Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 grudnia 2015

Katarzyna Puzyńska | Święta wśród lasów, wielkich śnieżnych zasp...



Mam wrażenie, że dopiero wczoraj opublikowałam pierwszy wpis z tegorocznego cyklu świątecznego, tymczasem jutro już Wigilia i pora zakończyć ten pełen magii, wyjątkowy cykl poświęcony wspomnieniom i przemyśleniom polskich autorek na temat Świąt Bożego Narodzenia.
Zanim to jednak nastąpi chciałabym zaprosić was do lektury wpisu jednej z najpopularniejszych autorek polskich kryminałów - Katarzyny Puzyńskiej. I życzyć wam wszystkim, kochani, świąt wśród lasów, wielkich śnieżnych zasp... Może za rok się spełni? Wesołych Świąt!


Wkładam grube rękawice i czapkę. Szyję owijam szalikiem, który nijak nie pasuje do reszty. A już na pewno nie do za dużej kurtki, którą mam od jakiegoś czasu. Kto by się tam przejmował. Tym bardziej, że na zimę jest idealna (chociaż do najpiękniejszych nie należy). Mieści się pod nią sweter, czy nawet dwa (w temperaturze poniżej dwudziestu stopni mrozu dwa są jak znalazł!). Jeden z nich zrobiła dla mnie na drutach moja babcia. Jest niebieski, a na przodzie ma renifera (nikt wtedy jeszcze nie słyszał o Bridget Jones, Marku Darcy’m i pulowerze, który dostał od matki!).

Wkładam buty. Są nadal mokre po tym, jak biegałam rano po lesie z koleżankami. Stały przy kaloryferze, ale nie zdążyły jeszcze wyschnąć. Nic się tym nie przejmuję. Kto by się martwił takimi rzeczami!

Zmierzcha, bo zimowe dni są krótkie. Słońce ledwo wystaje zza koron drzew, kiedy przedzieramy się przez las w stronę leśniczówki. Skarpetki są już całkiem mokre, bo śniegu uzbierało się prawie do pasa i ciągle wpada mi do butów. Pomiędzy drzewami jest już mroczno i trochę strasznie, więc śpiewamy kolędy, żeby dodać sobie otuchy. Powinno się to robić dopiero jutro, w Wigilię, ale kto by sobie odmówił tej przyjemności. Większość z nas fałszuje, ale leśnym stworzeniom jakoś to nie przeszkadza. 

W oddali widać już światła ukrytej wśród lasów leśniczówki. To tam zamierzamy kupić choinkę. Obok jest szkółka, gdzie rosną drzewka. Można sobie wybrać każde z północnej części, bo te z południowej czekają na kolejny rok. W zapadających ciemnościach szukamy tej jedynej choinki. Zapach igieł jest obezwładniający. Topniejący w butach śnieg i przemarznięta twarz zupełnie nie przeszkadzają. 

W końcu jest! Ta jedyna. Nie za duża, nie za mała. Idealna. Idziemy z nią z powrotem do domu. Teraz jest już zupełnie ciemno. Mimo to wybieramy drogę przez las. Światło księżyca, które odbija się od śniegu, rozjaśnia trochę mrok. Mróz szczypie w twarz, każdy oddech jest jak ukłucie małych igiełek. Gdzieś w oddali przebiega zwinna sarna, a w koronach strzelistych sosen buszuje jakieś zwierzę, które nie znalazło sobie jeszcze nocnej kryjówki.    

Choinkę ubieramy dopiero następnego dnia. Zwyczaj każe, żeby zrobić to w Wigilię i mimo moich namów, rodzice i dziadkowie nie zgadzają się, żeby zrobić to od razu. Warto czekać! Kiedy wreszcie nastaje ranek, radość jest tym większa. Choinka trafia na zielony metalowy stojak. Teraz trzeba znieść ze strychu ozdoby świąteczne. Trochę strach, bo przez rok pewnie ukrył się tam pająk albo dwa. Poza tym droga na poddasze jakoś zawsze wydaje się trochę straszna. 

W końcu jednak się udaje.  Pogniecione przez lata kartony znajdują się pod choinką. Trzeba sobie przypomnieć, co gdzie jest, rozplątać światełka i łańcuchy, przymocować nitki do bombek, bo stare w magiczny sposób zginęły. Dziadek zapala w kominku i ogień trzaska na wilgotnych jeszcze nieco polanach. 

Potem oczekiwanie pierwszej gwiazdki. Ciemność zapada już przed szesnastą, ale czekamy jeszcze trochę. Na stole pyszni się dwanaście wigilijnych potraw, które przygotowały moja babcia, mama i ciocia. Pod obrusem pachnie siano. Dostaliśmy je od sąsiadów. Wszyscy zastanawiają się, czy o dwunastej psy zaczną mówić! 
Siadamy przy stole i rozmowom nie ma końca. Jest śmiech, może trochę łez. Wspomnienia i rozmowy o przyszłości. Jestem zbyt mała, żeby zwracać na to szczególną uwagę. Czekam na susz! To moja ulubiona „potrawa” wigilijna od najmłodszego dzieciństwa. Do tej pory mogę go pić litrami! ;)

Przed podaniem ciast ktoś woła: „Czas na prezenty”. Biegnę na piętro, gdzie ustawiliśmy choinkę. Podarunki już tam są. Wszystkie w kolorowych papierach. Sama pakowałam (nadal wszyscy się z tym zgłaszają do mnie!), więc wiem, który jest dla kogo. Najbardziej czekam aż obdarowani przeze mnie zobaczą swoje prezenty. Próbuję ocenić, czy im się spodobały. To radość jeszcze większa niż otwieranie własnych. 

Robi się już późno, ale przecież i tak czekamy do jedenastej, żeby ciepło się ubrać i wyruszyć na pasterkę. Potrzeba aż godzinę, bo kościół jest po drugiej stronie wsi. Pewnie można by dojść tam szybciej, ale dorosłym nie chce się spieszyć po sutym posiłku.  

Ze wszystkich stron nadchodzą już ludzie. Z uśmiechem składają sobie nawzajem życzenia. O północy w Wigilię nikt się nie kłóci! Ramię w ramię idą nawet najwięksi wrogowie. Nie wiem, co tam chodzi im po głowach, ale uśmiechy mają szerokie. 
Tak wyglądały moje Wigilie w dzieciństwie. Jeździłam do dziadków, którzy mieszkali wtedy w niewielkiej wsi położonej tuż przy jeziorze Bachotek. To właśnie to miejsce stało się potem książkowym „Lipowem”! Święta tam, wśród lasów, wielkich śnieżnych zasp i w temperaturach dobiegających minus dwudziestu stopni do tej pory są w moich wspomnieniach magiczne! 

To Wigilia rodzinna. A co ze szkolną? Najbardziej kojarzy mi się ona z zapachem mandarynek i pomarańczy. Kiedy byłam dzieckiem nie tak łatwo było je dostać i do domów trafiały głównie na Święta. Nawet teraz, kiedy idę na zakupy i czuję ich zapach, przenoszę się do początku lat dziewięćdziesiątych i widzę połączone w długi stół szkolne ławki w naszej klasie :)

W pamięci utkwiła mi szczególnie jedna szkolna Wigilia. Najpierw próbowaliśmy (oczywiście pod okiem naszej wychowawczyni) podgrzać barszcz, który przyniosła moja koleżanka. Jej przezorna mama zaopatrzyła nas w tym celu w niewielką kuchenkę turystyczną. Kuchenka została w mig podłączona do prądu. Zdaję się, że nasza wychowawczyni, znając naszą klasę, kilka razy najpierw się przeżegnała (wkrótce się okazało, że się nie pomyliła). Wszyscy bardzo uważali... do czasu, kiedy jedna z koleżanek nie potknęła się o kabel od kuchenki. Barszcz wylany, kuchenka spadła na ziemię. Jak mówi prawo Murphy’ego, kanapka upada zawsze masłem do dołu. Kuchenka elektryczna spada zaś zawsze rozgrzaną częścią do dołu, wypalając w starej wykładzinie swój ślad (był tam do czasu, kiedy nie skończyliśmy ósmej klasy!). 

Kiedy niebezpieczeństwo pożaru zostało wreszcie zażegnane, przyszedł czas na ciasta (te zdawały się znacznie bezpieczniejsze niż zupy i inne potrawy). Jeden z moich kolegów oznajmił, że przyniósł dwa pierniki. Bardzo był dumny! Oba zostały szczelnie opakowane w sreberko. Pora na pierwszy. Nauczycielka (nauczona poprzednimi doświadczeniami z barszczem) nie zamierzała dopuścić nikogo do krojenia. Sama chwyciła za nóż. Niestety szybko okazało się, że piernik jest tak twardy, że nie da się go w żaden sposób pociąć. Nie znam receptury, ale chyba miał coś z cegły, bo oparł się nawet połączonym wysiłkom kilku osób - w tym wuefisty, który został w tym celu wezwany jako najroślejszy nauczyciel w całej szkole. 

Kolega nieco zakłopotany zaproponował, że w takim razie możemy zjeść drugi z jego wypieków, może będzie trochę bardziej miękki. Nie mylił się. Piernik numer dwa okazał się tak miękki, że formą przypominał raczej budyń. Kiedy tylko sreberko zostało rozwinięte, wypłynął swobodnie na biurko naszej wychowawczyni. Po tamtej sławetnej Wigilii, już żadna nie była równie udana!

A co teraz? Obecnie święta spędzamy całą rodziną u mojej cioci. Cześć osób mieszka za granicą, więc jest to czas, kiedy wszyscy nareszcie możemy się spotkać. Niestety tym razem zabraknie jednej ważnej osoby i mojego wielkiego Przyjaciela. Odeszli w tym roku. Mam jednak nadzieję, że gdzieś tam nad nami czuwają i będą nam towarzyszyć przy wigilijnym stole. 

Wesołych Świąt!
Katarzyna Puzyńska

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Joanna Opiat-Bojarska | Kto zabija ducha Świąt Bożego Narodzenia?



Dzisiaj ze swoim świątecznym felietonem w cyklu świątecznym pojawia się Joanna Opiat-Bojarska, autorka znanych i lubianych przez polskich czytelników kryminałów. Wspólnie z autorką zastanówmy się... kto zabija ducha Świąt Bożego Narodzenia?

Jak co roku świąteczne dekoracje na wystawach sklepowych: zielone choinki, kolorowe bombki i wszechobecne Gwiazdory (zwane także przez ludzi spoza Poznania Mikojałami) każą uświadomić sobie fakt, że wielkimi krokami zbliża się Boże Narodzenie. 
- Musimy przygotować się do świąt – w pewnym momencie oznajmia kobieta z uśmiechem na twarzy i zerka na swojego mężczyznę. 
Mężczyzna nawet na chwilę nie odrywa wzroku od telewizora (książki czy talerza). Oczywiście, dociera do niego komunikat informujący o rozpoczęciu świątecznego Armagedonu. Dociera, chociaż wolałby mieć problemy ze słuchem. Ze słuchem i z pamięcią. Nie pamiętałby wtedy zeszłorocznej masakry… przepełnionych parkingów, paraliżu komunikacyjnego, długiej listy zakupów, przymusowego krojenia tony cebuli , wciągania odkurzaczem niewidocznego kurzu i chowania kabli od kina domowego. 
- A może w tym roku podejdziemy do świąt minimalistycznie? – najdelikatniej jak tylko potrafi składa propozycję, uważnie obserwując twarz swojej kobiety. 
Tak naprawdę zależałoby mu na całkowitym wyeliminowaniu wszelkich przygotowań. Po co sprzątać, jak po wyjściu gości i tak zostanie bałagan? Po co lepić pierogi, skoro można je kupić?  Po co się spinać? 
Ale nie, pamięta przecież, że dla kobiety święta są bardzo ważne, dlatego też proponuje kompromis – ograniczenie przygotowań… Jest gotów nawet zrezygnować z prezentu.
- Minimalistycznie? –  Kobieta wykrzywia twarz i przyjmuje pozę boksera gotowego do walki. Przecież nie może podejść do Bożego Narodzenia bardziej minimalistycznie niż w zeszłym roku.
Mężczyzna zagryza usta usiłując poradzić sobie z narastającą agresją, a kobieta już wie, że świąteczny nastrój przepadł. Jak zwykle.
- Z której z dwunastu wigilijnych potraw chciałbyś zrezygnować? 
Mężczyzna wie, że takie pytanie zawiera w sobie bombę, nie odpowiada więc, tylko wzrusza ramionami. 
Wolałby widzieć kobietę: uśmiechniętą i wypoczętą zwłaszcza podczas Wigilii. Nawet gdyby miało to oznaczać, że usiądą do stołu na którym postawią tylko jedną potrawę. No dobra! Dwie. Karp dla niego, a dla niej groch z kapustą. 
- Co chciałabyś dostać od Gwiazdora? – mężczyzna próbuje złagodzić klimat.
- Cholera, jeszcze prezenty! Znowu muszę pomyśleć o prezentach dla wszystkich, bo na ciebie nie ma co liczyć. Ojcu kupię skarpetki, matce jakąś książkę, a naszemu dziecku….
No właśnie, dziecko.
Podczas gdy rodzice próbują, jak co roku, zaplanować idealne święta dziecko siedzi w swoim pokoju i korzystając z tego, że jest samo zagląda do kalendarza adwentowego. Za dziesięć dni będzie mogło w końcu otworzyć największe okienko z napisem „24”. Spodziewa się w nim znaleźć największą czekoladkę. Może uda mu się dziś podejrzeć jaki będzie miała kształt? 
Dziecko czeka na 24 grudnia nie tylko z dowodu czekoladki. Dobrze wie, że tego dnia w domu pojawią się goście w odświętnych nastrojach. Wszyscy będą wypatrywać pierwszej gwiazdki, krzywić się podczas picia okropnego kompotu z suszu, śmiać się, śpiewać kolędy, a później rozpakują prezenty i pójdą na pasterkę. Wszyscy RAZEM. Magiczne są te święta, prawda? 

Drodzy czytelnicy bloga „Przegląd czytelniczy” życzę Wam, żebyście nie zabijali ducha świąt Bożego Narodzenia. Postarajcie się w tym roku zapomnieć o tych wszystkich pełnych nerwowości przygotowaniach, wyścigu szczurów i dążeniu do idealności. Odszukajcie w sobie dziecko i cieszcie się tym co Was otacza. 

Ze świątecznymi pozdrowieniami, 
Joanna Opiat-Bojarska


sobota, 19 grudnia 2015

Katarzyna Kołczewska | Idą święta




Katarzyna Kołczewska - autorka dojrzałych powieści obyczajowych, między innymi "Wbrew sobie" i "Idealnego życia", przygotowała dla Was niesamowity felieton świąteczny. Koniecznie zajrzycie na bloga i raz jeszcze zastanówmy się, o co tak naprawdę chodzi w zbliżających się Świętach...

Zaczęło się. Last Christmas, All I want for Christmas i te wszystkie piosenki z dzwoneczkami atakujące uszy ze wszystkich stron. Korki na ulicach większe niż zawsze. Nawet w ubiegłym roku tak źle nie było. Tłumy w sklepach. Gonitwa myśli i liczne pytania w głowie: co zrobić na obiad na pierwszy dzień świąt? Jak ubrać dzieci? Czy Zosia wyrosła z tej granatowej sukienki? Kto miał kupić opłatek? Ile będzie osób na Wigilii? Czy aby nieparzyście? Cholera! Jak to zrobić, żeby było parzyście? Czy nieparzyście? Jak to było z tą liczbą osób przy wigilijnym stole? A może to chodziło o potrawy? Znowu mama będzie marudziła cały wieczór, że ściągamy na siebie pecha. Co kupić na prezent dla dziadka? No właśnie! Co kupić dziadkowi? Czego on może potrzebować? Książkę? Ostatnio dostał i jej nawet nie przeczytał. Wodę toaletową? Jak się nią spryska, to dom trzeba będzie tydzień wietrzyć. A mamie? Ciotce? A co ja dostanę? Tylko, błagam, nie kolejne kapcie czy bawełnianą koszulę nocną w chmurki!

Wszystko musi być przygotowane przed przyjazdem teściów. Szarlotka upieczona i makowce, pierogi gotowe, barszcz gorący i karp ścięty w galarecie. Śledzie tym razem takie dobre jak u mamy. Zapas jedzenia w lodówce mniej więcej na dziesięć dni dla całej rodziny razy dwa. A może nawet razy trzy. Dom wysprzątany i to na wysoki połysk. Odkurzone wszystkie dawno nie wyciągane szpargały.  Odpowiednio dobrane i porozstawiane po domu ozdoby świąteczne. Choinka, oczywiście też. Wielka, największa jaką się da. A jak nie największa to chociaż  najbardziej oryginalna. Na przykład przybrana w ekologiczno-naturalno – buro - paskudne ozdoby ręcznej roboty. Tancerki ze słomy, łańcuchy z papieru, pierniki zamiast bombek. Żadnych elektrycznych światełek. A może zupełnie odwrotnie? Drzewko uginające się pod kilometrami zielonego kabla łączącego ze sobą tysiące małych żarówek. Rozplątanie tego zajmie dwie godziny przy rozbieraniu choinki. Bogato zdobione bombki i bibeloty jakich nie powstydziłby się barokowy artysta. Brokat osypuje się po całym mieszkaniu i ubraniach domowników oraz gości. Poza tym w całym domu dużo stroików, świeczników, reniferów, Mikołajów, gwiazd betlejemskich i koniecznie szopka. Wycięta przez dzieci z gazety. Obok szopki kartki z pozytywką grającą kolędy. No właśnie kolędy! Przecież jeszcze trzeba przygotować podkład muzyczny do kolacji wigilijnej. Na początek kolędy, jeżeli już dziadek będzie chciał śpiewać, to przynajmniej niech śpiewa z podkładem a nie fałszuje na całe gardło przez pół wieczoru ku utrapieniu reszty rodziny. Potem może niech leci muza z Listów do M i M2? No właśnie! A czy on kupił już tą płytę? Koniecznie muszę mu przypomnieć! Tylko tyle miał do roboty!

Dzieci też trzeba przygotować. Umyć i uczesać. Zosia koniecznie zapleciony warkocz francuski, inaczej mama powie, że o nią nie dbam, a Kubuś nie może być w tych spodniach z ubiegłego roku! Może jeszcze zdąży się z nim do fryzjera podjechać? Nie, nie, muszę podjechać. Nie może z taką grzywą na święta zostać.

I jeszcze zakończenie roku w firmie. Wszystko winno być dopięte przed świętami, a już na pewno przed 31 stycznia. Każde zamówienie zrealizowane, projekty zakończone, pieniądze wydane. Ustalenia i plany ustalone i zaplanowane. Odpowiedzi na stare e-mejle wysłane.  Wyniki wykręcone, spotkania odbyte, wizyty zaliczone. Zupełnie tak jakby po 31 grudnia miał się świat skończyć. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. I w pracy i w domu.
I w końcu przyjdzie wigilijny wieczór. Wesołych Świąt i łamanie opłatkiem. Pociechy z dzieci, zdrowia i pieniędzy. Zamieszanie z podawaniem kolacji. Kiedy pierogi? A rybę już podgrzewać? Mamo, kiedy przyjdzie Święty Mikołaj? O! Jakie piękne kapcie! Marzyłam o takich! A Kubuś to nie za długie ma te włosy? U chłopca chyba tak nie wypada. Cicha noc i Przybieżeli do Betlejem. Dzieci, bo przewrócicie choinkę! No w tym roku, moja droga to barszcz za kwaśny ci wyszedł. Oj, czas się zbierać, dziadka trzeba odwieźć. Wesołych Świąt! Trzymajcie się! Pa!

W zlewie stos naczyń, na stole resztki, którymi można by wykarmić pół obozu dla uchodźców. Pod choinką śmieci z rozpakowanych prezentów, igły i brokat. Dzieci zasnęły przed telewizorem, a mąż w fotelu. Ból w plecach, w nogach i skroniach.
I znowu te same obietnice. Już nigdy więcej. Ostatni raz robię takie święta. Po co to wszystko?! Tylko przyszli, najedli się i po wszystkim. Za rok nie dam się już wkręcić w tą całą przedświąteczną gonitwę. Kto to powiedział, że to zawsze tak ma być? Na bogato, jak za dawnych czasów i świątecznie? A nie mogłoby być tak zwyczajnie? Po prostu obiad, jak w weekend? Może bez mięsa, może ze śledziem i karpiem ale bez tego całego wariactwa? Bez tej roboty, gonitwy, zamieszania?

Mija rok, zbliża się grudzień, i znowu zapominamy o obietnicach. Znowu zaczynamy marzyć o choince i blasku świec. O pojednaniu, refleksji, odkupieniu win i rodzinnej atmosferze przy stole. Uśmiechniętych oczach dzieci, kiedy rozpakowują prezenty. Pysznościach na talerzach. Wspólnym śpiewaniu kolęd. Idziemy do kina na ckliwą komedię romantyczną, gdzie w święta samotni odnajdują miłość swojego życia, osierocone dzieci nowych, bogatych rodziców, łobuzy sumienie, nieodpowiedzialni odpowiedzialność. I znowu chcemy w to wszystko wierzyć. Rok po roku chcemy wierzyć w magię Bożego Narodzenia.

Katarzyna Kołczewska

czwartek, 17 grudnia 2015

Karolina Wilczyńska | Czym są Święta Bożego Narodzenia?



Czas na kolejną odsłonę cyklu świątecznego. Dziś o swoich Świętach pisze dla Was Karolina Wilczyńska - autorka między innymi powieści obyczajowej "Jeszcze raz, Nataszo" oraz cyklu "Stacja Jagodno".

Czym są Święta Bożego Narodzenia?

Zacznę od tego,  czym dla mnie z całą pewnością nie są. Nie są kolorowymi światełkami rozwieszonymi na ulicach, po których spieszą ludzie opętani szałem zakupów. Nie są mieszanką świątecznych przebojów grzmiących ze sklepowych głośników w galeriach handlowych i tworzących taką kakofonię dźwięków, która zagłusza myśli. Nie są brokatem, sztucznym śniegiem i fałszywymi  kryształkami na seryjnych bombkach, ruszającymi głową reniferami, Mikołajami o twarzach niczym z horroru, hostessami w skąpych strojach nachalnie zachęcającymi do promocji, półżywymi karpiami stłoczonymi  w wielkich foliowych basenach i Kevinem w telewizji. Tym Boże Narodzenie na pewno nie jest.
                Moje Święta to smak opłatka mieszający się na języku ze słonawym posmakiem połkniętej łzy. Łzy wzruszenia, bo znowu możemy być razem, na kilka godzin oderwać się od pośpiechu, codzienności, zapomnieć o małych i większych problemach i wierzyć, że życzenia, te specjalne, z serca, składające się nie z utartych formułek, ale słów dobranych z namysłem, że te życzenia muszą się przecież spełnić.
                Boże Narodzenie w moim domu to radość najmłodszych członków rodziny z prezentów znalezionych pod choinką. Wspólne odkrywanie niespodzianek, wśród okrzyków radości, dziecięcego śmiechu i pełnych wyrozumiałości, dumy i miłości spojrzeń dorosłych. To plamy na białym obrusie, o które nikt nie ma pretensji, okruszki ciasta na zaróżowionych z emocji policzkach, uściski małych rączek i dotknięcie pomarszczonej, życzliwej dłoni na policzku.
                Święta dla mnie to także wspólnie śpiewane kolędy. Zebrane w jeden wspólny ton cienkie głosiki, męskie tenory i basy, kobiece soprany, głosy mocne młodością i drżące przeżytymi latami, wyraźnie wymawiające tekst i mruczące pod nosem, czysto wyciągające każdy ton i lekko załamujące się fałszywymi nutami.  Na tle pianina, gitary lub skrzypiec, połączone, choć tak różne. Dokładnie tak, jak rodzina – silna różnorodnością, z której potrafi stworzyć pięknie brzmiącą pieśń . I chociaż niektórych głosów już nie ma, to wszyscy o nich pamiętamy, czujemy, że w chórze naszych serc jest wesoły bas Dziadka i spokojny, niezbyt już głośny sopran Babci. A w przyszłym roku dołączy gaworzenie Zosi, wzbogacając rodzinne kolędowanie.
                Boże Narodzenie jest potrzebne i ważne. Pozwala zwolnić, spokojnie pomyśleć, znaleźć chwilę dla rodziny i przyjąć od niej dar wspólnoty, dobroci i życzliwości.  Potrzebne, żeby wspominać, planować i cieszyć się chwilą, żeby na nowo dostrzec to, o czym przez resztę roku często zapominamy – że nie liczy się sztuczny, wykreowany blask, nie ma znaczenia ilość przygotowanego jedzenia czy wartość prezentów, ale jedyne, co w życiu ważne, to dobro i miłość.
I tego świątecznie życzę wszystkim!

Karolina Wilczyńska 

wtorek, 15 grudnia 2015

Lucyna Olejniczak | Boże Narodzenie to najbardziej rodzinne ze wszystkich świąt





Dzisiaj o swoim Bożym Narodzeniu w... Chicago opowiada Lucyna Olejniczak, autorka między innymi sagi rodzinnej "Kobiety z ulicy Grodzkiej", której dotychczas ukazały się dwa tomy: "Hanka" i "Wiktoria".
Jedna z powieści pani Lucyny, "Opiekunka, czyli Ameryka widziana z fotela" zostanie wkrótce przeniesiona na duży ekran!

Boże Narodzenie to najbardziej rodzinne ze wszystkich świąt. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, ile w tym prawdy, póki nie doświadczymy na własnej skórze, jak to jest spędzać je bez rodziny. Dopiero wtedy dociera do nas, że kiedy nie ma z kim dzielić radości, wszystko nagle  traci swój urok i magię.
Boże Narodzenie z końca lat osiemdziesiątych zastało mnie w Chicago, gdzie wyjechałam „za chlebem”, zostawiając na ten czas dzieci z mamą. Tęsknota za nimi zabijała mnie, nie pomagała nawet myśl o tym, że wszystko to było dla nich, że im właśnie chciałam poprawić byt. Nigdy wcześniej nie rozstawałam się z dziećmi, każde święta spędzaliśmy razem. Skromniej, biedniej, ale razem. Doceniłam to dopiero tam, na obczyźnie.
Nastrój przedświąteczny w Stanach w niczym nie przypominał naszego, w kraju. Nie było szarych, zabieganych kobiet stojących w kolejkach, żeby zdobyć coś na święta. Uśmiechnięci Amerykanie robili zakupy w bogato zaopatrzonych sklepach, przed którymi stali Mikołaje ze złotymi dzwoneczkami. Pięknie udekorowane wystawy sklepowe zachęcały do wejścia, ozdobione kolorowymi lampkami domy i ogródki wyglądały jak wyjęte z bajki o Bożym Narodzeniu. Ale to nie była moja bajka. Zabrakło w niej bliskich, z którymi mogłabym to wszystko przeżywać, komentować, cieszyć się.
Wigilię spędziłam z jedyną przyjazną mi duszą w Chicago. Siedzieliśmy przy bogato zastawionym stole w ponurym milczeniu, zastanawiając się, co w tym czasie robią nasi bliscy w Polsce. Z powodu różnicy czasu, nie mogliśmy nawet symbolicznie podzielić się z nimi w tej samej chwili opłatkiem. Kiedy my siedzieliśmy już przy stole, oni dopiero przygotowywali się do wieczerzy wigilijnej.
Na Pasterkę wybraliśmy się do polskiego kościoła. Kiedy wchodziłam do przyciemnionej świątyni wypełnionej po brzegi Polakami, nadal nie czułam żadnych emocji. Dopiero, kiedy o północy rozbłysły wszystkie światła i z całą mocą gruchnęła kolęda „Bóg się rodzi”, poczułam jak coś we mnie pęka. Nie byłam w stanie śpiewać, płakałam, a wraz ze mną wszyscy ci, którzy tego właśnie dnia byli z dala od swoich rodzin.
 To było najsmutniejsze Boże Narodzenie w moim życiu, ale dzięki tamtym chwilom nauczyłam się bardziej doceniać obecność najbliższych w swoim życiu. Naprawdę, trudno o większe szczęście.
Tego właśnie życzę wszystkim Czytelnikom z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Miłości i ciepła w rodzinnym gronie!

Lucyna Olejniczak

niedziela, 13 grudnia 2015

Agata Kołakowska | Staram się, by święta wciąż miały tamten czar



Poznajecie osobę na zdjęciu? Nie? Ułatwię wam to zadanie. To Agata Kołakowska, lubiana przez czytelniczki autorka powieści obyczajowych, między innymi "We dnie, w nocy" oraz "Wszystko, co minęło".
Dzisiaj występuje w nieco innej roli - kilkuletniej dziewczynki ze zdjęcia i... wspomina swoje rodzinne święta. Zapraszam na kolejny wpis z pełnego magii cyklu świątecznego.


Kiedy zaczęłam zastanawiać się nad świętami Bożego Narodzenia i tym, z czym mi się kojarzą, od razu przyszła mi na myśl „ekscytacja”. Jako mała dziewczynka już od początku grudnia chodziłam nieprawdopodobnie podekscytowana zbliżającymi się świętami. Te emocje oczywiście sięgały zenitu w dniu Wigilii. Ekscytowało mnie wszystko. Całe to misterium przygotowania niezliczonych ilości potraw (moja mama pewnie nie podzielała tego entuzjazmu), ubieranie choinki, śnieg (to były czasy, kiedy można było jeszcze na niego liczyć), oczekiwanie na przyjście Mikołaja i to, że wszystko jest takie inne, wyjątkowe. Magiczne.

Pamiętam jak dorośli chcąc umieścić prezenty pod choinką wyganiali dzieci z pokoju pod pretekstem wypatrywania pierwszej gwiazdki . Oczywiście dość szybko zorientowaliśmy się, co się pod tym tak naprawdę kryje. Mimo to, emocje buzowały w nas wcale nie mniej i wraz z kuzynostwem zastanawialiśmy się, co też w tym roku będzie czekać na nas pod choinką. 
Potem oglądaliśmy paczki z każdej strony zastanawiając się nad ich zawartością. Największy prezent zawsze budził największe emocje i każdy marzył, że może będzie przeznaczony właśnie dla niego. Pamiętam ogrom radości, kiedy pewnego roku okazało się, że największa paczka jest dla mnie. Kryła się w niej lalka – bobas. Do dziś pamiętam jak biło mi serce , kiedy rozpakowywałam ten prezent.

Zasadniczo w dzieciństwie bardzo trudno było mi wytrwać do końca kolacji wigilijnej. Zawsze wydawało mi się, że wszyscy potwornie wolno jedzą. A że rodzina w tamtych czasach (co wspominam z ogromnym sentymentem) zbierała się bardzo licznie, doczekanie się chwili, kiedy zje ostatnia osoba, było dla mnie nie lada wyzwaniem. :)

Z tamtego okresu, pamiętam tyle różnych drobnych rzeczy. Na wspomnienie każdej robi mi się rzewnie. Pamiętam wspólne kolędowanie. Śpiewać zawsze zaczynała babcia, a potem przyłączała się reszta rodziny. Pamiętam dzielenie się opłatkiem, podczas którego zawsze byłam bardzo zawstydzona i niepewna, co powinnam życzyć. Pamiętam śmiech, poczucie wspólnoty i makówki (słodki deser pochodzący ze Śląska -  bułka maczana w mleku przekładana masą z maku i bakalii), którą wszyscy się zajadaliśmy.

Pewnego roku postanowiliśmy z bratem zapakować prezenty dla rodziców tak, aby po wyglądzie paczki nie można było domyślić się jej zawartości. Tworzyliśmy wymyślne konstrukcje, tj. kula z gąbki obłożona sreberkiem. Siedzieliśmy przy tym długo w noc i mieliśmy przy tym mnóstwo zabawy. A co najważniejsze, rodzice mieli też sporo śmiechu przy rozpakowywaniu tych kreatywnie zapakowanych podarunków. 

Pierwsze święta, które wyprawiałam samodzielnie już jako mężatka traktowałam jako nie lada wyzwanie. Mając tyle wspaniałych wspomnień,  chciałam choć odrobinę odtworzyć tę magię świąt. Byłam tym zadaniem wyjątkowo zestresowana, ale myślę, że wraz z mężem podołaliśmy zadaniu. Jeśli nie liczyć wyjątkowo twardych pierogów z kapustą i grzybami, które lepiliśmy dwa dni, a ciasto z powodu braku wałka wałkowaliśmy butelką Coca-Coli. Moi rodzice jednak zgodnie twierdzili, że pierogi wyszły świetne. – Szczególnie farsz  –  skwitował z powagą tata, na co nie mogłam się nie roześmiać.

Nie będę owijać w bawełnę, wraz z kolejnymi świętami, sytuacja z pierogami nie uległa poprawie. Uznałam, że nie jestem w tym najlepsza, więc pierogi zamawiamy w zaprzyjaźnionej restauracji. Na szczęście, całą resztę potraw udaje mi się przygotować własnoręcznie  i myślę, że wychodzi mi to całkiem nieźle. 

Staram się, by święta wciąż miały tamten czar i trzymam się tradycji stawiając dodatkowe nakrycie na stole. Tylko, że nie ustawiam go dla niespodziewanego wędrowca, a z myślą o bliskich, których już przy nas nie ma. 

Dlatego myślę, że w świętach tak naprawdę chodzi o ludzi. O bliskie naszemu sercu osoby, z którymi możemy usiąść przy jednym stole i popatrzeć sobie prosto w oczy, w których kryje się absolutnie wszystko. Wszystko, co najważniejsze.

Moi Drodzy, życzę Wam ciepłych, spokojnych i rodzinnych Świąt.
Pamiętajmy, aby cieszyć się bliskością drogich nam osób na co dzień, nie tylko od święta.

czwartek, 10 grudnia 2015

Boże Narodzenie Doroty Schrammek



Dzisiaj o swoich Świętach pisze dla Was Dorota Schrammek - lubiana przez czytelników autorka powieści obyczajowych "Stojąc pod tęczą" i "Horyzonty uczuć". Przeczytajcie, jak wygląda Boże Narodzenie w domu pisarki, która sama przyznaje, że jest tradycjonalistką. 

Boże Narodzenie to dla mnie najpiękniejszy moment roku. Od dziecka czekałam z utęsknieniem i nadal czuję ten dreszczyk emocji, towarzyszący Świętom. Nie miało – i nadal nie ma – to nic wspólnego z Mikołajem i prezentami. Uwielbiam atmosferę bożonarodzeniową, ten czas oczekiwania na mający nastąpić po raz kolejny cud oraz magię wigilijnej nocy…

Radosne podniecenie zaczyna się wraz z pierwszymi dniami Adwentu. Co roku w pierwszą niedzielę wysłuchuję koncertu pieśni i melodii świątecznych. Wraz z dziećmi dekorujemy domek, tworzymy stroiki – przez najbliższe cztery tygodnie ma pachnieć żywicą! W kolejnych tygodniach Adwentu pieczemy pierniczki, ustalamy świąteczny jadłospis i wypisujemy życzenia świąteczne na kartkach, które wysyłamy najbliższym. W tym roku posłałam ich ponad pięćdziesiąt. Te, które otrzymujemy, zawieszamy na drzwiach salonu. Życzenia od przyjaciół i rodziny towarzyszą nam podczas wieczerzy wigilijnej. W trakcie Adwentu wyszukujemy drobne upominki. Krótko przed Świętami obdarowujemy nimi wszystkie osoby, które w jakiś sposób pomogły nam w trakcie minionych dwunastu miesięcy. Prezenty trafiają m.in. do zaprzyjaźnionego księdza, terapeutki od ergoterapii, lekarki rodzinnej, nauczycielki muzyki. To tylko przykłady, bo osób, którym wypada podziękować, jest znacznie więcej. Naszym dzieciom także robimy symboliczne prezenty. Uczymy, że Święta nie są od brania. Znacznie wartościowsze jest dawanie.

Choinkę ubieramy tydzień przed Wigilią. Jeździmy na okoliczne jarmarki bożonarodzeniowe i na nich chłoniemy atmosferę Świąt. Co roku jeździmy na koncerty kolęd do kościoła, na dzielenie się opłatkiem z ludźmi starszymi czy schorowanymi.

Jestem tradycjonalistką, więc na wigilijnym stole jest dwanaście potraw. Przy dobrej organizacji można je wykonać, mimo trójki dzieci w domu. :) Przykre, że jako jedyna zjadam ryby. Ani mąż, ani pociechy nie przepadają za nimi. Uwielbiają za to barszczyk wigilijny z uszkami, pierogi z najróżniejszym nadzieniem, kutię, makówki… Nigdy jeszcze nie zamówiłam ani nie zakupiłam gotowych potraw na Boże Narodzenie.


Wigilię zazwyczaj spędzamy sami, natomiast wszelkich gości zapraszamy na pierwszy i drugi dzień Świąt. A gdy nadchodzi wieczór, 26 grudnia, zasiadam z kalendarzem na kolejny rok – zazwyczaj jest to prezent od męża – i zaczynam planowanie. Wcale nie robię tego dopiero 1 stycznia. W Nowy Rok jestem już w toku działania. :)



poniedziałek, 7 grudnia 2015

Agnieszka Olejnik | Cudowne dni, kiedy czas zwalnia i pozwala smakować życie w szczyptach

Agnieszka Olejnik z bratem


Zasiadając do napisania tych paru słów uświadomiłam sobie, że z dzieciństwa pamiętam przede wszystkim magię oczekiwania. W tamtych czasach dekoracje świąteczne nie pojawiały się w witrynach sklepów już w listopadzie. Albo nie było ich wcale, albo cieszyły oczy dopiero od połowy grudnia. Właśnie tak powinno być – bo przecież cierpliwe czekanie na coś, co kochamy, ma szczególny smak. 

Począwszy od końca listopada wyglądaliśmy z bratem przez okno każdego poranka – czy spadł śnieg? Bo jeśli tak, jeśli na dachach sąsiednich budynków widać choć trochę bieli, to może już niedługo nadejdzie „Pod Poduszkę”. Tak nazywaliśmy mikołajki. Rodzice nigdy nam nie mówili, że ten dzień to konkretnie 6 grudnia; chyba sądziliśmy, że prezenty pojawiają się, kiedy akurat Mikołajowi wypadnie droga przez nasze miasto, dlatego co dzień rano odbywały się poszukiwania – pod poduszkami, za łóżkiem (bo przecież mogło gdzieś wpaść), na podłodze i tak dalej. Szczególnie zapamiętałam jedno przebudzenie, kiedy okazało się, że to już – „Pod Poduszkę!”, ale świętemu się pokićkało i mnie dał komplet samolocików, zaś mojemu bratu – parasolkę w kwiatki. Ja się cieszyłam, ponieważ już od najmłodszych lat kochałam lotnictwo, natomiast Bartek był zrozpaczony. Ostatecznie zamieniłam się z nim; zawsze miałam miękkie serce.

Z sentymentem wspominam tak zwane „choinki” – zabawy dla dzieci organizowane przez zakłady pracy rodziców. Podczas tych „choinek” należało być przebranym, najchętniej za postać z baśni (nie z kreskówki, bo kreskówek (poza Reksiem, Wilkiem i zającem oraz Bolkiem i Lolkiem) właściwie nie znaliśmy. Ja najczęściej bywałam Czerwonym Kapturkiem, Cyganeczką albo Śnieżynką. Podczas takich zabaw obowiązkowo odbywał się taniec z kotylionami (strrraszne napięcie – kto będzie moją parą?), a po tych wszystkich wygibasach pojawiał się wreszcie Mikołaj, któremu należało wyrecytować jakiś wierszyk lub zaśpiewać piosenkę, by otrzymać tak zwaną „paczkę” – torbę wypełnioną słodyczami.

Kiedy założyłam własną rodzinę, bardzo pragnęłam, żeby dla moich dzieci Boże Narodzenie także było czasem magicznym. Dlatego dbam o to, żeby już od początku grudnia w powietrzu unosiła się ta nieuchwytna atmosfera oczekiwania na coś nienazwanego, tajemniczego, pełnego cudów. Powoli przygotowujemy dom – gruntownie sprzątamy, usuwamy pozostałości po mijającym roku, jakbyśmy szykowali pole do popisu dla kolejnych przeżyć i przygód. Zawieszamy w oknach wykonane przeze mnie drobiazgi – lubię czasem pobawić się w decoupage, więc jest tego sporo. Nakłuwamy pomarańcze goździkami, suszymy plastry cytrusów i jabłek. Pieczemy specjalne świąteczne ciasteczka – nie pierniki, tylko kruche ciastka z orzeszkami w kolorowej polewie (tak zwanymi „kamykami”). Mamy taki swój rytuał – podczas spacerów wymieniamy potrawy, które w tym roku pojawią się na naszym stole i zawsze liczymy z niepokojem, czy nie jest ich za mało. Zabawne jest to, że to absolutnie stały zestaw, nic się w nim nie zmienia od lat – ale my co roku z całkowitą powagą już od początku grudnia omawiamy wigilijne menu. Czasem przygotowujemy też ozdoby na choinkę – z masy solnej, wydmuszek, żarówek – co nam wpadnie w ręce. Nie muszą być piękne, muszą być NASZE. 

Jedyne, czego w naszym domu nie ma, to kolędy. Z bardzo prostego powodu – ja się przy nich strasznie rozklejam. W ogóle mam oczy na mokrym miejscu, beczę nawet przy „Rocie” i hymnie państwowym, ale kolędy to już naprawdę… Kiedy się zbierze te wszystkie nasze rodzinne rytuały, zapach choinki, płonące świece – i do tego kolędowe Dzieciątko, które płacze z zimna… To dla mnie za dużo. Beczę jak bóbr. 

Najważniejszą potrawą jest dla nas barszcz z uszkami. Na nim właściwie mogłoby się skończyć, bo wszyscy go tak lubimy, że objadamy się po dziurki w nosie i pozostałe potrawy traktujemy już jako tradycyjny dodatek. Ja i najstarszy syn kochamy także śledzie w oleju – pozostali mniej. Najmłodszy rzuca się na słodkości, zwłaszcza keks i wspomniane ciasteczka; średni uwielbia kluski z makiem. Mąż czyha na dokładkę uszek.

Pod koniec Wieczerzy przeważnie daje się słyszeć podejrzany dźwięk – wówczas moi mężczyźni wybiegają na dwór, żeby sprawdzić, czy to przypadkiem nie nadjeżdża Mikołaj – a ja jeszcze muszę koniecznie sprawdzić coś w kuchni. Po chwili wołam ich, żeby nie zmarzli. Nie, to nie Mikołaj, mówi z żalem najmłodszy, ale na wszelki wypadek sprawdzę pod choinką… Potem jest cała masa okrzyków radości, zabawa, niedowierzanie, że naprawdę, akurat o tej książce marzyłem i właśnie ten ludzik Lego jest moim ulubionym…

Cudowne dni, kiedy czas zwalnia i pozwala smakować życie w szczyptach, a nie wielkim haps! – jak na co dzień. Trochę śmiechu, nieco łez i wzruszeń, mnóstwo miłości, łagodności i ciepła w sercu... 

…czego i Wam życzę. Wesołych Świąt!


niedziela, 6 grudnia 2015

Agata Przybyłek | O Mikołaju, który gubi kapcie



Zadowoleni z wizyty Mikołaja? Mam nadzieję, że w tym roku Święty nie zapomniał o Was i obdarzył wspaniałymi prezentami (czytaj: samymi dobrymi książkami;)). A może ktoś z Was otrzymał egzemplarz powieści Agaty Przybyłek "Nie zmienił się tylko blond"? To właśnie autorka lekkiej komedii obyczajowej jest bohaterką najnowszego wpisu w cyklu świątecznym, a że dziś Mikołajki, to będzie o Mikołajkach. :)

Gdy jeszcze spędzałam Mikołajki w domu, nasz grubaśny święty zawsze zostawiał mi drobiazgi w butach. Albo były to słodycze, albo drobna biżuteria, a gdy byłam mała i kolekcjonowałam figurki z porcelany, także niewielkie słoniki. Kiedy jednak myślę o wspomnieniach z dzieciństwa związanych z Mikołajem, przychodzi mi to głowy inny obuwniczy fakt, mianowicie, że u mnie w domu Mikołaj zgubił kiedyś kapcie. I można powiedzieć, że swego czasu zdarzyło mu się to w mało odpowiednim momencie.

W moim rodzinnym domu, jedną z wielu Wigilijnych tradycji jest moment, w którym po uroczystej kolacji, razem z dwójką młodszego rodzeństwa, udajemy się na górę, by wyglądać przez okno przybycia Mikołaja. Oczywiście, gdy byliśmy mali, miało to głębokie uzasadnienie: rodzice dawali tym samym grubaśnemu świętemu czas na podrzucenie prezentów pod choinkę. I choć teraz jesteśmy z rodzeństwem o wiele starsi, nadal kultywujemy ten zwyczaj, a to dlatego, żeby Mikołaj nie musiał gubić kapci. Tak, tak! To nie jest żadna metafora! Pamiętam jak dziś, kiedy mając zaledwie kilka lat, po głośnym oznajmieniu przez mamę, że Mikołaj już był i pewnie źle wyglądaliśmy (no bo przecież żadne z nas znowu go nie widziało!) zbiegliśmy z rodzeństwem na dół i rzuciliśmy się do leżących pod choinką prezentów, podczas gdy tata… No właśnie! Mama chyba trochę pospieszyła się z tym zawołaniem nas na dół, bo tata nie zdążył przynieść z garażu jeszcze jednego prezentu! I gdy tylko się zorientował, że razem z rodzeństwem odrywamy się od prezentów patrząc na to, co też on robił wnosząc do domu jeszcze jeden pakunek, zrobił komiczną minę i oznajmił, że Mikołaj zgubił kapcie kiedy wychodził, a on szlachetnie podniósł zagubioną paczkę i postanowił doręczyć ją osobiście. Tak więc co by Mikołaj nie musiał już więcej gubić w pośpiechu obuwia (i innych rzeczy też), teraz na wszelki wypadek czekamy z rodzeństwem na górze trochę dłużej. Wszyscy wiemy już bowiem, że pośpiech nie jest zbyt dobrym sprzymierzeńcem świętego Mikołaja.

Jeśli chodzi o inne „Mikołajowe” wspomnienie,  to nie mogę nie napisać też o fakcie, w którym to, podczas choinki szkolnej, mój młodszy brat podszedł do Mikołaja, żeby odebrać paczkę słodyczy. Święty, który jak zawsze w kontakcie z dziećmi, bywa dość rozmowny, zapytał mojego, kilkuletniego wtedy, braciszka, o to, kim chciałby zostać. I chyba był dość zaskoczony niesztampową odpowiedzią Wojtusia, ponieważ jego mina jednoznacznie wskazywała na to, że nie często słyszy od dzieci, że chciałyby zostać „smokiem lub czarownicą”. No ale widać nie często trafiali mu się wielcy miłośnicy bajek ze Scoobym Doo.

Z życzeniami pełnych miłości i spędzonych w gronie najbliższych Świąt Bożego Narodzenia,
Agata Przybyłek.


piątek, 4 grudnia 2015

Liliana Fabisińska | Świąteczny obrazek? Nieśmiertelna dyskusja o tym, czy Krawczyk potrafi śpiewać kolędy




Święta dla Liliany Fabisińskiej zaczynają się już jesienią, a kiedy ma opowiedzieć o swoich rodzinnych świętach, do głowy przychodzi jej kilka obrazków. Nieśmiertelna dyskusja o tym, czy Krzysztof Krawczyk potrafi śpiewać kolędy, Kevin - obowiązkowo sam, nieważne, czy w domu, czy w Nowym Jorku, "Szklana pułapka" i zimny barszcz. No i bombki, które przetrwały wojnę. Dziś o swoich świętach opowiada autorka powieści obyczajowych - "Córeczki" i "Śnieżynek".


Moje Święta zaczynają się już jesienią, od kupowania kartek. Jestem maniaczką pisania listów... W liceum korespondowałam z 80 osobami z całego świata, w tej chwili jest ich znacznie mniej, osiem, może dziewięć... Ale nawet do znajomych, do których piszę niezbyt regularnie, obowiązkowo wysyłam przynajmniej krótki list i kartkę z życzeniami. Do środka wklejam zawsze świąteczne rodzinne zdjęcie. Bywa przy jego robieniu śmiesznie, wciąż pamiętam taką domową “sesję” sprzed kilku lat, kiedy to ubrałam całą rodzinę w grube czapy, wełniane albo futrzane, i w puchate sweterki… A to był wyjątkowo ciepły dzień z ostrym słońcem, więc wszyscy byliśmy nieziemsko zgrzani i spoceni. Ale zdjęcia wyszły przecudne! Tak, terroryzuję moich bliskich, zmuszając ich do robienia tych zdjęć raz do roku. Ale oni potem uwielbiają je oglądać! Mamy już pokaźną galerię… Powinnam chyba zrobić album z takimi zdjęciami?

Co roku staram się też na początku grudnia wyruszyć na małą wycieczkę. Miasta są wtedy tak pięknie udekorowane, no i te wszystkie jarmarki świąteczne! Wiedeń, Bruksela, Kraków, Wrocław… wszędzie jest wtedy bardzo klimatycznie. Chodzę więc między straganami, piję grzane wino, kupuję prezenty i ozdoby…

Kiedy próbuję znaleźć jakiś sposób, by opowiedzieć o moich rodzinnych Świętach, przychodzą mi do głowy przede wszystkim małe, czasami wzruszające, a czasami śmieszne obrazki, które zdarzają się co roku…

A więc najpierw, oczywiście, ubieranie choinki. I bombki, które przetrwały wojnę. Kilka, kruchych, cieniutkich, z wytartymi dawno wzorkami. Najważniejszy wśród nich jest dzwoneczek mojej babci. Podzwaniam nim delikatnie, wieszając go na gałązce. A po Świętach sama go zdejmuję i odkładam do pudełka. Nikomu nie wolno go dotykać. To mój symbol Świąt.

Kolejne świąteczne skojarzenie, naprawdę bardzo silne, to zimny barszcz. Bez względu na to, jak długo zupa stała na kuchence, moja babcia (druga, nie ta od dzwoneczka) zawsze podnosząc łyżkę do ust wzdychała „Zimny ten barszcz, oj zimny”. Dziś babci nie ma już z nami, ale tradycja trwa. Zawsze ktoś mówi: „Ale ten barszczyk to córcia trochę zimny w tym roku”. I cała rodzina wybucha śmiechem.

Jest jeszcze spór o to, czy prezenty przynosi Mikołaj, Aniołek czy może Gwiazdor. Powtarza się co roku, i angażuje kolejne pokolenia. Myślę, że takie rozmowy odbywają się przy wielu stołach w Polsce. Bo większość rodzin była przecież rzucana przez historię od Lwowa po Ziemie Odzyskane, od Rzeszowa do Poznania, Gdańska, Bydgoszczy… A więc i Gwiazdor, i Aniołek, i Mikołaj, mają przy tych stołach swoją szansę.

Jest też co roku nieśmiertelna dyskusja o tym, czy Krzysztof Krawczyk potrafi śpiewać kolędy, czy też raczej powinien ograniczyć się do „Parostatku”, a kolędy zostawić zespołom takim jak Śląsk czy Mazowsze.

I wreszcie – to już historia najnowsza mojej rodziny – jest Kevin… sam w domu, i sam w Nowym Jorku… Dzielny chłopiec, który zawsze rozśmiesza nas tak samo. A późny wieczorem, oczywiście, równie dzielny Bruce Willis i „Szklana pułapka”. Oraz mój osobisty faworyt, film bez którego nie ma dla mnie Świąt, czyli „To właśnie miłość”. Zaczynam płakać już na napisach początkowych. A więc zwykle nie oglądam go w Wigilię, ale tuż przed Świętami, albo tuż po nich, kiedy mogę posiedzieć spokojnie sama i powzruszać się do woli!

Są też książki, rzecz jasna… Zawsze znajdujemy je pod choinką, a Święta to dla mnie czas, gdy wreszcie mogę bez pośpiechu usiąść i poczytać. A także popisać listy, i poukładać rodzinnie puzzle… Ale książki są najważniejsze! Lubię ten moment, gdy kończy się Wigilia, wszędzie leżą podarte papiery po prezentach, goście znikają, a ja mogę spokojnie usiąść pod kocem i poczytać. Czasami odkładam miesiącami jakąś książkę, na którą mam wielką ochotę, np. nową powieść ukochanego pisarza. Czekam, bo chcę mieć taką świąteczną ucztę i przeczytać ją od deski do deski właśnie w Boże Narodzenie. Czasami wracam w Święta do ukochanej powieści sprzed lat, robiąc sobie taki mały prezent z ponownego obcowania z nią w tym szczególnym czasie. A czasami czytam coś niemal przypadkowo, i okazuje się, że zakochuję się w tej książce. Rok temu w Wigilię wieczorem zaczęłam czytać „Zbuki” Nataszy Sochy… Książkę, której właściwie nie można już nigdzie kupić… Wzięłam ją do ręki tylko dlatego, że byłam ciekawa, jak pisze ta zabawna, inteligentna dziewczyna, którą poznałam na targach książki. I, o matko, co za niespodzianka! Zwariowana historia w stylu Borisa Viana sprawiła, że mój śmiech obudził rodzinę o pierwszej w nocy. Śmiałam się do łez. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zaprzyjaźnię się z Nataszą… ale już to przeczuwałam, bo skoro ktoś pisze takie odlotowe, szalone książki, to musi być fantastyczny. To był mój gwiazdkowy prezent od losu. Ciekawe, jaki mnie czeka w tym roku?

No i jeszcze moje ukochane świąteczne płyty. Na co dzień nie słucham muzyki. Jestem uzależniona od informacji. Mam włączone na stałe radio TOK FM, a w telewizorze domyślnie TVN24. Ale przed Świętami odkurzam świąteczną składankę z serialu „Ally McBeal”, i dwie płyty radiowej Trójki, z „Karpiami” z kolejnych lat. Co roku czekam też na premierę nowego „Karpia” w radio jak na rozdanie Oskarów. To właśnie po wysłuchaniu najnowszego, świeżutkiego „Karpia” sezon świąteczny uważam za otwarty. I mogę włączyć tę piosenkę na cały regulator, i zabrać się za wałkowanie pierniczków…

Liliana Fabisińska


wtorek, 1 grudnia 2015

Joanna Sykat | Niech tradycja trwa!




W ubiegłym roku na blogu pojawił się cykl świąteczny, który cieszył się ogromnym zainteresowaniem czytelników.
Dziś śmiało mogę powiedzieć - te pełne magii, wyjątkowe, grudniowe wpisy napisane specjalnie dla Was przez Wasze ulubione autorki i autorów będą pojawiać się każdego roku. 
Grudzień jest wyjątkowym okresem, czasem oczekiwania,  kupowania prezentów, przygotowywania kolacji wigilijnej, ubierania choinki oraz... świątecznych wpisów na blogu Przegląd czytelniczy! :)
Nie mogłam się już doczekać, kiedy oddam głos pierwszej spośród autorek, które w tym roku będą pisać dla Was o swoich świętach, a więc...
Powitajcie ciepło Joannę Sykat!


Kiedy myślę o Świętach Bożego Narodzenia, żałuję, że nie da się cofnąć czasu… Bo te najcudowniejsze, najbardziej pachnące wspomnieniami święta to czas mojego dzieciństwa. Tego, czego w tym okresie brakuje mi obecnie najbardziej, to oczekiwanie, nie skracane udekorowanymi już marketami, które przekonują, że święta już w zasadzie są. Wiszą choinki, Mikołaje… Wszystko dostępne jak odtwarzany w dowolnej chwili serial. 

Dawniej było właśnie to oczekiwanie, a właściwie wyczekiwanie, które zaczynało się już od listopada. W domu robiło się generalne porządki, a ja produkowałam niezliczone ilości ozdób na choinkę. Były łańcuchy, pawie oczka i nieudolne gwiazdki. I czekanie na śnieg, który właściwie pojawiał się już w listopadzie. I wielokrotne dotykanie palcem smukłych butelek Pepsi, które smakowało tak… że brak słów. Podobnie szynka czy pomarańcze. Towary deficytowe, na które można sobie było pozwolić ze dwa razy w roku. To była magia. Wyjątkowość, której teraz nie da się uświadczyć. Nie mówiąc już o tym, że pisało się list do Mikołaja i potem czekało na wielką łapę w rękawiczce, która ten list zagarniała z parapetu. Nie mówiąc o choince, na której musiały wisieć ukochane, tradycyjne ozdoby. I wreszcie, nie wspominając o całej atmosferze. O tym, że przy stole wigilijnym byli obecni wszyscy członkowie rodziny, a człowiek miał błogie poczucie bezpieczeństwa. Powtarzalności świąt. Co roku takich samych.

Teraz jest inaczej. Z myślą, że to być może ostatnie święta w komplecie i tak już opustoszałego stołu. Z myślą, że wreszcie się odpocznie po przedświątecznej bieganinie. W ferworze tego pośpiechu, sprzątania i zakupów teraz gubią się dla mnie i resztki magii, które przytrzymuję ze względu na syna. Co roku zamawiamy w kwiaciarni wieniec adwentowy i odliczamy niedziele pozostałe do świąt. Razem piszemy list do Mikołaja, obserwujemy, jak święty go zabiera. Wspólnie ubieramy choinkę i potem zaglądamy do szopek w kościołach. Nie przyspieszamy świąt. Ignorujemy wytyczne, którymi bombarduje nas kalendarz… marketowy. 

Myślę, że tak samo rodzice i dziadkowie budowli świat moich wspomnień jak ja teraz pomagam gromadzić je Leonowi. Niech więc tradycja trwa!

Z życzeniami cudownych, magicznych, refleksyjnych i białych Świat Bożego Narodzenia, 
Joanna Sykat

wtorek, 6 stycznia 2015

Urodziny bloga | Co zmieniło się przez rok w Przeglądzie czytelniczym?




Dzisiaj mija rok, odkąd zamieściłam pierwszy post w blogosferze. W najśmielszych nawet marzeniach nie spodziewałam się, iż Przegląd czytelniczy okaże się tak popularnym i lubianym miejscem. Blog to jedno, jednak nie funkcjonowałby tak prężnie, gdyby nie fanpage, który na chwilę obecną gromadzi niespełna 3500 osób. Opinie i komentarze, które otrzymuję, napawają mnie dumą i wpędzają w niemałe zaskoczenie. Cieszę się, że traktujecie Przegląd czytelniczy jako miejsce niemalże profesjonalne, tworzone przez grupę specjalistów, ale tak naprawdę.. z tej strony jestem tylko ja. 

Przyznam, iż miejscem, które zainspirowało mnie do stworzenia bloga był klub dyskusyjny Kobiety to Czytają. Zawsze sporo czytałam, w ostatnich latach więcej niż sporo, a klub okazał się wymarzonym miejscem do podzielenia się opiniami na temat przeczytanych książek. W pewnym momencie złapałam się na myśli, że właściwie nie robię nic innego, tylko spamuję tablicę swoimi recenzjami, dlaczego więc nie stworzyć własnego miejsca w Internecie, gdzie będę dzielić się refleksjami i przemyśleniami? Pisanie zawsze było moją ulubioną formą wyrażania siebie, wiele razy usłyszałam, że mam lekkie pióro i wrodzony talent.

Jak pomyślałam, tak też uczyniłam. 6 stycznia 2014 powstał blog Przegląd czytelniczy, kilka dni później fanpage. Założycielką i jedyną recenzentką jestem ja. Wszystkie recenzje wychodzą spod mojego pióra. Kim jestem? Mam wrażenie, że przede wszystkim.. czytającą mamą. ;) Te dwa zajęcia determinują większość mojego czasu. W tym roku skończę 25 lat, jestem mamą ponad 4-letniego chłopca, a w lutym urodzę drugiego synka. Wszystkim kobietom szczerze polecam taki układ w domu: trzech mężczyzn plus jedna królowa. ;) Dotychczas podejmowałam się różnych zajęć, moje wykształcenie ściśle związane jest z językiem angielskim, jednak pracowałam głównie w bankowości. Obecnie czekam na narodziny drugiego dziecka, piszę swoją debiutancką powieść (wydaje mi się, że już bliżej niż dalej) i mam nadzieję na totalną rewolucję w moim życiu. Nie będę mówić o tym głośno, bo na razie to tylko marzenia i odległe plany, jednak proszę o mocne kciuki.

Podczas roku prowadzenia bloga, podjęłam liczne współpracę. Nie zamierzam ich wszystkich tutaj wymieniać, po prawej stronie możecie przejrzeć listę współpracujących wydawców, nie chodzi przecież o wyliczanie nawiązanych kontaktów. Pragnę zwrócić uwagę jedynie na te najprężniej działające i przynoszące mi najwięcej satysfakcji. Ową listę otwiera Wydawnictwo Prószyński i S-ka, które zaufało mi stosunkowo szybko, gdyż stale współpracuję z Prószyńskim od marca ubiegłego roku. Wraz z oficyną zorganizowałam wiele konkursów, co miesiąc również mam możliwość wyboru pozycji do recenzji z listy nowości, jakie oferuje Wydawnictwo, za co dziękuję. Ważna jest również współpraca z Wydawnictwem Replika. Dwukrotnie patronowałam medialnie książkom wydanym w powyższej oficynie. Często otrzymuję przedpremierowo pliki z tekstem powieści, jaka ma ukazać się na rynku, fragmenty moich recenzji ukazały się na okładkach "Kochaj i jedz, Brazyliszku" oraz "Cienie przeszłości". Miło i owocnie współpracuje mi się również z Wydawnictwem Zysk i S-ka, a pani Beata jest chyba najmilszą i najbardziej pomocną osobą z promocji, z jaką miałam okazję współpracować. Wszystkim współpracującym wydawcom dziękuję. Jestem pełna podziwu dla pracy, jaką wykonują osoby pracujące w dziale promocji.

Dzięki Przeglądowi czytelniczemu poznałam wielu autorów, niektórych osobiście. I tutaj muszę na chwilę zatrzymać się przy osobie Edyty Świętek. Edytę miałam okazję spotkać na organizowanym przeze mnie spotkaniu w ramach cyklu Kino Kobiet w Sosnowcu. Od tej pory pozostajemy w stałym kontakcie i kiedy tylko autorka poprosiła mnie, abym patronowała jej nowej powieści "Bańki mydlane", nie wahałam się ani chwili, mimo iż książka ta ukaże się na rynku w czasie, kiedy urodzę synka i będę miała na głowie również sporo obowiązków domowych. Edyta jest tak cudowną osobą, tak wspaniale pisze o ludzkich charakterach, że nie mogłabym jej odmówić. Już wtedy, przed lekturą "Baniek mydlanych", wiedziałam, iż podjęłam dobrą decyzję, a tekst książki tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. "Bańki mydlane" to czwarta książka, jakiej będę miała okazję patronować, po "Cieniach przeszłości" (również Edyta Świętek, Wydawnictwo Replika), "Ja, Judaszka" (Ewa Bartkowska, Wydawnictwo Janka) oraz "Szajba na peronie 5." (Marta Obuch, Wydawnictwo Replika). Wszystko wskazuje na to, iż niebawem ukaże się także piąta powieść pod patronatem mojego bloga.

Czego życzyć sobie i Wam na następny wspólny rok? Jak najwięcej dobrych lektur i pozytywnych recenzji! Kolejnych 3500 fanów, a nawet i więcej! Dziękuję, że jesteście ze mną i proszę o więcej.

wtorek, 23 grudnia 2014

Magdalena Witkiewicz | Święta Bożego Narodzenia

Wirtualne odliczanie do Świąt Bożego Narodzenia na blogu Przegląd czytelniczy dobiega końca.
Autorką ostatniego już świątecznego postu jest Magdalena Witkiewicz, spod której pióra wyszły takie powieści jak "Szkoła żon", "Pensjonat marzeń", "Milaczek" czy "Zamek z piasku". 
Pisarka postanowiła wpuścić czytelników do swojego mieszkania, nie możecie tego przegapić!

A tymczasem kochani..

Wraz ze wszystkimi autorkami, jakie wzięły udział w cyklu świątecznym, życzymy Wam wszystkim Świąt spędzonych w rodzinnej, ciepłej atmosferze.




Święta Bożego Narodzenia to dla mnie czas, w którym robi się ciepło w sercu, a łzy wzruszenia czasem spływają po policzku. Bo ja jestem z tych, co wzruszają się często i łatwo. I przyznam, że bardzo to lubię! 
W tym roku okres świąteczny zaczął się u mnie bardzo szybko. W połowie listopada byłam w Irlandii, a tam „White Christmas” i „Jingle Bells” rozbrzmiewały wszędzie. Zatem już w listopadzie poczułam się bardzo świątecznie. Nawet kupiłam wtedy część prezentów dla bliskich, ale… Ale już prawie wszystkie rozdałam, bo uwielbiam dawać prezenty. Oczywiście teraz bardzo żałuję, bo pewnie mąż by się bardzo ucieszył, znajdując kombinezono-piżamę Supermana pod choinką, a tak… Ucieszył się wcześniej!
Bo ja nigdy nie mogę wytrzymać z tymi prezentami…
Gdy wyszłam za mąż, dwa lata z rzędu Wigilie były w naszym mieszkaniu. Zapraszam Was na jedną taką moją Wigilię, gdy dzieci były jeszcze małe. 



Gdy moi rodzice przeprowadzili się do dużego domu, ulicę obok, tam w wigilijny wieczór zawsze się spotykamy. Święta z dziećmi są cudowne! 
W tym roku moje dzieci napisały list do Świętego Mikołaja i dostaną dokładnie to, co w listach. Nie mogę się doczekać ich reakcji. Wierzą jeszcze w Mikołaja, chociaż czasem zastanawiają się nad jego istnieniem… Oby ta wiara trwała jak najdłużej.
W moim domu rodzinnym choinkę zawsze ubieraliśmy w Wigilię. Co roku mama się denerwowała, że tata kupi najbrzydszą „drapakę”, ale co roku mieliśmy najpiękniejszą na świecie. Przynajmniej w moim odczuciu. 
Po rodzinie krąży anegdota, że kiedyś jakiś wujek kupił wyjątkowo koszmarną choinkę. Ciocia zamiast go objechać z góry do dołu, przytuliła go i powiedziała:
- Kochanie, ty masz wyjątkowo dobre serce.
Wujek zdziwiony nie zdołał wykrztusić ani słowa.
- Wyjątkowo dobre serce – ciocia powtórzyła – Bo gdyby nie ty, ten facet w życiu by nikomu tej choinki nie sprzedał. A tak. Zarobił sobie i się cieszy w tę wigilijną noc!

Gdy byłam mała nie mieliśmy tradycji pieczenia pierniczków. Pamiętam przez mgłę, że robiłam z tatą ozdoby choinkowe. Mama królowała w kuchni. Tak też i jest do tej pory. Makowce, keksy, ryba po grecku, śledzie w oleju, w occie, sałatka jarzynowa, karp – to na samą Wigilię. Z pewnością o czymś zapomniałam! Na święta dochodził schab w galarecie i zwykle niesamowity tort. 
Nic się nie zmieniło w tradycjach mamy. Ja dołożyłam swoje. U mnie jest trochę inaczej.
Co roku z dziećmi pieczemy pierniczki. Mam chyba sto foremek i nigdy wszystkich nie dajemy rady użyć! Jednego dnia pieczemy, a następnego dekorujemy. Zawsze mamy kolorowe lukry i obłędną ilość ozdób do przyklejenia. To robimy zwykle w okolicy 6 grudnia. 
Ja mam takie szczęście, że zawsze przed świętami jestem chora. Albo gardło, albo oskrzela. W tym roku myślałam, że się uda być zdrową – gdzie tam! – bolał mnie ząb. Po prostu myślę, że mój organizm podświadomie chce się wywinąć z całego porządkowego galimatiasu. Gdy mogę się skupić na gotowaniu i przystrajaniu domu – zaczynam być zdrowa. O właśnie już mnie prawie nie boli!
Gdy zaczęłam prowadzić swój własny dom, do tradycyjnych potraw dołączyły kluski z makiem. Kocham kluski z makiem. I mogłaby to być jedyna potrawa, którą jem w święta. Kiedyś je zrobiłam latem. Latem nie smakują tak samo, jak przy choince! Do tych klusek (wiem, że połączenie katastrofalne) doszły śledzie. Jedne na słodko z pomidorami i rodzynkami, a drugie w oleju z oliwkami i ziołami prowansalskimi. W tym roku jeszcze zrobię terrinę z łososia i bardzo kuszą mnie krewetki. Mało tradycyjne, ale po pobycie w Wietnamie uwielbiam krewetki. Ale mój głos wewnętrzny szepcze mi, że krewetki na Wigilię, to przesada! Muszę się jeszcze zastanowić. Może je zrobię na sylwestra…
Kulinarnie się zrobiło, prawda? A tak chcę odejść od tego świątecznego konsumpcjonizmu…
Bo Święta Bożego Narodzenia pachną. Pachną mandarynkami i pomarańczami, pachną ciastem, dopiero co wyjętym z piekarnika. W domu też pachnie. Bo chociaż jakby nie wiadomo jak się nie chciało, trzeba posprzątać, zmienić pościel.
W tym roku Wigilię spędzamy u moich rodziców. Jak zawsze w ostatnich latach. Gdy był śnieg, dzieci wieźliśmy tam na sankach. Teraz trzeba będzie parasole zabrać…
Do Wieczerzy siadamy około siedemnastej. Jest tradycyjne łamanie się opłatkiem, a potem jedzenie tego wszystkiego, nad czym się pracowało przez ostatnie dni. Gdy już wszyscy się najedzą – należy przewietrzyć salon. Otwierane są drzwi balkonowe, wszyscy są wypraszani do innych pokoi, a Święty Mikołaj po kryjomu przynosi prezenty… Potem ktoś dorosły krzyknie
- Jest! Jest! Szybko!
Dzieci biegną, ale zwykle jest już za późno. Prezenty są, po Świętym zostaje jedynie ślad mokrego buta.
Wtedy zaczyna się radość przeogromna. Rozpakowywanie, zabawa, pokazywanie, oglądanie. Dzieci nie idą spać długo, a mój syn zawsze chce spać z tym, co akurat dostał. I zawsze śpi! Nie ważne jak kanciasta jest ta zabawka. Spał już z traktorem, klockami lego i samochodem zdalnie sterowanym. Kurczowo trzyma go całą noc i nie można mu tego zabrać. To jest radość, prawda?
Czasem marzę jednak, że pojedziemy na święta do Amalki. Do Mojego Miejsca na Ziemi na Kaszuby. Że tam, w środku ośnieżonego lasu zasiądziemy przy wigilijnym stole, choinką będzie oświetlony modrzew za oknem, a pokój będzie rozświetlał ogień z kominka. Wiem, że kiedyś to nastąpi. 
Marzenia trzeba spełniać. Tego Wam życzę moi drodzy – siły na to, by zrobić pierwszy krok w stronę Waszych marzeń. Gdy zrobicie pierwszy krok, dalsza droga będzie prosta! Zatem życzę Wam – szerokiej drogi w stronę marzeń!

Magdalena Witkiewicz

PS. Syn właśnie zasypia i śpiewa „Lili lili laj, moje dzieciąteczko”. Z drugiego pokoju dołączyła córka. I jak tu nie kochać świąt!!!
PS. 2. Obiecałam dzieciom, że w te święta nie włączę komputera. O matko!