Trudno jest recenzować książkę taką, jak najnowsze dzieło Grażyny Jagielskiej "Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku". To najbardziej intymna spowiedź, odnoszę wrażenie, iż element terapii, który miał pomóc autorce uporać się ze swoimi stanami lękowymi. Czy mamy prawo oceniać autentyczne zapiski przedstawiające ludzi w chwilach załamania psychicznego, pod względem estetycznym czy jakościowym?
To książka z gatunku tych trudnych, taka, do której trzeba dojrzeć. Drogi Czytelniku, nie uświadczysz w niej dokładnych opisów życia w szpitalu psychiatrycznym, nie poznasz ciągów przyczynowo-skutkowych, które zaprowadzą cię z bohaterami do świata przedstawionego w powieści. Zostaniesz przez autorkę rzucony na głęboką wodę i musisz pozostać czujnym. Grażyna Jagielska zdaje się skupiać całą swoją uwagę na tym, aby pisanie pomogło jej przetrwać i przejść przez ten moment w życiu, rzadko wydaje się mieć świadomość obecności odbiorcy. Opowiada dobrze sobie znaną historię bez konieczności czynienia większych wyjaśnień. W moim odczuciu to czyni tę powieść wyjątkową, ale zdaje sobie sprawę, że mniej wymagający czytelnik odłoży publikację na regał. Akcja tak naprawdę jest znikoma, cała książka to niesamowite stadium psychologiczne człowieka na zakręcie. Człowieka nie radzącego sobie ze swoimi stanami lękowymi. Człowieka w psychiatryku.
W lekturze nie ma jednego głównego bohatera, jest za to szereg postaci współżyjących i współistniejących obok siebie przez te kilkanaście tygodni. Obecność narracji pierwszoosobowej w żadnym stopniu nie świadczy tutaj o pierwszych skrzypcach granych przez ową narratorkę. Historie ludzi przebywających z autorką w szpitalu psychiatrycznym świadczą o zawiłości ludzkiego umysłu, a utrata poczytalności to nie tylko wynik traumatycznych przeżyć, ale i zwykłego niedostosowania się do świata. Oprócz weteranów z Afganistanu i Iraku, którym autorka poświęca szczególnie dużo uwagi, spotkamy mężczyznę, który ma w zwyczaju wszystko oddawać: ukochaną, mieszkanie, pracę, i nie chce przyjąć do wiadomości, że życie miałoby polegać na bezustannym wyszarpywaniu czegoś dla siebie. Poznamy kobietę, która wciąż chciała być najlepsza w pracy, aż w końcu, pod wpływem stresu, odcięła sobie uchą. Jagielska zapozna nas z Karolinką, której wydawało się, że jest aniołem, a powieść zawdzięcza jej tytuł. Kolejno, bez owijania w bawełnę, autorka przedstawia losy swoich współtowarzyszy w psychiatryku. Ta książka boli swą szczerością i prawdziwością.
Lektura łączy w sobie elementy subtelności, jak i moc brutalnie wygłoszonego słowa. Poprzez to pominięcie wyjaśnienia, wydawałoby się, niezbędnych kwestii, autorce udaje się zachować intymność postaci i w sposób delikatny napisać o ich trudnych przeżyciach. Twórczyni powieści nie skupia się na opowiedzeniu samej historii, koncentruje się na emocjach, lękach, niewypowiedzianych słowach. Książka zdecydowanie należy do wyższej formy rozrywki, w mojej opinii wyszukanej i bardzo ciekawej.
Wydawnictwo Znak, 2014
czwartek, 30 stycznia 2014
środa, 29 stycznia 2014
Zapowiedź czytelnicza: Natalia A. Bieniek "Uśpione marzenia"
Już w lutym premiera Wydawnictwa Replika - książka autorstwa Natalii A. Bieniek "Uśpione marzenia"!
A w najbliższy weekend zapraszam na bloga, gdzie zamieszczę przedpremierową recenzję powieści.
Powiedzcie sami, zapowiada się baaaardzo ciekawa lektura, prawda?
poniedziałek, 27 stycznia 2014
O poszukiwaniu swej drogi w powieści J.A. Redmerski "Na krawędzi nigdy"
Wydawnictwo Filia swoimi styczniowymi nowościami podniosło poprzeczkę naprawdę wysoko. Najpierw oficyna wydała recenzowaną już przeze mnie fantastyczną powieść Anny Klejzerowicz pod tytułem "List z powstania", aby następnie wypuścić na rynek kolejną perełkę wśród premierowych tytułów - przepiękną historię autorstwa J.A. Redmerski - "Na krawędzi nigdy".
Na sam początek pragnę zaznaczyć, że romanse nie są moim ulubionym gatunkiem literackim, wydaje się, iż w tej materii zostało już powiedziane i napisane chyba wszystko, a książki te w większości są niesamowicie przewidywalne. Jednak wiedziona pozytywnymi recenzjami, zdecydowałam się zaryzykować z powieścią "Na krawędzi nigdy" i to był bardzo mile spędzony czas.
Książka jest głosem pokolenia, któremu trudno jest odnaleźć swoje miejsce na świecie. To opowieść o ludziach żyjących w dzisiejszych czasach, czasach, kiedy, mimo olbrzymich możliwości komunikacyjnych, zanika kontakt z drugim człowiekiem, a wielka miłość często jest nie największym pragnieniem, a przekleństwem, przed którym próbujemy uciec. Bohaterowie, wzorem wielu osób, boją się cierpieć, nauczeni swoimi doświadczeniami, wolą osunąć się na bok, poddając się życiu codziennemu, niż pozwolić sobie na porywy serca.
Camryn Benett, główna żeńska postać powieści J.A. Redmerski, mimo młodego wieku, przeżyła już dużo: śmierć swej pierwszej miłości, osadzenie w więzieniu starszego brata i rozwód rodziców. Żyje z depresją i przerażona rutyną, która ją otacza. Jak wielu ludzi w teraźniejszości, ma dość sztywno ustalonych reguł rządzących światem, nie jest w stanie pracować w biurze od poniedziałku do piątku, ma wrażenie, że nie wnosi to nic do jej życia - wręcz przeciwnie. Jej stan psychiczny pogarsza się, nie dopuszcza nikogo na tyle blisko, by musiała się angażować. W końcu po kolejnym przykrym doświadczeniu, podejmuje decyzję. Pakuje najpotrzebniejsze rzeczy i wsiada w pierwszy autobus, w nieznanym jej kierunku.. Zbieg okoliczności, a może przeznaczenie?, powoduje, że tym samym środkiem transportu podąża Andrew Parrisha, który również znajduje się na życiowym zakręcie.
I chciałoby się rzecz "zakochują się w sobie i wspólnie odnajdują swój sposób na szczęście". Jednakże, ich lęki są zbyt silne, aby tak mogło się stać. Najpierw muszą pokonać długą drogę, bo to pojęcie kluczowe w tej powieści, najważniejszą podróż, która pozwoli im zdefiniować to, kim są. Filozofii życia chwilą, którą wspólnie wyznają, przyjdzie się zmierzyć z silną obawą, co dalej, kiedy ta chwila już się skończy. Wspólnie określą swoje niepokoje, wyjawią głośno najskrytsze tajemnice. Publikacja idealnie wpasowała się w czasy, w których została wydana. Nie tylko Camryn i Andrew wierzą, że nic nie trwa wiecznie, a skoro tak jest, to dlaczego by nie unikać emocji, również - a może przede wszystkim - tych dobrych, skoro koniec końców i tak będzie boleć?
To książka drogi, przez Amerykę, ale i w głąb siebie. "Na krawędzi nigdy" jest pięknie opowiedzianą historią miłości, która rodzi się wbrew rozsądkowi i na przekór wszystkim lękom bohaterów. To cudowna opowieść o oczyszczającej sile uczucia, pokazana z dwóch perspektyw: młodej kobiety i zakochanego w niej mężczyzny. Obecność dwóch narratorów pozwala nam na wejście w ich świat, zrozumienie sytuacji każdego z bohaterów i odczucie empatii. Niezwykle istotnym przy wgłębianiu się w otoczenie postaci jest współodczuwanie ich przeżyć, a dzięki dokładnemu stadium emocji Camryn i Andrew jest to możliwe.
Bardzo podobało mi się nawiązanie do mitologicznego Orfeusza i jego ukochanej Eurydyki. Ten krótki fragment podnosi walor estetyczny publikacji, a porównanie miłości bohaterów do starożytnych postaci przedstawiono w sposób ciekawy, uciekając się do symbolu zawartego w tatuażu. Nie chcę zdradzić na ten temat za dużo, ze względu na to, iż odniesienie się do wyjaśnienia całego wątku ściśle związane jest z zakończeniem powieści, więc przejdę dalej.
Jedyne, co mnie irytowało w tej powieści, to fakt, że momentami zdawała się zbyt pospolita. Niestety, są takie fragmenty, kiedy czytelnik odczuwa wrażenie, iż autorka czasem inspirowała się Greyem, opisując pożycie seksualne bohaterów. Zbędne były również przekleństwa w wykonaniu Andrew. Nie mam nic przeciwko wulgaryzmom w książce, ale tylko wtedy, gdy nadają one autentyczności postaci. Rozumiem zamysł pisarki, aby uczynić z mężczyzny typ "niegrzecznego chłopca", ale do tego bohatera kompletnie to nie pasowało. To romantyczny młody człowiek, nieco zagubiony, ale jeśli już twórczyni koniecznie chciała przedstawić go w tym świetle, mogła ten wątek pociągnąć, a tak pozostaje on niedokończony, a te przekleństwa wydają się bezpodstawne i psujące urok książki.
Zastanawia mnie kontynuacja losów tej pary literackiej, zwłaszcza, że wydaje się, iż opowieść skończyła się w odpowiednim momencie. Zakończenie jest naprawdę dobre, zamknięte i nie pozostawia zbędnych dla tej akurat publikacji niedopowiedzeń. Na pewno przeczytam druga część, chociażby ze względu na zwykłą ciekawość. Tymczasem ogólna ocena tytułu wypada sporo powyżej średniej. "Na krawędzi nigdy" to nie zwykły romans, nic nie wnoszący dla czytelnika. Miłość jest głównym wątkiem, ale w tle autorka trafnie opisuje choroby naszych czasów: depresję i lęki. To opowieść o poszukiwaniu siebie i wolności dla jednostki. To książka przynosząca nadzieję. Rewelacja!
niedziela, 26 stycznia 2014
Jeannette Kalyta: "Położna (...)", która porody przyjmuje, a nie odbiera
Autobiograficzna powieść Jeannette Kalyta "Położna. 3350 cudów narodzin"to obowiązkowa pozycja dla wszystkich kobiet. Zarówno tych, które, tak jak radzi Jeannette, wierzą w siłę swojego ciała i podążają za swoim instynktem, jak i tych, które najchętniej uniknęłyby porodu, wybierając cięcie na życzenie. Autorka ma w sobie rzadko dzisiaj spotykaną mądrość: mimo doświadczenia i wiedzy, nie stara się na siłę przekonywać do swoich racji. Udowadnia słuszność jej poglądów na co dzień, a dowodem tego było spisanie swoich przeżyć w formie tejże książki.
Publikacja ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwartego 13 stycznia 2014 r. i od razu zawędrowała na moją osobistą listę do przeczytania. Temat wydał mi się szczególnie interesujący ze względu na fakt, iż utożsamiam się z poglądami autorki. Jestem matką niespełna 3,5-letniego syna i, wbrew temu co doświadczone wieloródki próbują wmawiać kobietom w pierwszej ciąży, tego bólu się nie zapomina, a kiedy czytałam powieść Jeannette, były chwile, kiedy dreszcz przechodził przez moje ciało na wspomnienie pewnej wrześniowej, deszczowej nocy. Już podczas ciąży dużo czytałam, interesowałam się fundacją Rodzić po Ludzku (która, swoją drogą, objęła patronatem publikację położnej), dotarłam do wypowiedzi lekarzy, którzy wprost mówili o możliwych dla matki, a przede wszystkim dla dziecka, komplikacjach związanych z wykonaniem cesarskiego cięcia na życzenie. Mocno zakorzeniony jest we mnie pogląd, że "cesarka" to poważna operacja, która, owszem, jest potrzebna, gdy istnieje konieczność natychmiastowej interwencji, a poród siłami natury może być szkodliwy dla życia lub zdrowia matki bądź dziecka. Silnie wierzę w to, iż ciąża jest stanem fizjologicznym. Zdarzają się, oczywiście, patologie i wtedy jestem wdzięczna za poziom dzisiejszej medycyny. Uważam jednak, że kobieta powinna przede wszystkim zdać się na naturę i swoją siłę. O tej właśnie sile pięknie pisze Jeannette.
Różne uczucia targały mną podczas i po lekturze książki "Położna. 3350 cudów narodzin", ale chyba najmocniej przemawia przeze mnie zazdrość, że nie rodziłam z taką osobą, jak Jeannette Kalyta. Po przeczytaniu mam w głowie mocno zakorzeniony obraz jej osoby. Z kolejnych stron dzieła wyjawia się obraz kobiety niezwykle delikatnej, ale i posiadającej niewyobrażalną wewnętrzną siłę. Ma niesamowity kontakt nie tylko z rodzącą, ale też ze swoim "ja", zdaje się na intuicję i pełno w niej zrozumienia, szacunku i czułości. Jej książka to dwudziestopięcioletnia historia narodzin, a bohaterami są ludzie w najważniejszym dla nich momencie życia. Rodzi się nie tylko dziecko, ale też rodzice. W tle Jeannette opisuje swój wybór, naukę zawodu, opowiada o swoich porodach, głośno wypowiadając się o sytuacji, jaką zastała na oddziale jako rodząca. Mówi o tym, jak podjęła decyzję o chęci dokonania zmian w polskim położnictwie i od razu wcieliła ją w życie. Od myśli do czynu - taka jest, a jej publikacja to bardzo ważny głos, którego brakowało w naszym kraju. Głos opowiadający się przede wszystkim za szacunkiem dla rodzącej i pozwoleniem na przywitanie dziecka w naturalnym rytmie, niezakłócanym zbędnymi procedurami medycznymi.
Zdziwiła mnie wysoka estetyka powieści. Autorka jest w końcu położną, nie pisarką, a to jej pierwsza książka. Tymczasem to naprawdę pięknie napisana autobiografia, pełna mądrości i refleksji. Kilka anegdotek rozbawiło mnie do łez, zwłaszcza te o mężczyznach na sali porodowej - boskie! Opowieść o przyszłym tatusiu, który na porodówkę przyszedł wyposażony w odtwarzacz i pięć filmów na DVD, a żona, po podaniu jej znieczulenia zewnątrzoponowego, wyruszyła w poszukiwaniu automatu z kawą dla męża, była kwintesencją rozdziału opisującego różne zachowanie męskiej rasy podczas porodu. W swojej dwudziestopięcioletniej pracy położna spotkała się z rożnymi sytuacjami, również tymi, z którymi nigdy nie wolałaby się zmierzać, jak np asystowanie przy porodzie martwego dziecka. Opowiada o tym szczerze w książce, zachowując przy tym intymność kobiet, z którymi rodziła.
Wspominałam już na wstępie o niesamowitej mądrości Jeannette. Cudowne w tej publikacji jest to, że autorka ani przez chwilę nie próbuje czytelnika przekonywać, nie stara się na nikogo powoływać, a potwierdzeniem postawionej przez nią tezy jest jej życie. Ona rzeczywiście wierzy w siłę kobiety podczas porodu, dyskretnie prowadzi ją przez ten trudny czas, ale nic nie narzuca. Wie, że to rodząca sama powinna postępować zgodnie z tym, co czuje, co podpowiada jej natura. Książka jest pełna magii, która zdaje się towarzyszyć autorce na co dzień. To obowiązkowy tytuł tak naprawdę dla wszystkich świadomych swej kobiecości, siły oraz fizjologii pań, jak i dla mężczyzn, którzy uczestniczą w cudzie narodzin.
Położna zwraca uwagę na to, iż ona nie odbiera porodów. Źle jej się to kojarzy. Jeannette porody przyjmuje. Przyjmuje nowe życie.
Położna zwraca uwagę na to, iż ona nie odbiera porodów. Źle jej się to kojarzy. Jeannette porody przyjmuje. Przyjmuje nowe życie.
środa, 22 stycznia 2014
Anna Klejzerowicz "List z powstania"
Jakiś czas temu czytałam wywiad z jedną z moich ulubionych autorek, Jodi Picoult. Powiedziała ona wtedy, że, pisząc książkę, zdaje sobie sprawę, że ma krótką chwilę, zaledwie kilkanaście pierwszych zdań, na to, aby mocno zainteresować czytelnika. Anna Klejzerowicz chyba posiada tę wiedzę i aktywnie ją praktykuje, co udowodniła w swoim najnowszym dziele "List z powstania" wydanym przez Wydawnictwo Filia. Jeśli ktoś prowadzi ogólnodostępny spis publikacji, która koniecznie trzeba przeczytać, proszę o cynk. Natychmiast zgłoszę kandydaturę tej powieści i będę długo upierać się, aż zostanie wpisana na szczyt tej listy.
Jestem totalnie oczarowana i ciężko mi przyjąć do wiadomości, że to już koniec, nie umiem porzucić świata tej książki. Opowiada historię rodziny naznaczonej piętnem powstania warszawskiego, które odbija się na jej członkach długo po zbombardowaniu przez Niemców ostatniego budynku stolicy. Tajemnicze zniknięcie siostry jednej z głównych bohaterek u schyłku zrywu z 1944 roku staje się obsesją Julii, a w późniejszym czasie także jej córki, Marianny. Trudno jest pogodzić się z ogólnym poglądem, że pewnie nie żyje, a jeśli cudem przeżyła, to zapewne wyemigrowała z komunistycznego kraju. Nielekko zaakceptować klęskę powstania, a jeszcze ciężej żyć w Polsce Ludowej, której ustrój neguje sens istnienia tego, co wydarzyło się na pamiętnym przełomie lata i jesieni. Rozwiązanie zagadki jest celem, po drodze do którego koszty zdają się nie mieć znaczenia. Jest także przekleństwem. Ktoś stale próbuje unieskutecznić działania bohaterek..
Anna Klejzerowicz zabiera nas w podróż do minionej epoki, niezwykle oddając jej ducha. W sposób autentyczny i szczery opisuje koleje losu głównych bohaterek, nie szczędząc im trudności. Ta książka pełna jest emocji, sekretów, ale także nie brakuje jej nic w kategorii dobrego kryminału. Szczególnie w pierwszej części, akcja co chwilę przybiera niespodziewane zwroty, a wyjaśnienie tajemnicy zniknięcia Hanki z dnia na dzień wydaje się coraz bardziej niemożliwe. Świat wykreowany przez autorkę, mimo wszelkich jego okrutności, jest pełen ciepła, wiary i nadziei.
Jedyne rozczarowanie, jakie przeżyłam podczas błyskawicznego pochłaniania lektury, to pominięcie momentu samego powstania. Jestem niepoprawną miłośniczką historii XX wieku, książkę bardzo szybko po premierze zakupiłam głównie poprzez chęć odbioru literatury skupionej na tych 63 dniach chwały. Rozumiem całą koncepcją autorki na książkę o śladach powstania warszawskiego, jakie to pozostawiło na pochodzącej ze stolicy rodzinie, jestem jak najbardziej na "tak", jednakże moje wcześniejsze nadzieje nie zostały spełnione. Brakuje mi takiego cofnięcia się w czasie do 1944 roku i dokładnego opisu zdarzeń, ale podejrzewam, że to tylko moje fanaberie. Inny był zamysł autorki, szanuję go, w końcu to "List z powstania".
Klejzerowicz pokazała niesamowitą klasę, mistrzowsko operując słowem i uzależniając czytelnika od swojej historii. Nie sposób przejść koło tej książki obojętnie. Początkowo trochę obawiałam się powielenia wątków z popularnego ostatnio w polskiej literaturze schematu kobiety po przejściach, odkrywającej przeszłość swojej rodziny, a poprzez to odnajdującej swoją prawdziwą wartość. Nic bardziej mylnego, przy tej powieści nie ziewniemy z nudy, czytając po raz kolejny o zdradzonych żonach, niedonoszonych ciążach. Tu tajemnica wydaje się być o wiele bardziej zagmatwana, a jej cena o wiele wyższa. Muszą upłynąć długie lata, aby mogła ujrzeć światło dzienne. Bohaterki dzieła są pewne swego i przekonane o wyższości celu, który im przyświeca. Wszystko w niesamowitym klimacie stworzonym przez autorkę. Książka w mojej opinii jest rewelacyjna i utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto czytać, poszukiwać, odkrywać. Warto poznawać literaturę, aby w końcu, po długich poszukiwaniach, trafić na tak cudowną historię.
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Aliny Krzywiec rzecz o przeszłości: "Kolebka. Teraz, kiedyś, później"
Jedna ze styczniowych nowości wydawnictwa Prószyński i S-ka zainteresowała mnie na tyle, że chwilę po premierze, która miała miejsce 07.01.2014, zamówiłam książkę, a dzisiejszego dnia "wzięłam" ją na raz. Powieść Aliny Krzywiec "Kolebka. Teraz, kiedyś, później", bo o niej mowa, to szybka, łatwa i dość nieskomplikowana rozrywka.
Napisana w czasach, kiedy w naszym kraju bardzo modny, wśród autorek literatury kobiecej, jest temat odkrywania przeszłości, nie zaskakuje niczym nowym. Innowacyjne w tej powieści jest tylko to, że do utartego schematu dodaje element historii naszego narodu, w wyniku czego najbliżsi przodkowie głównej bohaterki to niemiecko-polsko-żydowska mieszanka z elementami Ruskich. Brak oryginalności to istotna wada tej powieści, ale o tym wiedziałam już wcześniej, po przeczytaniu opisu, decydując się na jej zakup. Czy żałuję?
Powiem szczerze: po prostu lubię takie książki, kiedy wraz z bohaterem, po kolei odkrywam tajemnice, kojarzę fakty, łączę je ze sobą. To przyjemna forma prostej rozrywki z powieścią, gdy po prostu daję się ponieść historii. Bohaterka, Marta, nie znała ani swojej matki, ani babki, a wychowana została przez osobę, z którą nie łączą ją więzy krwi, a jednak to właśnie ona jest dla dziewczyny prawdziwą babcią. Opowieść stawia przed nami pytanie: czy to, kim się stajemy, to kwestia wyboru? Czy Marta z góry jest skazana na los kobiet ze swojej rodziny, które uciekały i porzucały swoje dzieci? A może jest bardziej podobna do Flory, która ją wychowała? Przedstawione sytuacje nie są czarno-białe, jak na początku wydaje się głównej bohaterce. To, że ktoś znika na dobre z życia córki, niekoniecznie musi oznaczać, iż ją porzucił z wygody czy egoizmu. Marta powoli dojrzewa, ewoluuje, ale nie przynoszą tego odkryte sekrety, chociaż te zdecydowanie ułatwiają cały proces. Kobieta musi zajrzeć w głąb siebie i sama znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania, które okazują się tkwić w jej wnętrzu..
Czy poleciłabym tę książkę? Tak, ponieważ jedną z funkcji powieści jest oderwać od rzeczywistości, zapewnić miłą formę rozrywki. Czy publikacja przejdzie bez większego echa? Wydaje mi się, że tak, owszem, gdyż nie wnosi nic nowego. Fajnie (wybaczcie za to pospolite słowo, ale naprawdę, żadne inne tu nie pasuje) jest sobie przeczytać, ale nie zapada w pamięć. Ot tak, żeby spędzić pochmurny niedzielny wieczór z książką. Pięć na dziesięć.
Napisana w czasach, kiedy w naszym kraju bardzo modny, wśród autorek literatury kobiecej, jest temat odkrywania przeszłości, nie zaskakuje niczym nowym. Innowacyjne w tej powieści jest tylko to, że do utartego schematu dodaje element historii naszego narodu, w wyniku czego najbliżsi przodkowie głównej bohaterki to niemiecko-polsko-żydowska mieszanka z elementami Ruskich. Brak oryginalności to istotna wada tej powieści, ale o tym wiedziałam już wcześniej, po przeczytaniu opisu, decydując się na jej zakup. Czy żałuję?
Powiem szczerze: po prostu lubię takie książki, kiedy wraz z bohaterem, po kolei odkrywam tajemnice, kojarzę fakty, łączę je ze sobą. To przyjemna forma prostej rozrywki z powieścią, gdy po prostu daję się ponieść historii. Bohaterka, Marta, nie znała ani swojej matki, ani babki, a wychowana została przez osobę, z którą nie łączą ją więzy krwi, a jednak to właśnie ona jest dla dziewczyny prawdziwą babcią. Opowieść stawia przed nami pytanie: czy to, kim się stajemy, to kwestia wyboru? Czy Marta z góry jest skazana na los kobiet ze swojej rodziny, które uciekały i porzucały swoje dzieci? A może jest bardziej podobna do Flory, która ją wychowała? Przedstawione sytuacje nie są czarno-białe, jak na początku wydaje się głównej bohaterce. To, że ktoś znika na dobre z życia córki, niekoniecznie musi oznaczać, iż ją porzucił z wygody czy egoizmu. Marta powoli dojrzewa, ewoluuje, ale nie przynoszą tego odkryte sekrety, chociaż te zdecydowanie ułatwiają cały proces. Kobieta musi zajrzeć w głąb siebie i sama znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania, które okazują się tkwić w jej wnętrzu..
Czy poleciłabym tę książkę? Tak, ponieważ jedną z funkcji powieści jest oderwać od rzeczywistości, zapewnić miłą formę rozrywki. Czy publikacja przejdzie bez większego echa? Wydaje mi się, że tak, owszem, gdyż nie wnosi nic nowego. Fajnie (wybaczcie za to pospolite słowo, ale naprawdę, żadne inne tu nie pasuje) jest sobie przeczytać, ale nie zapada w pamięć. Ot tak, żeby spędzić pochmurny niedzielny wieczór z książką. Pięć na dziesięć.
niedziela, 19 stycznia 2014
Cudu nie będzie: Virginia C. Andrews "Rodzina Castell"
"Cudu nie będzie" to tytuł jednego z rozdziału powieści pani Andrews "Rodzina Casteel" i w mojej opinii jest tak trafny, że powinien funkcjonować jako nazwa całej książki. Chociaż z drugiej strony.. czymże innym jest zachowanie człowieczeństwa w warunkach, w jakim żyją dzieci Casteel, jak nie cudem?
"Rodzina Casteel" to pierwsza część cyklu autorki bestsellerowych "Kwiatów na poddaszu", a druga książka ukaże się już w marcu. Przymiotnik, jaki w moim odczuciu, najlepiej opisuje tę powieść to.. inna. Inna niż wszystko inne, co czytałam. Tutaj bohaterowie są niekonwencjonalni, a bieg wydarzeń wydaje się być nieprawdopodobny. Dzieło, najogólniej mówiąc, przedstawia wszelką niesprawiedliwość świata, podział na lepszych, gorszych i tych najgorszych, a pośród tych ostatnich żyje właśnie rodzina Casteel. Narratorem jest dziewczynka, którą życie w niewyobrażalnej nędzy i bieg nieszczęśliwych zdarzeń postępujących bardzo szybko i niespodziewanie, zmusza do podjęcia odpowiedzialności nie tylko za swoje życie, ale też ukochanego rodzeństwa. Dziecko, noszące anielskie imię Heaven, przyjmuje całe zło z wysoko podniesioną głową. Młodzi ludzie mają tylko siebie nawzajem i pannę Deale, nauczycielkę z powołania, która przyjechała do małego miasteczka w góry z głęboko zakorzenioną misją niesienia pomocy tam, gdzie jest najbardziej potrzebna. Casteelowie zdają się właśnie tej opieki potrzebować najbardziej, więc Heaven i jej brat Tom szybko stają się ulubieńcami pani dydaktyk, co zawdzięczają również, a może przede wszystkim, ponadprzeciętnym wynikom w nauce i zainteresowaniu szkołą, która jest dla nich jedynym sposobem, by wyrwać się z biedy, w jakiej żyją. Bardzo podobał mi się motyw książki jako wyższej formy rozrywki, stawiającej bohaterów ponad to, co ich otacza. Dzieci szanują to, że nauczycielka dała im możliwość takiej formy kontaktu z pisarstwem, zastrzegają, że za literaturę mogą się wziąć dopiero po umyciu rąk.
Bohaterowie z reguły zdają się nie negować poszczególnych parszywych elementów świata przedstawionego, przyjmują życie takim, jakie jest, chociaż mamy tu do czynienia z różnymi, odmiennymi formami radzenia sobie z całą sytuacją. Heaven, najstarsza z rodzeństwa, twierdzi uparcie, że "nie mamy nic poza własną dumą" (str. 146) i robi wszystko, żeby poradzić sobie z całą sytuację sama. Natomiast jej siostra Fanny, najmniej zżyta z rodziną, najchętniej błagałaby o jałmużnę i oddawała swoje ciało za ćwierć dolara kolegom ze szkoły. Ta dziewczynka najchętniej zapomniałaby o całym koszmarze nędznego bytu w chacie w górach, nie zależy jej, żeby być blisko z najbliższymi. Nie uważa, żeby istniały rzeczy, których nie można sprzedać za pieniądze.
Książka jest raczej smutna, chociaż zaliczenie jej do kategorii "wyciskacza łez" byłoby niesprawiedliwe. To nie jest publikacja napisana po to, żeby sobie nad nią popłakać, powzdychać, a potem zapomnieć. "Rodzina Casteel" boli nas w środku, gdyż dotyka istot najbardziej niewinnych w samym swoim bycie - dzieci. To okrutna historia, pozbawiające złudzeń, jeśli ktoś je jeszcze miał. W niektórych momentach niesamowicie zadziwia, bywały chwile, gdy nie wierzyłam w to, co czytam. Dzieci Casteel, pomijając aspekty życia w okrutnej biedzie, braku podstawowych niezbędnych środków do życia, spotkała jeszcze jedna tragedia. Zostały pozbawione tego, co każdemu z młodych ludzi należy się automatycznie: prawa do dzieciństwa. Z niecierpliwością czekam na kolejną część cyklu, aby przekonać się, jak sobie poradzą (już nie tacy) mali bohaterowie. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, zachęcam do nadrobienia braków.
Cudu nie będzie?
"Rodzina Casteel" to pierwsza część cyklu autorki bestsellerowych "Kwiatów na poddaszu", a druga książka ukaże się już w marcu. Przymiotnik, jaki w moim odczuciu, najlepiej opisuje tę powieść to.. inna. Inna niż wszystko inne, co czytałam. Tutaj bohaterowie są niekonwencjonalni, a bieg wydarzeń wydaje się być nieprawdopodobny. Dzieło, najogólniej mówiąc, przedstawia wszelką niesprawiedliwość świata, podział na lepszych, gorszych i tych najgorszych, a pośród tych ostatnich żyje właśnie rodzina Casteel. Narratorem jest dziewczynka, którą życie w niewyobrażalnej nędzy i bieg nieszczęśliwych zdarzeń postępujących bardzo szybko i niespodziewanie, zmusza do podjęcia odpowiedzialności nie tylko za swoje życie, ale też ukochanego rodzeństwa. Dziecko, noszące anielskie imię Heaven, przyjmuje całe zło z wysoko podniesioną głową. Młodzi ludzie mają tylko siebie nawzajem i pannę Deale, nauczycielkę z powołania, która przyjechała do małego miasteczka w góry z głęboko zakorzenioną misją niesienia pomocy tam, gdzie jest najbardziej potrzebna. Casteelowie zdają się właśnie tej opieki potrzebować najbardziej, więc Heaven i jej brat Tom szybko stają się ulubieńcami pani dydaktyk, co zawdzięczają również, a może przede wszystkim, ponadprzeciętnym wynikom w nauce i zainteresowaniu szkołą, która jest dla nich jedynym sposobem, by wyrwać się z biedy, w jakiej żyją. Bardzo podobał mi się motyw książki jako wyższej formy rozrywki, stawiającej bohaterów ponad to, co ich otacza. Dzieci szanują to, że nauczycielka dała im możliwość takiej formy kontaktu z pisarstwem, zastrzegają, że za literaturę mogą się wziąć dopiero po umyciu rąk.
Bohaterowie z reguły zdają się nie negować poszczególnych parszywych elementów świata przedstawionego, przyjmują życie takim, jakie jest, chociaż mamy tu do czynienia z różnymi, odmiennymi formami radzenia sobie z całą sytuacją. Heaven, najstarsza z rodzeństwa, twierdzi uparcie, że "nie mamy nic poza własną dumą" (str. 146) i robi wszystko, żeby poradzić sobie z całą sytuację sama. Natomiast jej siostra Fanny, najmniej zżyta z rodziną, najchętniej błagałaby o jałmużnę i oddawała swoje ciało za ćwierć dolara kolegom ze szkoły. Ta dziewczynka najchętniej zapomniałaby o całym koszmarze nędznego bytu w chacie w górach, nie zależy jej, żeby być blisko z najbliższymi. Nie uważa, żeby istniały rzeczy, których nie można sprzedać za pieniądze.
Książka jest raczej smutna, chociaż zaliczenie jej do kategorii "wyciskacza łez" byłoby niesprawiedliwe. To nie jest publikacja napisana po to, żeby sobie nad nią popłakać, powzdychać, a potem zapomnieć. "Rodzina Casteel" boli nas w środku, gdyż dotyka istot najbardziej niewinnych w samym swoim bycie - dzieci. To okrutna historia, pozbawiające złudzeń, jeśli ktoś je jeszcze miał. W niektórych momentach niesamowicie zadziwia, bywały chwile, gdy nie wierzyłam w to, co czytam. Dzieci Casteel, pomijając aspekty życia w okrutnej biedzie, braku podstawowych niezbędnych środków do życia, spotkała jeszcze jedna tragedia. Zostały pozbawione tego, co każdemu z młodych ludzi należy się automatycznie: prawa do dzieciństwa. Z niecierpliwością czekam na kolejną część cyklu, aby przekonać się, jak sobie poradzą (już nie tacy) mali bohaterowie. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, zachęcam do nadrobienia braków.
Cudu nie będzie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



