi nie lada trudność. To był mój pierwszy kontakt z twórczością Izabeli Sowy, więc ciężko mi oceniać w kontekście całości, jednakże jedyny przymiotnik, jaki w tym momencie przychodzi mi do głowy, aby opisać literaturę tworzoną przez pisarkę to "specyficzna". Z jednej strony poprawna, bez większych zarzutów, jednak o.. niczym. Ale do tego dojdziemy za chwilę.

Dorotka właśnie wróciła do kraju. Jest dorosłą kobietą, w okolicach trzydziestki, jednakże daleko jej do dojrzałości. Prowadzi nieuporządkowane życie, wygląda i nosi się nieco, hm, niekonwencjonalnie, przypomina raczej nastolatkę niż osobę w jej wieku. Przed laty rozczarowała wszystkich - zamiast skończyć ASP, oddała się tatuowaniu, czym trudzi się po dzień dzisiejszy. Dorotka wymyka się wszelkim schematom, robi wszystko po swojemu i zadziwia tym rodzinę i znajomych. Wchodzi w posiadanie ogródka działkowego, co może jeszcze bardziej namieszać w jej życiu. Kobieta zamierza podkreślić swoją niezależność. 

Zdecydowanie lubię powieści, w których "coś" się dzieje. To "coś" to akcja i fabuła, której, prawdę mówiąc, zabrakło w "Powrocie" Izabeli Sowy. Książka jest głównie zapisem rozmów i spotkań Dorotki ze znajomymi, rodzicami czy mężczyznami. Dzięki temu poznajemy w głównej mierze przemyślenia Dorotki, jej poglądy. Autorka obnaża przed czytelnikiem duszę swojej bohaterki i nie mówię "nie", ALE.. Właśnie! Oprócz tego, że rozszyfrowujemy postać i jesteśmy świadkami swego rodzaju psychoanalizy, nie doświadczamy już nic ponad to. Bardzo brakuje mi elementów tradycyjnej fabuły i narracji. Pomysł może i ciekawy, ale nie Izabela Sowa nie przekonała mnie jego realizacją.

Nie mogę określić tej powieści mianem "złej", gdyż tak naprawdę, że posłużę się tym kolokwialnym zwrotem, "nie mam się do czego przyczepić". To, że książka jest o niczym? Ileż wielkich dzieł literatury okazuje się zwykłym bełkotem nad sensem istnienia? Aby odnaleźć się w publikacji Sowy, trzeba zdecydowanie lubić tego typu twórczość i klimat, w jakim jest utrzymana. "Powrót" to historia o wierności złożonej sobie samej, o poszukiwaniu własnej drogi, wreszcie - o zagubieniu we współczesnym świecie. Głos pokolenia współczesnych trzydziestolatków, którzy pragną wyrwać się schematom. 

Ja, ostatecznie, cieszę się, iż ostatecznie dobrnęłam do ostatniej strony. Ze względu na moje preferencje i subiektywne przemyślenia, nie sięgnęłabym po tę powieść ponownie, ale, podkreślam, raz jeszcze - nie jest zła. Co kto lubi.


Dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego powieści!

Izabela Sowa, "Powrót"
Wydawnictwo Znak Literanova, 2014
ilość stron: 272
data premiery: 25.08.2014

poniedziałek, 8 września 2014

Anna Klejzerowicz "Sekret czarownicy" [Recenzja]




Współczesnemu człowiekowi wydaje się, iż ludzie żyjący 700 lat temu, w niczym nie byli mu podobni. Wszak postęp, jaki obserwujemy, daje złudzenie, iż zostawiliśmy daleko w tyle naszych przodków żyjących 100 lat temu, a co dopiero mówić o tych, którym przyszło żyć w odległym średniowieczu. Czy aby na pewno? Jesteśmy świadkami ich historii, czasem odległej, zapomnianej, innym razem dokładnie spisanej i poznanej. Pamięć, zakodowana w czeluściach podświadomości, łączy nasze losy z ich odległymi dziejami. Uczucia pozostają niezmienne. 

Codzienne życie Małgosi i Damiana, młodego małżeństwa, nie jest pozbawione problemów. Kłopoty wynikające z wydawałoby się banalnych nieporozumień zbiegają się w czasie z niezwykłym odkryciem. W okolicy archeolodzy natrafiają na tajną kryptę z czasów krzyżackich, a w niej szczątki rycerza. Postać tajemniczego mężczyzny sprzed kilkuset lat łączy się z miejscowymi legendami, a wszystko wskazuje na to, iż może on być... templariuszem. Co robił na tych ziemiach? Dlaczego został zamordowany? Małgosia postanawia odnaleźć odpowiedź na te pytania. Pomaga jej w tym przystojny i wyraźnie zainteresowany jej osobą Robert, zastępca kierownika wykopalisk. Ciekawość ludzi wzrasta, zwłaszcza że odżywa legenda o zaginionym skarbie rycerza.

"Sekret czarownicy" to powieść dla czytelników, którzy pod przykrywką słowa potrafią dostrzec drugie dno. Książka łączy w sobie dwie historie - tą współczesną i tą, która wydarzyła się siedemset lat temu. Anna Klejzerowicz wykorzystała opowieść, aby przekazać odbiorcy prawdy uniwersalne i ponadczasowe. Aby odnaleźć zaginiony skarb, należy zajrzeć w głąb siebie. "Sekret czarownicy" opowiada o życiu w zgodzie ze swą naturą, poszukiwaniu odpowiedzi we własnej podświadomości. Również i ja wierzę, iż intuicja, która towarzyszy nam na co dzień, jest wynikiem doświadczeniem poprzednich pokoleń. Najnowsza powieść Anny Klejzerowicz to historia dla osób wrażliwych na piękno, świadomych swojego bytu w danym miejscu i w konkretnych czasach.

Bohaterowie, znani z dwóch poprzednich części cyklu o "Czarownicy", urzekają mądrością życiową i spokojem. Zarażają tym swojego czytelnika. Nie trzeba znać wszystkich książek z serii, aby wyłapać to, co najważniejsze i znaleźć ukryte między słowami przesłanie. "Sekret czarownicy" intryguje zarówno jako odrębne dzieło, jak i część całości. Anna Klejzerowicz, można powiedzieć, że tradycyjnie już, wykorzystała elementy historii i kultury, aby stworzyć frapującą lekturę. Prawda miesza się z fikcją, inspirując do dalszych poszukiwań.

Początkowo byłam nieco rozczarowana wątkiem obyczajowym, obawiałam się, że ugrzęźnie na mieliźnie, będąc tylko nikłym tłem dla historii średniowiecznej. Jedna z moich ulubionych polskich autorek nie zawodzi jednak i tym razem. Urok książek Anny Klejzerowicz polega na tym, iż nawet jeśli wydaje nam się podczas lektury, że ta powieść nie przyciąga niczym konkretnym, to kończymy ją zafascynowani i w pełni zadowoleni. Nie spotkałam się jeszcze z publikacją autorstwa Klejzerowicz, która nie wniosłaby nic nowego do mojego życia. "Sekret czarownicy" nie jest w tej materii wyjątkiem. Niesie ze sobą istotne przesłanie.

Anna Klejzerowicz jest autorką wyjątkową i właśnie dla takich osób pisze. Zdaję sobie sprawę, iż czytelnicy, którzy są żądni tylko i wyłącznie ciekawej fabuły, mogą nie do końca zrozumieć się z "Sekretem czarownicy". Ta powieść ma drugie dno i frajda z jej lektury polega właśnie na tym, aby to drugie dno odkryć.


Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego powieści!


Anna Klejzerowicz "Skarb czarownicy"
Wydawnictwo Prószyński Media, 2014
ilość stron: 304
data premiery: 02.09.2014

niedziela, 7 września 2014

Katarzyna Puzyńska: "Od początku wiem, kto i dlaczego zabijał" | Wywiad




Na rynku właśnie ukazała się druga powieść autorstwa Katarzyny Puzyńskiej, "Więcej czerwieni". Autorka zadebiutowała na początku tego roku publikacją "Motylek" i od razu zaskarbiła sobie serca miłośników kryminałów. Z udanymi debiutami czasem jest problem, gdyż stawiają poprzeczkę wysoko dla samego pisarza. Puzyńska udowodniła swój talent, gdyż pierwsi recenzenci i czytelnicy bardzo pozytywnie przyjęli "Więcej czerwieni", pojawiają się głosy, iż ta jest nawet lepsza od poprzedniej części. Czy Katarzyna Puzyńska nie boi się zaszuflatkowania, pisząc tylko o policjantach z Lipowa? Czym nas jeszcze zaskoczy? Jak pracuje? Przegląd czytelniczy postanowił dowiedzieć się u źródła.


Rozmawiamy z okazji premiery „Więcej czerwieni”, Pani drugiej powieści, której akcja toczy się w niewielkim Lipowie. Ponownie spotykamy bohaterów znanych z pierwszej części cyklu. Czy nie boi się Pani swego rodzaju zaszufladkowania jako autorki kryminałów o policjantach z Lipowa?

Nie. Powiem więcej, jestem z tej „szufladki” zadowolona :-). Sama, jako czytelnik, bardzo lubię serie wydawnicze, w których można śledzić losy tych samych bohaterów w kolejnych powieściach. Ważna jest wówczas nie tylko sprawa kryminalna, którą śledczy aktualnie prowadzą, ale też perypetie ich prywatnego życia. Długo można by wymieniać autorów, którzy piszą w ten sposób. Znajdziemy ich zwłaszcza wśród pisarzy skandynawskich, ale nie tylko. Camilla Läckberg, Åke Edwardson, Håkan Nesser, Henning Mankell, Åsa Larsson czy Jo Nesbø to przykłady z północy. W Polsce mamy Gaję Grzegorzewską, Martę Guzowską, Zygmunta Miłoszewskiego czy Katarzynę Bondę. W moich książkach przeplatają się dalsze losy bohaterów znanych z poprzednich części, ale jednocześnie pojawiają się nowe postaci, co zapewnia różnorodność. Tworzenie całych cykli książkowych umożliwia autorom budowanie powieściowego świata składającego się z wielu elementów, które z każdą kolejną pozycją możemy odkrywać na nowo.  

Co dalej? Na początku przyszłego roku wrócimy do Lipowa w powieści „Trzydziesta pierwsza”. Czy kolejna, czwarta już Pani książka również będzie częścią cyklu czy planuje Pani coś nowego?

Zarówno „Trzydziesta pierwsza”, jak i następna książka będą kontynuacją losów policjantów z Lipowa. Postanowiłam sobie, że będę pisała o Lipowie tak długo, jak długo będę miała z tego przyjemność i, jak długo Czytelnicy będą mieli ochotę poznawać dalsze losy Daniela, Klementyny i reszty. Na razie ciągle czuję niedosyt i tęsknię za moimi bohaterami, kiedy kończę pisać. Nie wykluczam jednak, że w przyszłości spróbuję też czegoś innego. Kto wie.

Przepraszam bardzo za taką bezpośredniość, ale jak Pani to robi? Aby wymyślać takie niesamowite i zawiłe historie kryminalne, trzeba mieć głowę mocno na karku!

Dziękuję bardzo za komplement! Proces tworzenia historii kryminalnej bywa długotrwały i, rzeczywiście, potrzeba tu dużej dozy cierpliwości i sumienności. Oczywiście nie obędzie się też bez zrobienia dokładnego researchu i pracy nad redagowaniem tekstu. Zaczynam od pomysłu, który potem rozbudowuję. Czasem inspiruje mnie prawdziwa sprawa kryminalna, którą gdzieś wynajdę, a czasem coś zupełnie ze zbrodnią niezwiązanego. Na przykład „Więcej czerwieni” zaczęło się od rozmowy o włosach, co chyba nie wydaje się zbyt mroczne.

Do której ze swoich postaci jest Pani najbardziej przywiązana?

Tak naprawdę jestem bardzo przywiązana do wszystkich moich postaci. Pisząc, w pewnym sensie staję się moimi bohaterami. Tym bardziej, że moje powieści stworzone są z kalejdoskopu wielu perspektyw. Trudno później wyjść z tej roli, oderwać się od postaci. Tym bardziej, że często pożyczam bohaterom swoje cechy. Nie tylko te dobre. Szczególnie bliscy są mi na pewno Klementyna, Daniel, Marek i pewna policjantka, którą Czytelnicy poznają dopiero w „Trzydziestej pierwszej”, więc więcej teraz na jej temat nie zdradzę.

Ile czasu zajęło Pani napisanie „Motylka” i „Więcej czerwieni”?

Trudno mi w tej chwili powiedzieć dokładnie. Tym bardziej, że, jak już wcześniej wspomniałam, pisanie to nie tylko faktyczne siedzenie przed komputerem i tworzenie, ale również wymyślanie całej historii i robienie researchu :-).

Czy jest Pani osobą systematyczną? Jak Pani pracuje? Czy kiedy zasiada Pani do pisania, jest już gotowy cały plan, czy pozwala Pani swoim postaciom ewoluować?

Staram się pisać codziennie, kiedy tylko znajdę chwilę. Jednocześnie pracuję jako nauczyciel akademicki, więc czas muszę dzielić pomiędzy przygotowywanie zajęć dla studentów i pisanie. Kiedy zaczynam pisać, wiem od początku, kto i dlaczego zabijał. Bywa, że poszczególne postaci ewaluują i zmieniam nieco koncepcję, ale szkielet, wokół którego powstaje cała intryga, musi być ustalony od początku. W przypadku powieści kryminalnych jest to szczególnie ważne.

W jakim stopniu Pani wykształcenie ma wpływ na Pani twórczość?

Jestem z wykształcenia psychologiem. Zdecydowanie pomaga mi to w tworzeniu portretów psychologicznych moich postaci. Czytelnicy bardzo to doceniają. Jeżeli o to chodzi, myślę, że każdy pisarz, bez względu na wykształcenie, musi być dobrym obserwatorem. Podglądaczem niemalże. Tylko w ten sposób może stworzyć wiarygodnych i ciekawych bohaterów. Trzeba ciągle mieć uszy i oczy szeroko otwarte, wyłapywać szczegóły. ;-)

Muszę zapytać o coś, co w moim odczuciu w dużym stopniu charakteryzuje Pani twórczość, ja akurat to lubię, ale wiem, że część czytelników to zdecydowanie drażni. Dlaczego Daniel, aby wyjść z domu musi być „młodszym aspirantem Danielem Podgórskim”, zamiast po prostu „Danielem”?

Traktuję to jako swoisty pisarski odcisk linii papilarnych ;-).  

Pani żyje blisko swoich czytelników, nie trudno skontaktować się z Panią, chociażby przez facebooka, zapytać o intrygujące kwestie, obejrzeć zdjęcia, przeczytać o Pani życiu. Czy nie boi się Pani o swoją prywatność?

Rzeczywiście jestem osobą dość otwartą i dzielę się z Czytelnikami swoją prywatnością. Nie mam z tym problemu. W pewnym sensie, po przeczytaniu książek, i tak Czytelnicy już do pewnego stopnia mnie znają. W dzisiejszych czasach media społecznościowe ułatwiają kontakt. Staram się to wykorzystać, mimo że nie jestem asem w sprawach technicznych ;-). Bardzo lubię utrzymywać taki bliski kontakt. Czytelnicy poznają mnie, a ja ich. Zwłaszcza tych, którzy są aktywni na moim fanpage’u i na profilu na Instagramie. Wymieniamy się opiniami dotyczącymi różnych kwestii, nie tylko moich książek, czy czytania. Bardzo się cieszę, że w ten sposób mogę się z Czytelnikami „spotykać”. Ich wsparcie jest bardzo ważne i motywuje mnie do dalszego pisania.

Czym jeszcze zaskoczy nas Katarzyna Puzyńska w „Trzydziestej pierwszej”?

Z oczywistych przyczyn nie mogę zdradzić za wiele. Powiem tylko tyle, że każda z moich książek jest trochę inna. Na przykład, „Więcej czerwieni” w stosunku do „Motylka”, chociaż nadal trzyma się reguł kryminału, jest bardziej sensacyjne. „Trzydziesta pierwsza” będzie nieco inna. Chciałabym, żeby Czytelnicy, sięgając po moje książki, z jednej strony wiedzieli, że mogą spodziewać się porządnego klasycznego kryminału z rozbudowanym wątkiem obyczajowym, a z drugiej strony, żeby byli za każdym razem pozytywnie zaskoczeni w jaką formę ten kryminał opakowałam i zaciekawieni, co pokażę im następnym razem. 

sobota, 6 września 2014

Katarzyna Puzyńska "Więcej czerwieni" [Recenzja]



Debiutancka powieść Katarzyny Puzyńskiej "Motylek" zdobyła serca wielu miłośników kryminałów, zbierając pochlebne opinie i recenzje czytelników. Autorka podniosła poprzeczkę bardzo wysoko, byłam ciekawa, jak sama sprosta wysokim wymaganiom postawionym w poprzedniej publikacji. Z reguły nie przepadam za kontynuacjami, nierzadko okazuje się, iż odgrzewane kotlety nie smakują tak dobrze. Mimo iż mieszkańcy niewielkiego Lipowa skradli moje serce już przy okazji lektury "Motylka", nieco obawiałam się ponownego z nimi spotkania. Puzyńska zaskoczyła mnie, utrzymując całość w klimatach Lipowa, jednocześnie przenosząc większość akcji do pobliskiej kolonii i powiatowej Brodnicy. Spotkamy naszych starych znajomych, ale spodziewajcie się głównie powiewu świeżej krwi.

Z nieba leje się żar, Lipowo szykuje się do żniw, a młodszy aspirant Daniel Podgórski wreszcie osiągnął spełnienie przy boku ukochanej Weroniki Nowakowskiej. Względny spokój zostaje zakłócony, kiedy w niedługim czasie na drodze pomiędzy Lipowem a kolonią Żabie Doły zostają odnalezione okaleczone zwłoki dwóch kobiet. Ślady na ciele zamordowanych wskazują na jednego sprawcę. Daniel zostaje członkiem specjalnie powołanej grupy śledczej, do której należy również znana z pierwszej części charakterna komisarz Klementyna Kopp, jak i nowi bohaterowie - Wiktor Cybulski oraz Grzegorz Mazur. Policjanci stają przed widmem seryjnego mordercy grasującego w spokojnej zazwyczaj okolicy. Z biegiem czasu lista podejrzanych wydłuża się, jednak postępów w śledztwie nadal brak. Czy uda się powstrzymać mordercę, zanim znów uderzy?

Na początek zwrócę uwagę na samą fabułę, która okazuje się ciekawsza i mam wrażenie, iż bardziej rozbudowana, aniżeli w "Motylku". Obiecałam sobie, iż ocenę "Więcej czerwieni" potraktuję jako odrębną część, nie sugerując się moimi subiektywnymi opiniami wywołanymi lekturą "Motylka", jednak skojarzenia nasuwają się same i mimowolnie. Puzyńska udoskonala się w swoim kluczeniu i prezentuje niewątpliwy talent do kreowania historii sensacyjnych. To na tę chwilę jedno z najgorętszych nazwisk polskiego kryminału. Odnoszę wrażenie, iż hasło "Katarzyna Puzyńska" w niedługim czasie stanie się rozpoznawalną marką, swego rodzaju obietnicą mocnych wrażeń. Intrygi, jakie opisuje autorka, są niezwykle zawiłe, skomplikowane i wręcz niemożliwe do przejrzenia wcześniej, niż pisarka uzna to za słuszne. "Więcej czerwieni" charakteryzuje się tym, czym powinien odznaczać się dobry kryminał - gęstym trupem i emocjonującą akcją. Czytelnik, wraz z policjantami z grupy śledczej, odkrywa tożsamość kolejnych podejrzanych i każdy z nich idealnie pasuje jako potencjalny morderca. Tymczasem prawda okazuje się zgoła inna i, tradycyjnie już, zaskakująca i wbijająca w fotel.

Pierwszy trup pojawia się już na pierwszych stronach, potem akcja nieco zwalnia i dla niektórych czytelników może to być moment krytyczny. Przez około 60-80 stron odnosimy wrażenie, iż nic się tam w tym Lipowie nie dzieje, że wszyscy pousypiali, znudzeni brzęczeniem muchy. I nagle bach! Akcja przywiera zawrotne tempo i nie zwalnia już do ostatnich stron. Dzieje się, oj, dzieje.. I to nie tylko w sferze kryminalnej. Katarzyna Puzyńska, psycholog z wykształcenia, kreśli doskonałe portrety poszczególnych indywidualności i całego społeczeństwa. Zdaję sobie sprawę, iż dla niektórych czytelników może być irytujący sposób, w jaki Puzyńska pisze o swoich bohaterach, ale.. ja to uwielbiam! Ciężko wytłumaczyć, dlaczego Daniel, aby zjeść śniadanie, musi być "młodszym aspirantem Danielem Podgórskim" zamiast "Danielem" po prostu, ale jest w tym swój urok. Przyzwyczaiłam się już do tego w "Motylku" i, chociaż już wtedy część czytelników zwróciła na to uwagę, nie do końca zadowolona z takiej kreacji, brakowałoby mi właśnie "młodszego aspiranta" i nazwiska przy imieniu bohatera. 

"Więcej czerwieni" to bez wątpienia pozycja, na którą trzeba zwrócić uwagę. Niezwykle udana kontynuacja, ale również bardzo intrygująca jako dzieło odrębne. Chociaż niektóre wątki, głównie obyczajowe, nawiązują w dużym stopniu do fabuły "Motylka", to poprzez wprowadzenie nowych bohaterów, miejsc, myśli, powieść zyskuje sporo ze swojej atrakcyjności. Nie smakuje jak odgrzewane kotlety. Czytelnik otrzymuje od Katarzyny Puzyńskiej po prostu kolejną, bardzo dobrą powieść kryminalną, z najlepszą intrygą i jedynymi w swoim rodzaju detektywami.


Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Katarzyna Puzyńska "Więcej czerwieni"
Wydawnictwo Prószyński Media, 2014
ilość stron: 560
data premiery: 04.09.2014 

środa, 3 września 2014

Dominika Stec "Mniejsza połowa" [Recenzja]




Są takie książki, przez które, mimo najszczerszych chęci, nie potrafię przebrnąć. Niby poprawne, utrzymane w przyjemnym klimacie, napisane w dobrym stylu. A jednak pierwszych pięćdziesiąt, sto stron nie wciąga na tyle, abym czekała z niecierpliwością na więcej. Jedną z takich powieści okazała się książka, która zapowiadała się bardzo dobrze, a jednak między nami nie zaiskrzyło - "Mniejsza połowa" autorstwa Dominiki Stec.

Późne lata 70. XX wieku, schyłek epoki gierkowskiej. W Koninie mieszkają dwie siostry bliźniaczki - Julia i Majka Małeckie. Kiedy Majka nie wraca z dyskoteki, Julka nie zdaje sobie sprawy, iż to zdarzenie na zawsze zmieni jej życie. Mijają godziny, a coraz bardziej zaniepokojona dziewczyna w końcu dochodzi do wniosku, iż coś złego stało się drugiej z sióstr. Sprawą zajmuje się młody milicjant, który zdążył się już przekonać, iż we współczesnych mu czasach najdalej zachodzi ten, kto nie wychodzi przed szereg. Tymczasem ślady prowadzą do psychopaty, który zdążył zostać miejscową legendą. Dochodzenie staje się coraz bardziej zagmatwane, a do gry wkracza wielka polityka.

Zdecydowanie na "plus" przemawia niepowtarzalny klimat tamtych lat, który udało się oddać autorce na kartach powieści. Roman Zdun, prowadzący dochodzenie milicjant, jest typową, stereotypową wręcz postacią PRL-u. To najbardziej barwny bohater książki, gdyż sama Julia Małecka, wokół której toczy się akcja, jest personą w moim odczuciu niesamowicie irytującą i nie przemawia do mnie kompletnie. Podobało mi się natomiast przedstawienie losów bohaterów właściwie od początku, mam tutaj na myśli głównie młodego policjanta. Dzięki takiej kreacji postaci, doskonale rozumiemy powody jego postępowania, otrzymujemy pełen obraz sytuacji. Odnoszę natomiast wrażenie, iż portret Julii jest niekompletny, co w naturalny sposób uzupełniałoby tytuł powieści, jednak w tym wypadku zdecydowanie nie działa na korzyść.

PRL PRL-em, jednak to nie jedyny powód, dla którego zainteresowałam się powieścią. Uwielbiam zagadki kryminalne! Co stało się z Majką? Jak zaginęła? Czy żyje? Spodziewałam się, iż te pytania spędzą mi sen z powiek.. Niestety, dla mnie powieść jest po prostu monotonna i.. nudna. Nie wyczekiwałam rozwiązania zagadki, nie czytałam z wypiekami na twarzy. Podejrzewam, iż gdyby nie chęć dokonania oceny pełnego dzieła, nie przebrnęłabym nawet przez połowę. "Mniejsza połowa" to jedna z tych powieści, w której trudno doszukać się błędów, a pomimo tego nie iskrzy.

Miało być "wow", a jest mocno przeciętnie. Sama tematyka i klimat odpowiadają moim zainteresowaniom, jednak nie pozwoliło to na zachowanie wysokiej oceny w moich oczach. Nie czuję, aby ta powieść była w jakimś stopniu atrakcyjna, wyjątkowa. Nie przykuła mojej uwagi i jestem pewna, że za chwilę o niej zapomnę.


Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego!

Dominika Stec "Mniejsza połowa"
Wydawnictwo Prószyński Media, 2014
ilość stron: 408
data premiery: 14.08.2014

wtorek, 2 września 2014

Wywiad z Anną Karpińską. "Serce rośnie i chce się dalej pisać!"



Jak sama mówi, nie zajmuje się pisaniem "na pół gwizdka". Tak się nie da. W pełni oddaje się temu, co robi. I widać tego rezultaty! Anna Karpińska coraz częściej pojawia się na księgarnianych półkach. Dotychczas wydała cztery książki, wydawca na listopad zapowiada już piątą. O tym, dla kogo i o czym pisze, skąd czerpie pomysły i dlaczego wątek bałkański pojawił się już w kilku powieściach pisarki, rozmawiam z Anną Karpińską.

Pani powieści scharakteryzowałabym jako „powieści obyczajowe z kluczem”. Co jest dla Pani inspiracją, kiedy Pani pisze? Skąd biorą się pomysły?

Nie chciałabym określać gatunku moich książek,  chociaż ma pani dużo racji nazywając je powieściami obyczajowymi. Zawierają jednak również wątki psychologiczne, czasami kryminalne, romansowe. Kieruję się zasadą, że książka „ma się dobrze czytać”, być ciekawa, wciągająca i do końca trzymać w napięciu. Pozwolę sobie przytoczyć kilka opinii, które miałam przyjemność otrzymać od Czytelników i za które przy tej okazji serdecznie dziękuję.
„Książki nie mogłam odłożyć na wirtualną półkę, dopóki nie skończyłam.”
„Za jakie grzechy” pozyskały moją ciekawość, utrzymały ją do końca i był to bardzo przyjemny stan.”
„Zaczytywałam się w książce, nie mogłam oderwać się nawet w autobusie.”
„Czytałam wieczorem, pól nocy i poranek, kończyłam na parkingu przed biurem, inaczej nie poszłabym do pracy.”
Serce rośnie i chce się dalej pisać. W końcu piszę dla czytelnika i on ma być zadowolony.

       Dla kogo Pani pisze?

Nie ukrywam, że głównie dla pań, kobiet,  dziewczyn w każdym wieku.  Target od lat piętnastu do stu, żeby nie obrazić pań, które przekroczyły ten wiek.  Głównymi bohaterkami są kobiety i ich problemy, nic więc dziwnego, że książki trafiają głównie w ręce pań. Nie chcę przez to powiedzieć, że moje książki pozbawione są postaci męskich. Wręcz przeciwnie. Nawet klasyczny romans nie obędzie się przecież bez mężczyzny i relacji męsko-damskich.

    Zastanawiam się nad obecnością wątku bałkańskiego w dwóch Pani powieściach, które dotychczas przeczytałam: „Chorwacka przystań” i „Za jakie grzechy?”. Dlaczego akurat Bałkany?

Po ukazaniu się „Chorwackiej przystani” Czytelniczki na spotkaniach autorskich często  zadawały mi to pytanie. Odpowiadałam – ponieważ lubię Bałkany. Odwiedzałam to miejsce kilkakrotnie, uległam jego czarowi, mogłabym jeździć tam co roku. Za trzy tygodnie czeka mnie wielka frajda. Jadę do Dubrownika!

       Kto jest pierwszym czytelnikiem i recenzentem Pani książek?

Moje dorosłe dzieci – Marta, Maciej i ostatnio Jędrzej. Przesyłam im każdy napisany rozdział. Taka powieść w odcinkach. Niestety nie mają ze mną łatwo, ponieważ nie znoszę krytyki, mobilizuje mnie aprobata.  Nie mogę jednak narzekać na moich pierwszych Czytelników. Potrafią mnie zachęcić do dalszej pracy.

    Która z Pani powieści wymagała od Pani najwięcej zaangażowania, sprawiła najwięcej trudności?

Z pewnością pierwsza  „Chorwacka przystań”.  Wbrew temu co sądzą niektórzy nie „obsługiwałam” wojny bałkańskiej jako reporterka i musiałam przerzucić sporo gazet, by czegokolwiek się na jej temat dowiedzieć.  Wymagało to sporo pracy.

    „Za jakie grzechy?” zaczyna się, można powiedzieć, banalnie. Ślub jak z bajki, piękna panna młoda i pan młody, który dochodzi do wniosku, że jednak „nie może”… Sama przekonałam się, iż powieść to coś więcej niż tylko czytadło dla kobiet, ale czy nie boi się Pani zaszufladkowania do kategorii „komedii romantycznych”? Czy to żadna ujma dla pisarza?

Pozwoli Pani, że się nie zgodzę. Opuszczenie panny młodej przed ołtarzem nie jest sprawą banalną.  Nie zdarza się chyba zbyt często.  Żart na bok.  Staram się zaczynać swoje książki, jak to zdefiniowała jedna z recenzentek „uderzeniem w splot słoneczny”. Taki trik, żeby zaaferować Czytelnika. Problem w tym, by utrzymać napięcie do końca.


    Z jakim tematem chciałaby się Pani zmierzyć w literaturze? Co Panią w tej chwili najbardziej intryguje?

Pytanie bardzo na czasie. Właśnie skończyłam pisać kryminał. Też obyczajowy, też z udziałem Pań, które szukają mordercy, kobiet uwikłanych w skomplikowane układy rodzinne i damsko-męskie. Akcja toczy się w niewielkim gronie osób, są zmiany akcji i można pobawić się w odgadywanie kto zabił.


      Czy Pani pisze „pełnoetatowo” czy to  takie dodatkowe zajęcie?

Po latach zatrudnienie u wielu pracodawców i prowadzeniu firmy postanowiłam pisać, czyli robić coś o czym myślałam od wieków.  I robię to, jak to Pani określiła „pełnoetatowo”, na pełen gwizdek. Inaczej się nie da. Każda praca twórcza jest wymagająca i bezlitosna. Zrobisz sobie przerwę, zapomnisz o czym pisałaś kilka dni temu, tracisz wątek, a kolejne linijki tekstu zaczynają się rwać i wychodzi bubel.  Dlatego trzeba ustalić sobie reżim pisania, stałe godziny, dyscyplinę. A rozpraszać się można jedynie na sprawy rodzinne.

    Jakie plany literackie ma Pani na najbliższy czas?

Plany muszą poczekać do końca września, kiedy wrócę z Dubrownika.  Właśnie dzisiaj skończyłam pisać mój obyczajowy kryminał…i odetchnęłam z ulgą.  Ale oczywiście myślę o kolejnych książkach. Mam pomysł na następną „obyczajówkę”, ale może warto by się pokusić o kontynuację którejś z wydanych książek? To jednak zależy od mojego Wydawcy. Zobaczymy co czas przyniesie.