wtorek, 13 grudnia 2016

Magdalena Wala | Święta w mojej rodzinie to czas spokoju



Dzisiaj o swoich świętach pisze dla Was Magdalena Wala, autorka powieści "Przypadki pewnej desperatki" i "Marianna". Z pewnych źródeł wiem, że pisarka szykuje kolejną książkę, dziś możemy zatem uznać, iż... odliczamy nie tylko do świąt, ale i do następnej premiery. :)

Święta w mojej rodzinie to okres spokoju, radości, ale przede wszystkim bliskości, którą dają najbliżsi. Co roku przeżywamy je wyłącznie w gronie najbliższej rodziny. Przygotowania w pewnym sensie rozpoczynają się w okresie wczesnej jesieni, kiedy to mój tata ze swoich wędrówek po lasach przynosi zebrane grzyby, które następnie mama suszy lub piecze i marynuje. Ozdoby choinkowe to również wytwór rąk mamy, która uwielbia wszystkiego rodzaju robótki więc wieczorami robi szydełkowe albo frywolitkowe bombki, gwiazdki oraz łańcuchy. Do tego pasowałaby jeszcze żywa, pachnąca choinka, ale taką podczas świąt mieliśmy tylko raz. Po świętach, przykro było patrzeć jak marnieje, traci igły, aż ostatecznie trzeba ją było wyrzucić. Dlatego uważam, że miejsce żywych drzewek jest w lesie, albo w naszym ogrodzie, a sami zadowalamy się sztucznym.
Nadchodzi grudzień, a wraz z nim świąteczne dekoracje w miastach, rozmaite jarmarki bożonarodzeniowe z tradycyjnym jedzeniem oraz ozdobami świątecznymi. Ze świąteczną muzyką w sklepach, która ma zachęcić do zakupów, a często irytuje, bo pojawia się już w listopadzie. Wraz z grudniem przychodzi nadzieja, że Święta w tym roku będą białe, zaśnieżone i mroźne. Spada pierwszy śnieg i następuje okres oczekiwania i gorączkowych przygotowań.
W Wigilię przede wszystkim stroimy dom zawieszonymi w oknach gwiazdkami, girlandami z bombkami i gwiazdkami, ubieramy choinkę we wszystkie stworzone przez mamę cudowności.  A poza tym gotujemy. Ponieważ moi rodzice pochodzą z rodzin o różnych tradycjach zastąpili zupy spożywane podczas wigilii w ich rodzinach czyli Siemieniotkę i Moczkę zupą grzybową. Poza tym na wigilijnym stole lądują ryby – czasami są to karpie, ale też pojawia się dorsz, szczupak lub inne. Na zimno jemy śledzie w śmietanie. Inne wigilijne dania to kapusta z grzybami, kompoty z suszonych owoców – śliwek i gruszek oraz makówki. Kończymy wieczerzę kawałkiem chleba z masłem – i wypowiadanymi słowami – „Oby ci chleba nie brakło”, jabłkami oraz orzechami z własnego ogrodu. Na koniec dzielimy się opłatkiem i składamy sobie świąteczne życzenia. Nim zakończymy wigilię modlitwą, śpiewamy kilka kolęd – nie wygralibyśmy żadnego konkursu na Kolendę, ale nic dla mnie nie brzmi tak cudownie jak wyśpiewane w rodzinnym gronie Lulajże Jezuniu.
Na Święta dzielimy się również z najbliższymi prezentami – przy czym nie jest dla nas ważne tyle otrzymywanie, co dawanie tego, co może bliskiej osobie sprawić największą radość. A potem po prostu cieszymy się sobą.

Święta Bożego Narodzenia to dla mnie przede wszystkim czas obecności najbliższych. I tego właśnie chciałam Wam w ten szczególny czas życzyć. 

niedziela, 11 grudnia 2016

Iwona Żytkowiak | O nadzwyczajności zwykłych świąt



Na te grudniowe dni czekamy przez cały rok. Dlaczego? Co magicznego jest w jednych z ostatnich dniach w roku? Na te pytania odpowiedź próbuje znaleźć Iwona Żytkowiak, pisarka, autorka między innymi powieści "Świat Ruty" i "Dokąd teraz?". Zapraszam na kolejny wpis ze świątecznego cyklu.


Święta Bożego Narodzenia… wydobyte ze wspomnień wciąż jawią się niesamowitą fuzją zapachów, smaków, obrazów i dźwięków, wielką synestezją. Jestem wciąż w owych wspomnieniach małą dziewczynką, która ubrana w specjalnie na tę okoliczność uszytą przez panią Chudzikową sukienką z wielkimi kokardami w czarne grochy, z wyczesaną na środku głowy mikrą palmą owiązaną szyfonowymi wstążkami, które wciąż straszyły, że przy byle ruchu zsuną się z cienkich włosków ku niepociesze mamy. Ta zaś – wysztafirowana – piękniejsza niż kiedykolwiek, ponaglała tatę, by jeszcze spakował do torby prezent dla Luci i dzieciaków, bo ona nie zdążyła, by jeszcze wyglansował Krzysiowi buciki, bo to przecież nie do pomyślenia, by w święta nosić unurane buty, by jeszcze podsypał pod paleniskiem w piecu, bo wprawdzie nie będzie nas całe święta, ale dobrze, by choć trochę się w domu nagrzało i kiedy już wrócimy – cieplej będzie i przyjemniej. I jeszcze posprawdzał, czy gaz wyłączony, czy okna podomykane…. Bo święta w moich wspomnieniach zawsze były białe, śnieżne i mroźne. A potem spieszyliśmy się. Mama, stukając cienkimi szpilkami po wyszczerbionym betonie, ciągnęła mojego brata za rękę, ja zaś przyczepiona do tatowego palta, wdychałam zapach wody kolońskiej i tuliłam się do gładkiej – po goleniu twarzy. Oczywiście, mama stukała, gdy chodniki  były odśnieżone, bo jak nie, to zatrzymywała się co rusz, bo buty więzły jej w śniegu, musiała więc przystanąć, by otrzepać obcasy i śnieg z cienkich stilonowych pończoch, bo i bez tego zimno jej było jak jasna pogoda. Za nic jednak nie posłuchała taty, który napominał, by założyła kozaki, a buty dała do toreb, które i tak musiał dźwigać jak wielbłąd i żadnej różnicy – jedne buty wte i wewte. Mama, nie zważając zupełnie na taty gadanie, drobiła kroczki, nie puszczając ręki Krzysia. Najpierw do babci Kazi, dziadka Józia i cioci Heni ( na którą zresztą podobnie jak na do pewnego momentu na siostry mamy nigdy „ciocia” nie powiedziałam). Niespecjalnie lubiłam tam chodzić na święta. Było cicho, a dziadek mało co się odzywał i niezbyt przyjaźnie spoglądał na mojego brata ( kiedyś mi mama mówiła, że to przez Henię, która była nieco „inna”, a dziadek nie bardzo mógł to przeżyć, że Krzysiu – to taki mądruś i filozof, a Henia – niekoniecznie). Mniejsza o to. W każdym razie po krótkim przełamaniu opłatkiem, życzeniach wszelkiego powodzenia i oby kolejny rok nie był gorszy niż poprzedni – zbieraliśmy nasze „sakwojaże” i schodząc ostrożnie po wyrobionych, drewnianych schodach, trzymając się sękatych poręczy, ruszaliśmy dalej. Do Pełczyc. Czasem było zbyt późno, by gnać na pociąg na koniec miasta. A jeszcze te szpilki mamy i te torby! I ja na rękach! Wówczas, tata silił się na gest! I mijając rynek – zupełnie nieświąteczny, z  jedną nieokazałą choinką ( nie tak ja dzisiaj – istna feeria barw i świateł), fundował taxi. I choć do Pełczyc było niespełna sześć kilometrów, to czułam, jak mi serce rośnie, jak potężnieją emocję, jak przyciskam się coraz mocniej do taty, który raz po raz rzuca pytanie: A ciekawe, co tam nasza Gosia znajdzie dziś pod choinką? Czy to będzie lala ze szklanymi oczami, które zamykają się i otwierają, czy może spódniczka z falbankami? A może to będzie rózga? Mama trącała ojca, by nie wygadał się.  A mnie było wszystko jedno! Chciałam tak jechać i jechać przez białą połać łąk, przylgnięta do taty, zerkając na moją piękną niczym Rita Hayworth mamę i mądrego brata.
Dom moich dziadków był niewielki i mieścił się przy ulicy nomen omen może nie Niewielkiej, ale Krótkiej. W środku już było ludnie. Pachniało cynamonem, grzybami, pastą po podłogi i klejami szewskimi. ( Te ostatnie zapachy to stąd, że dziadek Stanisław był szewcem i zimową porą pod schodami prowadzącymi do górnej części domu miał swój warsztat). Zanim się spostrzegłam już do obfitych piersi zagarniała mnie babcia Stasia, wytarłszy wcześniej ręce oblepione pierogowym ciastem o fartuch, który zdradzał wcześniejsze specjały szykowane przez babcię. Za nią z góry zwisał wujek Kaziu, który przyjechał z ciocią Ulą wcześniej, by się ulokować na górze z małym dzieckiem. Z malutkiego podwórka, mieszczącego się niejako w środku domu ( niczym szumne patio, ale w rzeczy samej było niewielkim poletkiem pod gołym niebem, osłoniętym z każdej strony innymi budynkami) wybiegała zziębnięta ciocia Lucia, przywoływana niecierpliwym głosem swojego męża – Jerzyka. Rwetes, zamieszanie, gwar… Spuszczona z oczu, zdjęta z ojcowych rąk przemykałam niespostrzeżenie do „stołowego”. Tu było cicho. Tu z radia ustawionego na toaletce sączyła się jakaś kolęda śpiewana przez chór polskiego radia. Tu stały połączone stoły przykryte białym obrusem, tak sztywnym od krochmalu, że można było palce skaleczyć o jego rant. Tu pachniało sernikiem, makowcem, ciastem drożdżowym, które to wiktuały stały poukładane w piramidy na paterach, porozstawiane na kredensach, z szybkami odbijającymi kolorowe światełka choinkowych lampek. I lasem tu pachniało. Bo tu też stała choinka, którą dziadek dostał w zamian za zwężenie cholewek i podzelowanie butów okolicznego leśniczego. Wielka i strojna. Spowita anielskim włosiem (co to Ela powiadała, że się lameta nazywa, ale nie wiedziałam, czy ma racje, czy nie). Ciężka od czerwonym jabłuszek, które jedno w jedno wisiały na cienkich sznureczkach, od orzechów włoskich, w które dziadek powbijał teksiki, by było na czym je uwiązać, od pierników wypiekanych przez ciotki – Ulkę i Elkę, od długich lizaków w pozłotkach, które z lubością podkradaliśmy, bo mamiły i kusiły, lecz potem rzucaliśmy gdzie bądź, bo okazywało się, że co innego patrzeć, a co innego lizać i istotnie – to zgoła nie to samo. Z pierwszą gwiazdką, której znalezienie i obwołanie jej obecności światu należało do mojego brata Krzysztofa, gromadziliśmy się przy stole. Babcia Stasia z dziadkiem Stasiem, ciocia Lucia z Jerzykiem i małym Wojtusiem, Ela z Waldkiem i Kasią, Wujek Stasio z Krysią, Mirkiem i Halinką, wujek Rysio z ciocią Halinką, Jareczkiem i bliniakami, które wcale nie były jak dwie krople wody, ale całkiem inni – Bogusiem i Mieciem, Ula z Kaziem i Anią, no i my ( A iluż jeszcze nie było, bo dopiero miało przyjść się im narodzić, całkiem jak małemu Jezuskowi: Pawełkowi, Łukaszkowi, Robciowi, Dorce i Asi)
I Bóg się rodzi szło pod niebiosa, i  Jezu malusieńki, i Lulajże Jezuniu… – jak kto umiał tak Boga nowonarodzonego wychwalał… Ciocia Zosia – falsetem, bo głos miała wyrobiony po miejscowych chórach, mama moja fałszowała nieco, bo to Bóg – owszem urodę jej dał, ale talentu do śpiewania odmówił, wujek Stasiu trąbił głosem silnym, wyrobionym w tancbudach i po weselach, babcia zawodziła, czasem wpadając w drażniące ucho jodłowanie.
 Tata przygrywał nam wszystkim na akordeonie, wujek Stasiu wtórował mu na swoim, który był proporcjonalnie w stosunku do postury większy od tatowego. ( Tata był filigranowy i drobny i miał weltmeistra osiemdziesiątkę. Był na strychu dziadków. Wujek Stasiu – słusznej postury, wołaliśmy na niego Pasibrzuch i w zabawie przewalaliśmy się po jego krągłym jak piłka brzuchu – grał na sto dwudziestce i nie wiem, jak ją przytargał aż z Kudowy, bo tam chyba mieszkał wówczas). Dom trząsł się w posadach od wychwalania i podziękowań za Pańskie Narodzenie.
O północy chmarą całą, jak szeroka Krótka szliśmy na pasterkę. Całą rodziną. Ramię przy ramieniu. W powietrzu unosiły się śpiewy, w oknach mijanych domów błyskały światełka, śnieg skrzypiał pod butami, mróz skrzył się na płotach, drzewach…Wujek Waldek rzucał nam pod stopy kapiszony. Szliśmy więc w podskokach. I czuliśmy, że jesteśmy Rodziną, która silniejsza jest niż cokolwiek na świecie.
A któregoś lata stało się: odszedł dziadek, potem babcia. A innego listopada…stało się odszedł Tata, a kolejnego męża mama, a potem jeszcze jego tata…I już nic nie było takie samo. I naraz stałam się bardzo dorosła. Teraz na mnie spoczywa owa powinność tworzenia świat, tworzenia magii, tkania materiału na wspomnienia dla moich dzieci, wnuków….
I tego, by on – ten materiał – był piękny i bogaty – tego sobie, jak i Wszystkim – moim Przyjaciołom, Czytelnikom, Znajomym i Nieznajomym – życzę

Gośka Żytkowiak

czwartek, 8 grudnia 2016

Joanna Marat: Ze wszystkich świątecznych tradycji najbardziej lubię to kolorowe drzewko



Symbol Świąt? Z pewnością dla wielu osób jest nim choinka. Nie inaczej jest w przypadku Joanny Marat, autorki takich powieści jak "Jedenaście tysięcy dziewic" i "Madonny z ulicy Polanki".  Jak sama mówi, myśl o otwarciu pudła z choinkowymi ozdobami "dodaje jej otuchy w ciemne grudniowe dni". 
Zapraszam na kolejny wpis w świątecznym, pełnym magii cyklu.


Pamiętam z dawnych lat kilka jej upadków. Z trzaskiem i bolesnych w dodatku. A wszystko przez te bombki. Takie piękne przecież. Kolorowe, delikatne i zupełnie nieprzystające do topornej peerelowskiej rzeczywistości. Czasem w ponury późnojesienny dzień, nie mogąc doczekać się ich premiery, otwierałam magiczne pudło z burej tektury pełne migotliwych skarbów, które przenosiły mnie do innego, lepszego świata. Liczyłam je, katalogowałam w myślach. A potem, gdy bohaterka świąt była już ubrana, a właściwie wystrojona jak choinka, wystarczyło, że trąciła ją jakaś zaplątana kocia łapka czy psia morda albo po prostu silniejszy podmuch wiatru i już leciała z nóg. Mdlała jak eteryczna dama. Rozbijała się o podłogę niczym figurka z porcelany. A potem, gdy już było po wszystkim, odnotowywałam bolesne straty. I opłakiwałam je po cichu. Bo przecież nie wypadało się mazgaić z tak błahego powodu.


Mimo to, a może właśnie dlatego, ze wszystkich świątecznych tradycji najbardziej lubię to kolorowe drzewko. Mrugające białymi i niebieskimi światełkami. Upstrzone bombkami  - Mikołajami albo jakimiś cudacznymi bombkowymi ludzikami czy zwierzakami. Czekam na ten moment, gdy słoneczne promienie podświetlą którąś z moich ulubionych choinkowych zabawek – Mikołaja Grubasa zwanego Mykołą Kagiebistą, a potem Mikołaja Chudzielca, co siedzi okrakiem na ziemskim globie zupełnie jakby był specjalnym wysłannikiem jakiegoś potężnego mocarstwa, by wreszcie popieścić nieco orientalnego Mikołaja w niebieskiej szacie. Co roku dokupuję na jarmarku świątecznym nowe zabawne świecidełko i cieszę się tą zdobyczą jak dziecko. Trzymam moje choinkowe cymelia w eleganckim tekturowym pudle w różyczki. Niedługo znowu je otworzę. Ta myśl dodaje mi otuchy w ciemne grudniowe dni.

wtorek, 6 grudnia 2016

Małgorzata Rogala | 6 grudnia jest dla mnie symbolicznym początkiem okresu przedświątecznego



Zapraszam na kolejną odsłonę cyklu świątecznego.
Dzisiejszy felieton przygotowała dla Was Małgorzata Rogala, autorka między innymi powieści kryminalnych "Zapłata" i "Dobra matka". Jej najnowsza książka, "Ważka", ukaże się 15 lutego, a tymczasem pisarka dzieli się z Wami swoimi przemyśleniami na temat Świąt i okresu przedświątecznego, który dla niej właśnie dziś się rozpoczyna.


6 grudnia jest dla mnie symbolicznym początkiem okresu przedświątecznego. Właśnie tego dnia kupuję gwiazdę betlejemską (koniecznie czerwoną) i wkładam ją do ozdobnej doniczki. Robię dekoracje świąteczne: ustawiam na półkach okolicznościowe ozdoby (lampiony w kształcie domków, figurki, śnieżne kule z pozytywką), zakładam na poduszki pokrowce ze świąteczno-zimowym motywem. Wyjmuję z szuflady płyty z piosenkami i pudełka z filmami świątecznymi. Lubię też spacerować udekorowanymi ulicami i oglądać sklepowe wystawy. A więc już się wydało, że lubię ten cały przedświąteczny kicz spod znaku „All I want for Christmas is you” i wcale się tego nie wstydzę. Na szczęście nie ulegam zakupowemu szaleństwu… No, może poza książkami.

Nie robię zbyt dużego zamieszania związanego z przygotowaniami do świąt. Nie organizuję rodzinie nadzwyczajnego sprzątania, a przygotowanie potraw dzielę na etapy. Święta kojarzą mi się z ciepłą, magiczną atmosferą, bliskimi ludźmi, wzruszeniem, zapachami, blaskiem świec, ale także ze świąteczną muzyką i dużą porcją radości. Uwielbiam wieczory przy choince, czas spędzany z rodziną i przyjaciółmi, śmiech, rozmowy, oglądanie świątecznych filmów, czytanie książek. Choinkę od lat ubiera moja córka. Co roku wybieramy motyw wiodący: raz jest to choinka anielska, innym razem zamieszkują na niej pluszowe misie i bombki z misiami. Albo cała mieni się złocistym blaskiem. Kiedy byłam dzieckiem, na choince obowiązkowo musiały wisieć cukierki, opakowane w kolorową, szeleszczącą folię. Wyjadało się po kryjomu te cukierki, a opakowanie zawijało z powrotem tak, żeby dorośli nie zorientowali się, że te cukierkowe ozdoby są wybrakowane. Druga rzecz, która kojarzy mi się z świętami z tamtego okresu, to szukanie prezentów – metodyczne i pełne determinacji przeszukiwanie szafek, tapczanów i szuflad.

Święta to okazja do składania i wyrażania życzeń, postanowień, obietnic. To także czas, gdy ludziom włącza się miłość do świata i bliźnich. Życzyłabym sobie i innym więcej dobra na co dzień, więcej tolerancji, otwartości, oraz tego, żebyśmy żyli i pozwalali spokojnie żyć innym. A poza tym zdrowia, optymizmu, pogody ducha, cieszenia się drobiazgami i wiary w siebie.

Przesyłam wszystkim serdeczne pozdrowienia i dziękuję Tobie, Magda, za zaproszenie.

Małgorzata Rogala

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Wywiad | Izabela M. Krasińska: "Wszystko zaczęło się od piosenki"



Na rynku właśnie ukazała się debiutancka powieść Izabeli M. Krasińskiej, "Pod skrzydłami miłości". Z tej okazji postanowiłam przybliżyć Wam postać autorki i zadać jej kilka pytań. Jak, jako debiutantka, odnajduje się na rynku? Jakie sygnały otrzymuje od czytelników? Poznajcie tę przemiłą, młodą kobietę, która ma najlepsze zadatki ku temu, aby odnieść wielki sukces. :)

Twoja debiutancka powieść, „Pod skrzydłami miłości”, właśnie trafiła do księgarni. Czujesz podekscytowanie, radość, a może towarzyszą Ci też niepewność i lęk?

Czuję podekscytowanie i radość, a jednocześnie niepewność i lęk. :) A tak poważnie, to nadal nie mogę uwierzyć, że książka, którą widzę w księgarni, w internecie czy na bibliotecznej półce, jest moja. To wciąż do mnie nie dociera. :) Nie ukrywam, że jest mi bardzo miło, że ludzie chcą ją czytać, że o nią pytają. Kiedy zbliżała się data premiery, miałam jednak mieszane uczucia. Bałam się reakcji czytelników, przygotowałam się raczej na falę hejtu. Niepotrzebnie, gdyż książka została ciepło przyjęta. :) Oczywiście negatywne opinie również mnie nie ominęły, ale to przecież zupełnie naturalne. Nawet najwięksi pisarze nie są w stanie się wszystkim podobać, jak więc można tego wymagać od debiutanta?

Czy debiutantowi łatwo jest się odnaleźć na rynku wydawniczym?

Wszystko jest tu dla mnie zupełnie nowe i nieznane. Nieustannie zamęczam więc moje wydawnictwo pytaniami. :) Dopiero poznaję zasady gry, nie uniknęłam też, niestety, pierwszych błędów. Wydaje mi się jednak, że na tym etapie to normalne. Myślę, że z czasem będzie tylko lepiej. :) Nie patrzę na inne autorki jak na potencjalne rywalki. Mieszkam w gminie Zakrzew, skąd pochodzi znana autorka powieści kobiecych, Grażyna Jeromin-Gałuszka. Podoba mi się jej sposób pisania. Ma doskonały warsztat pisarski, jej bohaterki również są wyjątkowe. Czytanie innych pisarzy bardzo mnie rozwija, ale nie mam potrzeby, by im dorównywać. Dobry styl pisarski kształtuje się latami, a zatem przede mną jeszcze baaardzo długa droga. :)

Czy dostajesz już pierwsze sygnały od czytelników? Podoba im się książka?

Pierwsze opinie, ku mojemu zaskoczeniu, były pozytywne. Słyszę, że niektórzy czytali moją książkę i na przemian śmiali się i płakali. Nieświadomie spełniłam więc trzy starożytne zasady pisarstwa: docere, delectare, movere (nauczać, bawić, wzruszać). :) Jak już wspomniałam, są i tacy, którym powieść się nie spodobała. Nie ukrywam, że negatywne komentarze są trochę dołujące, ale równocześnie potrzebne. Nie tylko uczą pokory, ale również wskazują autorowi, nad czym jeszcze powinien popracować. Osobiście uważam, że na debiutantów powinno się patrzeć z przymrużeniem oka. Niekiedy ich pierwsze książki nie zachwycają, czegoś im brakuje, irytują nas bohaterowie albo sama fabuła. Nie wolno jednak zapominać, że na początku każdy jest amatorem w swojej dziedzinie i popełnia liczne błędy, zanim wreszcie dojdzie do perfekcji. Dopiero czas i praktyka sprawiają, że styl pisarski kształtuje się i dojrzewa. Apeluję o więcej zrozumienia i cierpliwości dla nas, debiutantów. Nam i tak nie jest łatwo, bo dopiero zaczynamy. :)


Kto pierwszy przeczytał „Pod skrzydłami miłości”? Z jaką reakcją spotkałaś się ze strony tej osoby?

Moja najstarsza siostra, Aneta. Przyznaję, że obawiałam się nieco jej opinii, tym bardziej że nikt z domowników ani znajomych nie czytał wcześniej ostatecznej wersji mojej powieści. „Pod skrzydłami miłości” jej się spodobało, co wcale nie wydawało się takie oczywiste. Moje rodzeństwo to wyrafinowani ironiści i mistrzowie ciętej riposty, dlatego byłam przygotowana na każdą ewentualność. :) Nadal mam na liście kilka osób, których recenzji się boję, tym bardziej, że są wśród nich poloniści. :)

Bohater twojej powieści jest strażakiem. Skąd taka rozległa wiedza na temat pracy w tym zawodzie? Jak przygotowywałaś się do napisania książki?

Kiedy zaczynałam pisać moją powieść, nie wiedziałam jeszcze, że zostanę taką miłośniczką straży pożarnej. :) Zdobywanie wiedzy na ten temat zaczęłam od internetu. Godzinami czytałam o pracy strażaków, o wszystkim, co jest z nimi związane (nawet ustawy!). Stworzone przeze mnie w książce „sceny strażackie” nie wydawały mi się jednak do końca przekonywujące. Zdobyłam się więc na odwagę i z duszą na ramieniu udałam się do Państwowej Straży Pożarnej w Radomiu. Po raz kolejny moje obawy okazały się niesłuszne. Wizytę tam wspominam jako jedno z najlepszych doświadczeń życiowych. Strażacy okazali się przesympatyczni i bardzo pomocni. Dzięki nim dowiedziałam się więcej na temat działania straży pożarnej i skorygowałam błędy rzeczowe w moich scenach strażackich, co wreszcie uczyniło je w pełni wiarygodnymi. :) Strażacy (zwłaszcza radomscy :)) to niesamowici ludzie. Wykonują niebezpieczny i odpowiedzialny zawód, a równocześnie pozostają bardzo skromnymi osobami. Rozmowa z nimi zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zawsze miałam ogromny szacunek i sympatię dla straży pożarnej, teraz to się jedynie pogłębiło. :) Co zabawne, muzeum, w którym pracuję, sąsiaduje z OSP, w naszej gminie mamy również Muzeum Pożarnictwa. W jakiś sposób motyw strażacki jest stale obecny w moim życiu. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? :)

Skąd pomysł na fabułę „Pod skrzydłami miłości”? Czy to był impuls, czy może cała idea dojrzewała stopniowo?

Wszystko zaczęło się od… piosenki. Mam tu na myśli „Heaven’s Table” z repertuaru mojego idola, Garou. Śpiewa w niej, że nie wszystkie anioły zasiadają przy niebiańskim stole, że niektórzy ludzie tu, na Ziemi, są takimi właśnie aniołami. Pomagają innym, poświęcają się dla nich, ratują im życie. Mimowolnie skojarzyło mi się to ze strażakami.  Tak narodziła się myśl, która zaczęła powoli dojrzewać, aż w końcu zakończyła się napisaniem książki. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym mojemu strażakowi nie zesłała plagi egipskiej w postaci kobiety. :) Coraz częściej słyszę, że Marta jest wyjątkowo irytująca. Szczerze? Mnie też strasznie wkurza. Nie bądźmy jednak dla niej tacy bezlitośni… :)

Napisałaś książkę, wysłałaś do wydawnictwa i… Jak wyglądał cały proces wydawniczy? Ile czasu minęło, zanim dowiedziałaś się, że uda się wydać Twoją powieść?

Rozesłałam książkę do wydawnictw na początku marca z przekonaniem, że ewentualnych odpowiedzi mogę spodziewać się najwcześniej po pół roku. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że wydawnictwa zaczęły odzywać się już po kilku dniach! Nie wiedziałam, co robić, nie byłam zupełnie przygotowana na taki zwrot akcji. Po krótkich wahaniach zdecydowałam się na Czwartą Stronę. Przekonali mnie nie tylko swoją życzliwością i profesjonalizmem, ale przede wszystkim tym, że pięknie wydają książki. :) Sam proces wydawniczy był żmudny, ale bardzo potrzebny. Nie przeszłabym go, gdyby nie pomoc moich redaktorek prowadzących. Cierpliwie mi wszystko objaśniały, ale równocześnie pilnowały terminów i porządku. :) Doskonale wspominam też współpracę z redaktorem językowym. Kiedy dostałam moją powieść z jego sugestiami, zamurowało mnie. To była kolejna lekcja pokory, bardzo pouczająca i motywująca. Dzięki zapamiętanym radom, staram się teraz unikać wskazanych przez niego błędów. Na końcu całego procesu wydawniczego jest jeszcze korektor i ostatnie poprawki. Gdzieś po drodze ustala się ostateczny tytuł i okładkę. Jak widać, trasa, jaką przebywa książka, zanim trafi na półki, jest długa i wyczerpująca, ale warta trudu J To uczucie, kiedy trzyma się w dłoniach swoją pierwszą powieść… Bezcenne!      

Czym zajmujesz się poza pisaniem? Czy planujesz w przyszłości uczynić pisanie głównym zajęciem?

Na co dzień pracuję w muzeum oraz… bibliotece. Jako polonistka i bibliofilka, nie mogłam wymarzyć sobie lepszej pracy. :) Przebywanie wśród książek jest moim nałogiem. To dosyć ambiwalentne uczucie. Cieszy mnie ich widok, a jednocześnie jestem zrozpaczona, że nigdy nie zdołam przeczytać chociaż połowy z nich… :) A tu wciąż pojawiają się nowe pozycje! Chciałabym napisać jeszcze wiele, wiele książek. Ta nieokiełznana potrzeba pisania towarzyszy mi od najmłodszych lat. Zawsze marzyłam o tym, by zostać pisarką. Na studiach polonistycznych zafascynowałam się jednak badaniem literatury. Nowa pasja zdominowała na pewien czas moje pisarstwo, ale jak widać, nie da się uciec przed przeznaczeniem... :) Chciałabym kiedyś zająć się tylko pisaniem, spróbować się w innych gatunkach, napisać książkę życia. Mam nadzieję, że to marzenie kiedyś się spełni! :)


Dziękuję za rozmowę!

niedziela, 4 grudnia 2016

Robert Bryndza "Dziewczyna w lodzie" | Recenzja



Ta lektura to dla mnie totalne zaskoczenie. Nie dostałam wypieków na twarzy, kiedy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach, nie skakałam podekscytowana, krzycząc "chcę! chcę! chcę!" i, prawdę mówiąc, w ogóle nie miałam jej w planach, a jednak skusiłam się i pochłonęłam powieść na dwa razy, z krótką przerwą na sen.

Detektyw Erika Foster jest świetnym śledczym, ale jej życie prywatne... cóż, pozostawia wiele do życzenia. Znacie to? Tutaj raczej nie będzie zaskoczenia. Erika cierpi po śmierci ukochanego męża i wciąż się obwinia. Nowe śledztwo ma być okazją do odbicia się od dna. I tutaj się na chwilę zatrzymajmy. Wiem już dziś, że sięgnę po każdą kolejną powieść z Eriką Foster w roli głównej, bo Robert Bryndza kapitalnie tę bohaterkę wykreował. Tak trudno w dzisiejszych czasach po prostu być człowiekiem. Układy, kontakty i londyńska socjeta skutecznie przeszkadzają Erice w prowadzeniu śledztwa. Są naciski, aby jak najszybciej zamknąć śledztwo i nie grzebać zbyt głęboko. Nikogo nie obchodzą zamordowane prostytutki, które najpewniej padły ofiarą tego samego, brutalnego zabójcy. Liczy się tylko Andrea - córka wpływowych członków socjety. Ale dla Eriki każda ofiara jest równie ważna.

Od momentu kiedy zostają odnalezione zwłoki Andrei do chwili, kiedy tożsamość mordercy zostaje w końcu odkryta, w powieści dzieje się naprawdę dużo. Autor prowadzi akcję mocną ręką. Starannie nakreślone portrety psychologiczne bohaterów (moją uwagę przyciągnęła przede wszystkim siostra zamordowanej dziewczyny) nadają tej lekturze drugie, zdecydowanie głębsze dno. To nie jest tylko kryminał. To rozbudowana powieść psychologiczna o konsekwencjach, jakie w psychice młodych ludzi pozostawia dorastanie w środowisku zepsutych, obłudnych bogaczy. Kiedy do tego dodamy kapitalną postać Eriki, która za wszelką cenę chce dowieść prawdy, otrzymamy mocny, wyrazisty thriller. Chociaż chętniej czytam powieści polskich autorów, "Dziewczynę w lodzie" zaliczam do jednej z najbardziej udanych powieści kryminalnych tego roku.

Ta lektura okazała się dla mnie sporym zaskoczeniem. Sama nie wiem, dlaczego, ale od początku podchodziłam do niej z dużą rezerwą, tymczasem odkryłam bardzo dobrą, rozbudowaną powieść psychologiczną, która spodoba się nie tylko miłośnikom gatunku. W "Dziewczynie w lodzie" Robert Bryndza podejmuje bardzo ważny temat sytuacji imigrantów z Europy Wschodniej (w tym także z Polski) w Wielkiej Brytanii, a to nie jedyne, co przygotował dla czytelników. Polecam!

Robert Bryndza "Dziewczyna w lodzie"
Wydawnictwo Filia, 2016
data premiery: 09.11.2016
liczba stron: 434

sobota, 3 grudnia 2016

Joanna Szarańska | Chłonę smaki, zapachy i melodie Świąt




To kolejna, trzecia już odsłona lubionego przez Was cyklu świątecznego.
Jak co roku, poprosiłam dziesięć autorek o przygotowanie wpisów, które umilą przygotowania do Świąt. Zapraszam na pierwszą odsłonę, której bohaterkami są Joanna Szarańska, autorka komedii "I że ci nie odpuszczę" i "Kocha, lubi, szpieguje", oraz... jej córeczka Milenka. :)


Każdego roku wpatruję się z zachwytem w kolorową choinkę i myślę, że muszę się nią nacieszyć, bo kolejne święta dopiero za rok. A potem miesiące przemijają szybko i zanim się spostrzegę, na ulicach znów pojawiają się świąteczne dekoracje, a ja mimowolnie zaczynam podśpiewywać pod nosem „Merry christmas everyone”. Uwielbiam tę piosenkę!

Gwiazdka to okres, który bardzo silnie na mnie oddziałuje. Wczuwam się w klimat, śpiewam kolędy, chłonę smaki, zapachy i melodie. To także czas, kiedy często popadam w zadumę i wzruszenie. Potrafi mnie do tego skłonić refleks kolorowego światełka w kołyszącej się na gałązce bombce, zapach gotowanego barszczu z grzybami, przyklejony do języka opłatek albo smak ukrytej pod choinką czekolady. W takich chwilach bardzo często wracam myślami do świąt z dzieciństwa albo myślę o mamie, której bardzo nam brakuje przy wigilijnym stole.
W naszym domu święta obchodzi się bardzo tradycyjnie, choć niektóre tradycje zostały nieco zmodyfikowane :)

W Wigilię od rana gotujemy różne przysmaki i stroimy choinkę. Od dwóch czy trzech lat przy tym drugim dzielnie pomaga Milenka, co sprawia, że cały proces nieco się wydłuża, ale nam to nie przeszkadza. Z tego samego powodu od pewnego czasu mamy na drzewku ozdoby nietłukące... trochę wiklinowych, trochę drewnianych, trochę własnoręcznie uszytych przeze mnie z filcu. W tym roku planowałam odkurzyć zapomniane bombki, ale w domu pojawił się kot Cynamon, więc jeszcze nie wiem, jak to będzie... ;)

Przy ubieraniu choinki często wspominam drzewka towarzyszące mi w dzieciństwie. Jedna z moich choinek miała nawet imię, cóż, pomysłowość dziecka nie zna granic! Poza tym często mieliśmy świeże drzewka, przyniesione prosto z lasu, pachnące. Wisiały na nich cukrowe laski w błyszczących papierkach i anielskie włosie, którego odrobinę się bałam. I setki kolorowych baniek, a przynajmniej tak mi się wydawało, gdy byłam dzieckiem...

Zawsze wypatrujemy pierwszej gwiazdki, ale do stołu wigilijnego zasiadamy wtedy, kiedy zaburczy w dziecięcym brzuszku. Oczywiście to tylko metafora, nie myślcie, że głodzimy dziecko ;) Przed wieczerzą wspólnie się modlimy i łamiemy opłatkiem. Ta część wieczoru jest dla mnie bardzo wzruszająca, czasami aż ściska mnie w gardle, a talerze stojące na stole robią się dziwnie zamazane.
Na naszym wigilijnym stole znajdują się potrawy, które podawała wcześniej moja babcia, a po niej mama. Najpierw zjadamy biały barszcz z grzybami podawany z ziemniakami, potem ugotowany groch i kompot z suszonych owoców – pewnie ten przysmak niejedną osobę zdziwi, ale właśnie w ten sposób podawało się w moim domu, groch razem z kompotem z suszu. Następnie zjadamy uszka z czerwonym barszczem lub pierogi z kapustą i grzybami, a na koniec smażoną rybę, obowiązkowo karpia. Do rybki podajemy chałkę. Milenka zazwyczaj odpada po barszczyku białym, a my zajadamy dalej, klepiąc się po żołądkach i powtarzając, że mamy już dość. Na naszym stole zawsze znajduje się nakrycie dla zbłąkanego wędrowca. To kolejna tradycja, która ściska mnie za gardło.
Po wieczerzy wigilijnej nadchodzi czas, by zajrzeć pod choinkę. Cóż, my z mężem zawsze wiemy, co nam święty z brodą przyniesie, ale Milenka ma niezłą frajdę. I nie tylko ona. Naszą domową tradycją jest to, że prezenty pod choinką znajdują także zwierzaki. Zazwyczaj są to jakieś specjalne przysmaki, więc kiedy ja kartkuję nową powieść (a jakże), z kuchennego kąta dochodzi zadowolone mlaskanie...

Ze zwierzakami dzielimy się także opłatkiem, traktujemy je jak członków rodziny. Dawno, kiedy żyła moja babcia, karmiła zwierzęta gospodarskie specjalnym różowym opłatkiem. Twierdziła, że to właśnie po nim zwierzaki nabierają zdolności mówienia. I że o północy co nieco nam powiedzą, trzeba tylko podsłuchać. Próbowałam wiele razy, zakradając się do stajni, ale nigdy się nie udało. Pewnie zawczasu mnie dosłyszały i zamilkły ;)

Wieczorem długo wpatruję się w kolorowe światełka i rozmyślam. Nucę pod nosem kolędy (Milenka śpiewa głośno, ale ona kolędy śpiewa nawet latem) i dumam, że znowu muszę czekać cały rok, by poczuć niezwykłą magię wieczoru wigilijnego. A potem rok tak szybko mija...

Kochani, tej magii świątecznej Wam życzę! Spędźcie ten czas z bliskimi i cieszcie się jego niezwykłością!