wtorek, 23 grudnia 2014

Magdalena Witkiewicz | Święta Bożego Narodzenia

Wirtualne odliczanie do Świąt Bożego Narodzenia na blogu Przegląd czytelniczy dobiega końca.
Autorką ostatniego już świątecznego postu jest Magdalena Witkiewicz, spod której pióra wyszły takie powieści jak "Szkoła żon", "Pensjonat marzeń", "Milaczek" czy "Zamek z piasku". 
Pisarka postanowiła wpuścić czytelników do swojego mieszkania, nie możecie tego przegapić!

A tymczasem kochani..

Wraz ze wszystkimi autorkami, jakie wzięły udział w cyklu świątecznym, życzymy Wam wszystkim Świąt spędzonych w rodzinnej, ciepłej atmosferze.




Święta Bożego Narodzenia to dla mnie czas, w którym robi się ciepło w sercu, a łzy wzruszenia czasem spływają po policzku. Bo ja jestem z tych, co wzruszają się często i łatwo. I przyznam, że bardzo to lubię! 
W tym roku okres świąteczny zaczął się u mnie bardzo szybko. W połowie listopada byłam w Irlandii, a tam „White Christmas” i „Jingle Bells” rozbrzmiewały wszędzie. Zatem już w listopadzie poczułam się bardzo świątecznie. Nawet kupiłam wtedy część prezentów dla bliskich, ale… Ale już prawie wszystkie rozdałam, bo uwielbiam dawać prezenty. Oczywiście teraz bardzo żałuję, bo pewnie mąż by się bardzo ucieszył, znajdując kombinezono-piżamę Supermana pod choinką, a tak… Ucieszył się wcześniej!
Bo ja nigdy nie mogę wytrzymać z tymi prezentami…
Gdy wyszłam za mąż, dwa lata z rzędu Wigilie były w naszym mieszkaniu. Zapraszam Was na jedną taką moją Wigilię, gdy dzieci były jeszcze małe. 



Gdy moi rodzice przeprowadzili się do dużego domu, ulicę obok, tam w wigilijny wieczór zawsze się spotykamy. Święta z dziećmi są cudowne! 
W tym roku moje dzieci napisały list do Świętego Mikołaja i dostaną dokładnie to, co w listach. Nie mogę się doczekać ich reakcji. Wierzą jeszcze w Mikołaja, chociaż czasem zastanawiają się nad jego istnieniem… Oby ta wiara trwała jak najdłużej.
W moim domu rodzinnym choinkę zawsze ubieraliśmy w Wigilię. Co roku mama się denerwowała, że tata kupi najbrzydszą „drapakę”, ale co roku mieliśmy najpiękniejszą na świecie. Przynajmniej w moim odczuciu. 
Po rodzinie krąży anegdota, że kiedyś jakiś wujek kupił wyjątkowo koszmarną choinkę. Ciocia zamiast go objechać z góry do dołu, przytuliła go i powiedziała:
- Kochanie, ty masz wyjątkowo dobre serce.
Wujek zdziwiony nie zdołał wykrztusić ani słowa.
- Wyjątkowo dobre serce – ciocia powtórzyła – Bo gdyby nie ty, ten facet w życiu by nikomu tej choinki nie sprzedał. A tak. Zarobił sobie i się cieszy w tę wigilijną noc!

Gdy byłam mała nie mieliśmy tradycji pieczenia pierniczków. Pamiętam przez mgłę, że robiłam z tatą ozdoby choinkowe. Mama królowała w kuchni. Tak też i jest do tej pory. Makowce, keksy, ryba po grecku, śledzie w oleju, w occie, sałatka jarzynowa, karp – to na samą Wigilię. Z pewnością o czymś zapomniałam! Na święta dochodził schab w galarecie i zwykle niesamowity tort. 
Nic się nie zmieniło w tradycjach mamy. Ja dołożyłam swoje. U mnie jest trochę inaczej.
Co roku z dziećmi pieczemy pierniczki. Mam chyba sto foremek i nigdy wszystkich nie dajemy rady użyć! Jednego dnia pieczemy, a następnego dekorujemy. Zawsze mamy kolorowe lukry i obłędną ilość ozdób do przyklejenia. To robimy zwykle w okolicy 6 grudnia. 
Ja mam takie szczęście, że zawsze przed świętami jestem chora. Albo gardło, albo oskrzela. W tym roku myślałam, że się uda być zdrową – gdzie tam! – bolał mnie ząb. Po prostu myślę, że mój organizm podświadomie chce się wywinąć z całego porządkowego galimatiasu. Gdy mogę się skupić na gotowaniu i przystrajaniu domu – zaczynam być zdrowa. O właśnie już mnie prawie nie boli!
Gdy zaczęłam prowadzić swój własny dom, do tradycyjnych potraw dołączyły kluski z makiem. Kocham kluski z makiem. I mogłaby to być jedyna potrawa, którą jem w święta. Kiedyś je zrobiłam latem. Latem nie smakują tak samo, jak przy choince! Do tych klusek (wiem, że połączenie katastrofalne) doszły śledzie. Jedne na słodko z pomidorami i rodzynkami, a drugie w oleju z oliwkami i ziołami prowansalskimi. W tym roku jeszcze zrobię terrinę z łososia i bardzo kuszą mnie krewetki. Mało tradycyjne, ale po pobycie w Wietnamie uwielbiam krewetki. Ale mój głos wewnętrzny szepcze mi, że krewetki na Wigilię, to przesada! Muszę się jeszcze zastanowić. Może je zrobię na sylwestra…
Kulinarnie się zrobiło, prawda? A tak chcę odejść od tego świątecznego konsumpcjonizmu…
Bo Święta Bożego Narodzenia pachną. Pachną mandarynkami i pomarańczami, pachną ciastem, dopiero co wyjętym z piekarnika. W domu też pachnie. Bo chociaż jakby nie wiadomo jak się nie chciało, trzeba posprzątać, zmienić pościel.
W tym roku Wigilię spędzamy u moich rodziców. Jak zawsze w ostatnich latach. Gdy był śnieg, dzieci wieźliśmy tam na sankach. Teraz trzeba będzie parasole zabrać…
Do Wieczerzy siadamy około siedemnastej. Jest tradycyjne łamanie się opłatkiem, a potem jedzenie tego wszystkiego, nad czym się pracowało przez ostatnie dni. Gdy już wszyscy się najedzą – należy przewietrzyć salon. Otwierane są drzwi balkonowe, wszyscy są wypraszani do innych pokoi, a Święty Mikołaj po kryjomu przynosi prezenty… Potem ktoś dorosły krzyknie
- Jest! Jest! Szybko!
Dzieci biegną, ale zwykle jest już za późno. Prezenty są, po Świętym zostaje jedynie ślad mokrego buta.
Wtedy zaczyna się radość przeogromna. Rozpakowywanie, zabawa, pokazywanie, oglądanie. Dzieci nie idą spać długo, a mój syn zawsze chce spać z tym, co akurat dostał. I zawsze śpi! Nie ważne jak kanciasta jest ta zabawka. Spał już z traktorem, klockami lego i samochodem zdalnie sterowanym. Kurczowo trzyma go całą noc i nie można mu tego zabrać. To jest radość, prawda?
Czasem marzę jednak, że pojedziemy na święta do Amalki. Do Mojego Miejsca na Ziemi na Kaszuby. Że tam, w środku ośnieżonego lasu zasiądziemy przy wigilijnym stole, choinką będzie oświetlony modrzew za oknem, a pokój będzie rozświetlał ogień z kominka. Wiem, że kiedyś to nastąpi. 
Marzenia trzeba spełniać. Tego Wam życzę moi drodzy – siły na to, by zrobić pierwszy krok w stronę Waszych marzeń. Gdy zrobicie pierwszy krok, dalsza droga będzie prosta! Zatem życzę Wam – szerokiej drogi w stronę marzeń!

Magdalena Witkiewicz

PS. Syn właśnie zasypia i śpiewa „Lili lili laj, moje dzieciąteczko”. Z drugiego pokoju dołączyła córka. I jak tu nie kochać świąt!!!
PS. 2. Obiecałam dzieciom, że w te święta nie włączę komputera. O matko!

Magdalena Parys "Magik" [Recenzja]




"Magik" to kryptonim tajnej akcji służb specjalnych mającej na celu eliminację opozycjonistów podczas ucieczki z komunistycznego "raju" na granicy bułgarsko-tureckiej. Sprytnie. Był człowiek, nie ma człowieka, ślad po nim zaginął. Czyż to nie magia? Dla mnie jednak "Magikiem" jest sama autorka, Magdalena Parys. Bo jak inaczej wytłumaczyć stworzenie powieści tak genialnej i realnej, że za nic w świecie nie przyjmuję do wiadomości zapewnień, iż wszystko to zostało wymyślone?

Rok 2011. Niemal w tym samym czasie w tajemniczych okolicznościach ginie dwóch mężczyzn. Jeden z nich umiera w Bułgarii, w Sofii, ciało drugiego zostaje odnalezione w zamieszkanej przez Romów, podupadającej kamienicy w Berlinie. Pierwszy był dziennikarzem, drugi pracował w Urzędzie do spraw Akt Stasi. Dochodzenie w sprawie śmierci Franka Derbacha, berlińskiego urzędnika, szybko zostaje zatuszowane, a informacja o zgonie Gerharda Samuela jest przechowywana po stronie bułgarskiej zadziwiająco długo. Okazuje się, że obaj mężczyźni, wraz z pochodzącym z Lipska archiwistą, zajmowali się zbieraniem materiałów na temat morderstw dokonywanych na granicy bułgarsko-tureckiej za czasów żelaznej kurtyny. Sprawa związana jest z przeszłością jednego z czołowych polityków dzisiejszych Niemiec. 

"Magik" to najdoskonalszy w swej perfekcyjności, trzymający w napięciu thiller polityczny. Magdalena Parys na podwalinach historii ucieczek z państw komunistycznych i znikających akt Stasi stworzyła opowieść niezwykle prawdziwą i realną. Jeśli, jak zapewnia sama autorka, opisana historia rozegrała się tylko w wyobraźni autorki, to gratuluję wyobraźni i geniuszu literackiego. "Magik" to powieść wyznaczająca nowe standardy w polskiej literaturze, książka, która, jestem tego pewna, za kilka lat będzie uznawana za arcydzieło rodzimego pisarstwa. Parys można czuć całym sobą, albo i nie, o gustach podobno się nie dyskutuje, ale jedno jest pewne: nikt, absolutnie nikt, nie może zaprzeczyć niebywałego talentu pisarki i jej obecności na literackich wyżynach. "Magik" udowadnia geniusz Magdaleny Parys.

Autorka zaangażowała się w swoją pracę nie w stu, ale w dwustu procentach. Każda strona, każde zdanie jest napisane z olbrzymią dbałością o szczegóły. Magdalena Parys starannie i dokładnie wprowadza swojego czytelnika w opisywany świat. Portrety psychologiczne bohaterów zostały nakreślone z niesamowitą precyzją. Pisarka, szkicując obrazy swoich postaci, zadbała o wiarygodne odzwierciedlenie ich przeszłości, skrupulatne przedstawienie motywacji oraz wierne oddanie tła historycznego. Na tym polega siła "Magika" - książka jest niesamowicie intrygującym zapisem współczesnych wydarzeń, zdeterminowanych przez mocno udokumentowaną przeszłość. Mimo iż autorka zastrzega, że cała fabuła została zmyślona, powieść przedstawia realne mechanizmy władzy, pozostałości komunistycznej rzeczywistości, w której żyjemy do dziś. Jak dochodzi się na szczyt? Magdalena Parys, która sama jako dziecko wyemigrowała z rodziną do Berlina Zachodniego, zna położenie, o jakim pisze. Odnoszę wrażenie, iż wspomnienia, odczucia i przeżycia jednej z bohaterek książki, Dagmary Bosch, są w pewnym stopniu odzwierciedleniem przemyśleń oraz doświadczeń samej autorki.

"Magik" to 624 strony, które czyta się jednym tchem. Magdalena Parys umiejętnie dawkuje napięcie, w rzadko spotykany sposób prowadzi nas gładko przez całą powieść. Nie zdradza zbyt dużo, ale i nie wprowadza niepotrzebnego zamieszania, nie oszukuje swojego czytelnika, jest z nim przez cały czas. "Magika" przeczytać po prostu trzeba, gdyż książka wyznacza nowe trendy i standardy polskiej literatury. Każdy z szanujących się miłośników polskiego pisarstwa powinien sobie sam wyrobić opinię o tej wyjątkowej, ważnej powieści. Ja pozostaję pod ogromnym wrażeniem.

Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Magdalena Parys, "Magik"
Wydawnictwo Świat Książki, 2014
ilość stron: 624
data premiery: 19.11.2014

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Małgorzata Warda | Magię odnajduję, gdy zbieramy się całą rodziną przy stole

Nadszedł czas na ostatnie przedświąteczne przygotowania, w wielu domach świąteczny nastrój wywołuje już rozświetlona lampkami choinka, jeszcze spieszymy, by zdążyć dopiąć wszystko na ostatnią chwilę, lecz za chwilę zwolnimy.
Zapraszam Was na przedostatni już ze świątecznego cyklu wpis będącym zapisem wspomnień znanej i lubianej polskiej autorki - Małgorzaty Wardy.
Poczujmy magię tych Świąt!



Najcieplej wspominam Święta z dzieciństwa. Dla mnie, urodzonej na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych tamten czas miał szczególne, magiczne znaczenie. Urok Świat nie wiązał się jednak tylko z Mikołajem i prezentami, które czekały pod choinką, ale przede wszystkim była to magia dużej ilości produktów, które nagle wypełniały sklepowe półki, egzotycznych owoców, które pojawiały się w domach. 
Obecnie granica pomiędzy czasem nieświątecznym a świątecznym jest dość płynna: na co dzień sięgamy po produkty, dla których kiedyś stało się w kolejkach od trzeciej w nocy. Ciężko dzisiaj ucieszyć się z pomarańczy, skoro możemy je znaleźć w każdym markecie. Kogo obchodzi, czy w domu są banany? Jako mała dziewczynka nie miałam jednak łatwego dostępu do egzotycznych owoców ani do mlecznej czekolady.  Przyzwyczaiłam się, że pomarańcze lądowały na stole właśnie w Boże Narodzenie. W Święta na talerzach pojawiała się też szynka, której nie było w domach na co dzień. Największą niespodzianką były jednak kolory Bożego Narodzenia: Osiedle, w którym się wychowałam było szare: wszędzie stały niemal identyczne wieżowce, a szarość rozłaziła się po chodnikach, szarych piaskownicach, drabinkach, trzepaku. Boże Narodzenie przynosiło kolory: pojawiały się świąteczne ozdoby, na balkonach migoczące lampki, w domach ustrojone choinki... Najpiękniejszy czas, gdy na świat patrzyłam oczami dziecka. Święta kojarzyłam z zabawą, wyglądałam pierwszej Gwiazdki, wierzyłam, że Mikołaj istnieje naprawdę a wszystko było nieustanną zabawą. Dzisiejsze Święta znam od kulis. Dorośli nie wierzą przecież w Świętego Mikołaja, a kiedy na niebie pojawi się gwiazda, to oni dzwonią dzwonkiem, udając czary. Moje prawdziwe Święta odeszły więc wraz z dzieciństwem i już nie wrócą. Dawną magię odnajduję jednak, gdy zbieramy się całą rodziną przy stole. Uwielbiam też patrzeć w zdumione oczy mojej córeczki, która wciąż wierzy, że to święty Mikołaj zapakował jej prezenty i postawił pod choinką, więc biegnie do mnie wołając "Widziałaś to, mamo?" ;-)

Małgorzata Warda




piątek, 19 grudnia 2014

Joanna Sykat "Tylko przy mnie bądź" [Recenzja]




Wyobraź sobie, że już nie musisz się martwić sferą finansową. Nie żyjesz od pierwszego do pierwszego następnego miesiąca, planowanie domowego budżetu nie spędza ci snu z powiek. Kolejne zera rosną na twoim koncie, z miesiąca na miesiąc stajesz się coraz bardziej zamożnym człowiekiem. Zapytasz zapewne: gdzie jest haczyk? Bo przecież to oczywiste, że gdzieś musi tkwić haczyk. I masz rację. W zamian za stabilizację finansową.. nie żyjesz. Nie pamiętasz swojej rodziny, nie doświadczasz piękna przyrody, nie czujesz nic. Taką przerażającą wizję stworzyła w swej najnowszej powieści "Tylko przy mnie bądź" Joanna Sykat. Ale czy na pewno tylko stworzyła?

Marta przed laty dokonała wyboru. Porzuciła swoje dotychczasowe życie, powierzyła opiekę nad synkiem swoim rodzicom, aby zamieszkać i podjąć pracę w Dome. Dome to olbrzymia firma, państwo w państwie. Pracownicy zobowiązani są nie opuszczać kopuły, nie wolno im kontaktować się ze światem zewnętrznym, a ich bezpieczeństwa i samopoczucia strzeże pidżej - osobisty strażnik, z którym mieszkańcy Dome nie mogą się rozstawać. Marta wie, że sprzedała swoje życie. Jako jednej z nielicznej starcza jej odwagi, aby nie do końca podporządkowywać się panującym regułom. Pewnego dnia na terenie kopuły spotyka Wiktora - mężczyznę, z którym kiedyś ją coś łączyło. Okazuje się, że Wiktor został całkowicie pozbawiony wspomnień i uczuć. Czy to spotkanie może zmienić coś w życiu obojga? Czy istnieje możliwość powrotu do prawdziwego świata i życia?

Przyznam, iż to nie do końca moja bajka. Cała koncepcja Dome wydaje się zakrawać pod science fiction, którego zdecydowanie nie lubię i nie czuję się na tym terenie pewnie. Ale.. No właśnie. Joanna Sykat zachwyciła mnie swoją wyobraźnią, tworząc świat, tak odrealniony od tego rzeczywistego, a jednocześnie tak prawdziwy. Autorka zmusza czytelnika, aby ten zastanowił się, czy przedstawiony w powieści "Tylko przy mnie bądź" świat jest w pełni kreacją fantazji pisarki, czy może.. to już się dzieje naprawdę? Oczywiście, Dome ani żadna tego typu instytucja nie istnieje, jednak czy nie sprzedajemy swego czasu, który powinniśmy poświęcić rodzinie, z pogoni za pieniądzem, karierą? Czyż nie wyłączamy swoich uczuć, ludzkich instynktów, naszych potrzeb, nie ogłuszamy coraz głośniejszego wewnętrznego krzyku, aby zarobić, mieć, osiągnąć? Joanna Sykat przeciwstawia po dwóch stronach to, co nabyte oraz to, co niematerialne. Robi to w sposób absolutnie wyjątkowy, z jakim się jeszcze nie spotkałam w polskiej literaturze.

"Tylko przy mnie bądź" to książka, w której ani treść, ani forma nie mają aż tak wielkiego znaczenia, jak przesłanie, jakie powieść ze sobą niesie. Przyznam, iż Joanna Sykat przekonała mnie do swej koncepcji, chociaż kiedy tylko usłyszałam o swego rodzaju "drugiej rzeczywistości", pokręciłam nosem. Okazuje się, że "Tylko przy mnie bądź" jest publikacją o pięknym znaczeniu, jaką warto przeczytać, aby przewartościować swoje życie, zastanowić się, co tracimy w codziennej gonitwie. Autorka cudownie pisze o macierzyństwie, wartości rodziny i miłości, dla której warto wiele poświęcić i zaryzykować. Sykat zadbała również o to, aby oddać piękno świata, w jakim żyjemy, pokazać jego wyjątkowe strony, pozwolić czytelnikowi jeszcze raz spojrzeć na to, co go otacza - tym razem innym okiem. 

Czy warto poświęcić czas Joannie Sykat i jej powieści "Tylko przy mnie bądź"? Moim zdaniem, zdecydowanie tak, nawet jeśli, podobnie jak i ja, nie przepadacie za elementami fantastycznymi w literaturze. W przypadku "Tylko przy mnie bądź" ten drugi, nierzeczywisty świat służy do tego, aby pokazać ułomności rzeczywistości i czasów, w jakich przyszło nam żyć. Joanna Sykat przedstawia nas konsekwencje, jakie mogą nieść ze sobą niektóre wybory, jakich dokonujemy w życiu. Warto jeszcze raz dobrze zastanowić się, zanim podejmiemy decyzję.

Dziękuję Wydawnictwu Replika za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego powieści!

Joanna Sykat, "Tylko przy mnie bądź"
Wydawnictwo Replika, 2014
ilość stron: 244
data premiery: 03.12.2014

czwartek, 18 grudnia 2014

Krystyna Mirek | Święto miłości

Kiedy zastanawiałam się, kogo zaprosić do udziału w cyklu świątecznym, Krystyna Mirek była pierwszą osobą, jaka przyszła mi na myśl.
Dlaczego? Autorka urzekła mnie swoim pełnym uroku i magii opisem Świąt obchodzonych w domach bohaterów powieści "Podarunek".
Później już tylko, podczas lektury opowiadania autorstwa Krystyny Mirek opublikowanego w książce "Cicha 5", ten klimat zagościł w moim sercu na dobre.
Jakie znaczenie dla autorki mają Święta Bożego Narodzenia, które sama nazywa "świętem miłości"?





Święta to ważny i bardzo potrzebny czas. Są one jednak nie tylko magiczne, ale także niebezpieczne. Boże Narodzenie to taki papierek lakmusowy. Próbka, która włożona w życie rodziny pokazuje prawdę. Na co dzień można ją jakoś zakopać, zapomnieć, skupić myśli na czymś innym.
Ale przychodzi taki moment w roku, kiedy wszyscy siadają przy stole i nie ważne: wierzący czy nie, kochający święta czy też wręcz przeciwnie, gdzieś w głębi serca marzą, żeby było pięknie.
Tymczasem nie zawsze tak jest. W święta wszystko widać bardziej. Miłość, ale także jej brak. Wiarę i pustkę. Wartość rodziny, ale także samotność. To czas, który zwłaszcza dorosłych skłania do podsumowań. Kogo zabrakło przy stole, z kim coraz trudniej podzielić się opłatkiem i wypowiedzieć choćby kilka zdawkowych słów. Czy prezenty są wyrazem miłości, czy tylko niepotrzebnym wydatkiem, nic nie znaczącym obowiązkiem realizowanym w ostatniej chwili, żeby tylko było.
Przeżyłam różne święta. Piękne, magiczne, z bogatymi polskimi tradycjami, przy stole, wokół którego siedziała liczna rodzina. Ale także trudne, gdy ktoś odchodził, chorował, nie miał pracy, święta na emigracji i w najtrudniejszych dla moich bliskich czasach.
Dlatego już wiem, że na udaną kolację wigilijną pracuje się cały rok. Poprzez pielęgnowanie relacji, rozwiązywanie problemów na bieżąco, ale przede wszystkim dbałość o najważniejsze z uczuć – Miłość.
Boże Narodzenie – to przecież właśnie święto miłości. Bóg jest miłością, według najkrótszej definicji. Celebrujemy więc narodziny Miłości: w sercu człowieka – indywidualnie, w rodzinie, wśród przyjaciół. Wszelkie piękne zewnętrzne tradycje cieszą wyłącznie wtedy, gdy jest zaspokojona ta pierwotna potrzeba miłości. Nie da się zapełnić pustki gotowaniem, ozdobami, zagłuszyć smutku piękną muzyką.
Mam wielki respekt wobec tego święta. Chciałabym bardzo znów usiąść przy świątecznym stole i poczuć, że jest dobrze. Wewnątrz i zewnętrznie. Żeby życzenia były szczere i serdeczne, modlitwa płynęła prosto w niebo, prezenty okazały się trafione, potrawy smakowały, a śmiech nad stołem był spontaniczny i prawdziwy. Żeby niósł się wieczorem śpiew kolęd, a rodzinne tradycje wrastały w serca naszych dzieci. Żeby to był prawdziwie błogosławiony czas.
Takich prawdziwych, pięknych świąt życzę także wszystkim Czytelnikom. A jeśli jest obok nas ktoś, komu trudno będzie w tym roku przejść przez ten wyjątkowy czas, żeby udało się zrobić choć jeden maleńki krok w jego stronę albo żeby on wyciągnął do nas rękę. Niech to będzie dla Was wszystkich dobry czas.

Krystyna Mirek

środa, 17 grudnia 2014

Jojo Moyes "Ostatni list od kochanka" [Recenzja]




Kiedy ostatnio napisałeś do ukochanej osoby list? Nie, nie pytam o e-maila czy obkrojoną do 160 znaków wiadomość tekstową. Pytam o list. Pełen emocji, napisany odręcznie na kartce papieru. Jojo Moyes w swej powieści "Ostatni list do kochanka" oddaje hołd tej zapomnianej sztuce - sztuce pisania listów miłosnych. Bo nigdy nie wiesz, co może zmienić otrzymany list. Albo inaczej - list, który nigdy nie dotarł do adresata.

Ellie Haworth jest 32-letnią dziennikarką brytyjskiej gazety "Nation". Ellie znajduje się w skomplikowanej relacji z żonatym mężczyzną i cały czas ma nadzieję, że usłyszy od ukochanego długo wyczekiwane słowa: "jestem wolny". Ellie, przeglądając archiwa gazety, natrafia na ślad romansu z początku lat 60. Jeden zagadkowy, pełen miłości i pasji list sprawia, że Ellie postanawia przyjrzeć się tej sprawie z bliska. Okazuje się, iż korespondencja jest wynikiem miłości, jaka połączyła żonę londyńskiego biznesmena, Jennifer oraz dziennikarza "Nation", Anthony'ego. Ellie zagłębia się w tajemnicę dawnych kochanków. Kiedy odkryje prawdę, przyjdzie jej przewartościować również swoje życie. Czy związek z żonatym mężczyzną ma jakąkolwiek przyszłość?

Jojo Moyes, przygotowując się do napisania powieści, skierowała prośbę do różnych osób, których z pozoru nic ze sobą nie łączy. Poprosiła o przesłanie ostatniego listu, wiadomości bądź fragmentu korespondencji w innej formie. Każdy rozdział jej powieści poprzedzony jest wziętym z życia ostatnim listem do kochanka. Dzięki temu zabiegowi, poznajemy część historii nie tylko bohaterów powieści, Jennifer i Anthony'ego oraz Ellie i Johna, ale również fragment dziejów nieznanych nam osób, których porwał wir namiętności. Namiętności, która odcisnęła silne piętno na ostatecznym kształcie powieści Jojo Moyes "Ostatni list do kochanka". Książka jest świadectwem wielkiej miłości i równie wielkiego rozczarowania. Emocje bohaterów dotykają nas dogłębnie, osaczając i nie pozwalając nam oderwać się od przedstawionego świata. Postacie nie są czarno-białe, niemożliwym jest jednoznaczne zaklasyfikowanie danego bohatera jako "dobry" czy "zły". Jojo Moyes rozmazała klasyczny podział między tym, co białe, a co czarne. Autorka szczerze pisze o bolesnych doświadczeniach, przekazując istotę relacji damsko-męskich. Zadbała o dokładne przedstawienie ciągu przyczynowo-skutkowego, przez co powieść zyskała logiczny kształt.

Moyes, snując swą historię, nieco zasiedziała się w jej rozpoczęciu. Na dobrą sprawę pierwsze 200 stron (z 496) to wstęp do opowieści, która dopiero ma się rozegrać. Pomiędzy mną a "Ostatnim listem do kochanka" nie zaiskrzyło od razu. Czytając ostatnie kartki, byłam już całą sobą w tej historii, przeżywałam wraz z bohaterami, jednak zanim to nastąpiło - powiedzmy to wprost - zdążyłam zwątpić i nieźle się wynudzić. Przez co najmniej połowę książki nie wydarzyło się nic, co miałoby świadczyć o jej wyjątkowości. Teraz, już po lekturze całości, przyznaję, iż powieść podobała mi się, cieszę się, że ją przeczytałam, jednak nie mogę powiedzieć, żeby należała do dzieł wybitnych. Miło przeczytać, "Ostatni list do kochanka" to ciekawa forma rozrywki, pięknie, jak to bywa w serii Leniwa Niedziela, wydana, będąca źródłem relaksu.

Jojo Moyes, wzbogacając swoją historię fragmentami autentycznej korespondencji oraz łącząc czasy współczesne z latami 60. XX wieku, wyróżniła swoją powieść na tle innych powieści obyczajowych dla kobiet. Warto zwrócić uwagę, iż Moyes w tle prezentowanych wydarzeń pisze o kryzysie w Kongo w latach 1960-1965. "Ostatni list do kochanka" to również głos w wielu istotnych sprawach społecznych. Bardzo dobra książka, chociaż mnie akurat nie porwała, przynajmniej do połowy. Później już czytałam z wypiekami na twarzy.

Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Jojo Moyes "Ostatni list do kochanka"
Wydawnictwo Świat Książki, 2014
ilość stron: 496
data premiery: 03.12.2014

niedziela, 14 grudnia 2014

Ałbena Grabowska | Magia Świąt

Ałbena Grabowska - myślę, że tej autorki żadnemu miłośnikowi współczesnej polskiej powieści obyczajowej, przedstawiać nie trzeba.
Dzisiaj pisarka występuje na blogu w nieco innej roli.
Ałbena Grabowska oddaje się wspomnieniom.
Wspomnieniom pełnym magii, zapachu piernika i świątecznej choinki.




Święta zawsze zaczynają się u mnie pierwszego dnia grudnia. Wtedy robię ciasto na piernik i zostawiam go w chłodzie aż do Wigilii, żeby wchłonął korzenne zapachy i pięknie dojrzał. Moment w którym wsypuję przyprawy do piernika jest wyjątkowy. Po domu roznosi się zapach, który owiewa wszystkie kąty i przypomina o tym co się zdarzy w noc wigilijną. 
Kiedy byłam mała uwielbiałam atmosferę Świąt. Nawet w biednych i szarych czasach zawsze udawało się coś wyczarować z bibuły, krepiny czy kolorowego papieru, czym można było udekorować choinkę. Mieliśmy w domu stare bombki, jeszcze po babci, które z pieczołowitością co roku wieszaliśmy na choince. 
Kulinarnie była to wielka uczta. Oczywiście wigilia zawsze była i jest postna, taka tradycja, ale już pierwszego dnia świąt można sobie było pozwolić na bezkarne pustoszenie lodówki. Do tradycji u mnie w domu należało robienie nowych potraw, tak, żeby każdego roku podać na stół coś oryginalnego. Oczywiście były pewne stałe pozycje jak karp po bułgarsku, czyli pieczony w całości na kołderce z cebuli z sosem pomidorowym i orzechami włoskimi, naleśniki z makiem nadziewane kapustą i grzybami, zupa grzybowo-cebulowa z kluskami lanymi, łamańce z makiem i oczywiście piernik, które wszyscy uwielbiali. 
Prezenty były bardzo ważne.  Każdy musiał przygotować upominki dla wszystkich siedzących przy stole. Czasem bywały kłopotliwe, jak ramka na zdjęcia z przylepionymi plasteliną muszelkami z lata, albo zakładka do książek na którą zużyto plisowany rękaw bluzki mamy, bez jej wiedzy zresztą. Dziś opowiadam moim dzieciom jak dostawałam kredki i pomoce szkolne, jak bardzo się cieszyłam z czapki czy szalika, co w dzisiejszych czasach rzadko bywa postrzegane jako atrakcyjny upominek. Ale najbardziej czekałam na książki, które potem czytałam podgryzając łakocie. 
Oprawa muzyczna była wisienką na torcie. Teraz przez cały grudzień staram się wprowadzić dzieci  w nastrój zachęcając do słuchania muzyki klasycznej, kolęd w pięknym wykonaniu naszych czołowych śpiewaczek. Ale ogromnym sentymentem darzę piosenki świąteczne, które kojarzą mi się z moim nastoletnim przeżywaniem świąt.  I nigdy nie mam dość piosenki zespołu Wham! Last Christmas. 
Święta są zawsze okazją do spotkań z rodziną i przyjaciółmi. To czas w którym nie warto odrabiać zaległości z pracy, czy siedzieć przed telewizorem. Trzeba się zatrzymać i porozmawiać z bliskimi. Niektórych z nich w przyszłym roku może już nie być wśród nas. Warto o tym pamiętać. 

Ałbena Grabowska