Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl świąteczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl świąteczny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2016

Natasza Socha | Jak obejść Święta?




W 2016 roku w literaturze obyczajowej nie miała sobie równych, co podkreśliła świąteczną powieścią "Biuro przesyłek niedoręczonych". A właśnie, jeśli już o Świętach mowa... Zastanawialiście się kiedyś, jak je obejść? ;)
Natasza Socha ma kilka sprawdzonych rad!

To już ostatni felieton w cyklu świątecznym, widzimy się, oczywiście, za rok, a tymczasem...
Spokojnych, rodzinnych i szczęśliwych Świąt!

W zeszłym roku wspólnie z przyjaciółką opracowałyśmy plan obejścia Świąt Bożego Narodzenia w sensie dosłownym, czyli pominięcia wszystkich możliwych prac i innych potwornych czynności, po których ma się ochotę wyłącznie na sen (bez dwunastodaniowej kolacji, choćby nie wiem jak była pyszna).

Podobno okres przedświąteczny to jeden z bardziej stresujących momentów w roku (zaraz po ślubie, no ale ten zazwyczaj przydarza nam się rzadziej). Ktoś kiedyś słusznie zauważył, że święta są rodzaju żeńskiego – bo to głównie kobiety stają na uszach, by dopiąć wszystko na ostatni guzik. Pieką, sprzątają, gotują, kupują prezenty, trzepią dywany, myją okna, taszczą choinki, potem znowu pieką i znowu sprzątają i znowu coś tam taszczą. Nic dziwnego, że tuż przed Wigilią padają ze zmęczenia i na resztę świąt nie mają już ochoty, nawet gdyby sam Mikołaj zaproponował im erotyczny masaż stóp.

Najważniejsza jest dobra organizacja. Wyrywamy z zeszytu kartkę papieru i piszemy na niej z czego rezygnujemy, czego absolutnie nie zrobimy, a co ewentualnie możemy oraz wpisujemy imiona osób, które nas zastąpią w przedświątecznej histerii. W końcu święta obchodzi cała rodzina i dlatego też cała rodzina powinna wziąć udział w przedświątecznej krzątaninie. Wystarczy tylko dobra i sprytna zachęta. Bardzo istotne są tu komplementy wystosowane np. w stronę partnera – „nikt nie ma tyle siły co ty, żeby porządnie wytrzepać dywany”, „genialnie myjesz okna”, „tylko ty wybierzesz najpiękniejszą choinkę”, „twoje rozwałkowywanie ciasta to czysta poezja”. Dzieciom podrzucamy drobne prace porządkowe (zwłaszcza w swoich pokojach), strojenie choinki, nakrywanie do stołu oraz pilnowanie czy reszta rodziny wywiązuje się ze swoich zadań.

Nasz świąteczny dekalog, opracowany po dwóch butelkach grzańca, brzmiał:
·       koniec z prezentowym szałem - podpytujemy poszczególnych członków rodziny, co chcieliby dostać, robimy listę i przy każdej wolnej okazji (np. podczas zwykłych sprawunków), kupujemy upominki. Prezenty pakujemy w specjalnych punktach „pakowania prezentów”
·       koniec z harówą Łyska z Pokładu Idy – każdy z domowników dostaje listę z rzeczami do wykonania i na bieżąco melduje, co już wykonał. Całość należy oczywiście obrócić w zabawę lub zawody, tak aby nikt się nie zorientował, że go robią w bambuko. Nagrodą będzie dodatkowy prezent pod choinką, albo dodatkowe uszko z grzybami w barszczu
·       koniec z kuchennych obłędem – wszystko co się da kupić - kupujemy (gotowa masa makowa, pierogi z mlecznego baru, barszcz w proszku, sernik robi nam sąsiadka, ryb i tak nie lubi nikt z domowników, więc serwujemy im gotową sałatkę śledziową – w ramach małego oszustwa dodajemy do niej garść rodzynek i mówimy, że zrobiłyśmy same)
·       koniec z szorowaniem, praniem, czyszczeniem i pucowaniem domu – Święta trwają zaledwie trzy dni, damy radę nawet z kurzem za kanapą, istnieje bowiem spora szansa, że nikt tam nie zajrzy

Nasz genialnie prosty i cudownie odciążający nas ze wszystkiego plan, wydawał się nie mieć żadnych haczyków. Niestety nie wypalił. Po pierwsze bardzo szybko doszłyśmy do wniosku, że nikt nie wykona żadnej z zadanych mu czynności lepiej od nas. Rzadko który facet wypucuje okna z taką dokładnością jak my, rzadko który kupi ładną, nie obsypującą się choinkę, a co do rozwałkowywania ciasta, to w ogóle szkoda słów. Rodzina może nawalić, więc lepiej mieć wentyl bezpieczeństwa i wszystko zrobić samemu. Barszcz w proszku odpuściłyśmy, w końcu co to za filozofia zrobić barszcz. Gotowym pierogom też jakoś nie zaufałyśmy – nigdy nie wiadomo czy przemęczony kucharz nie napluł do farszu. Ukręciłyśmy też masę makową, ser na sernik i parę innych rzeczy na wszelki wypadek. Ryby pojawiły się w zastraszającej ilości, bo co to za Wigilia bez ryb. Prezenty wybierałyśmy skandalicznie długo, a potem je same pakowałyśmy, bo przecież własnoręcznie zapakowany upominek to zupełnie co innego niż marketowa masówa. W końcu przyszedł czas na wielkie sprzątanie. Nasz świat stopił się do ścierek, wiader, płynów i ryżowych szczot. Moja przyjaciółka wypucowała nawet srebra, żeby się pięknie, świątecznie błyszczały. Ja zajrzałam w każdy zakamarek (za kanapy naturalnie też), wyszorowałam stół od spodu (!), a nawet przetarłam bombki. Poprawiłam wszystko po dzieciach, i niczym Marry Poppins na parasolce, latałam po całym mieszkaniu na mopie szukając podstępnego brudu, który planował zepsuć mi święta. Rodzinę przepędziłam, bo mi tylko przeszkadzała. Gdybym mogła wyprałabym nawet wdzianko Św. Mikołaja, a reniferom wyczyściła kopyta.

Kobiety mają niesłychaną zdolność do spieprzenia nawet najprostszego planu. Ambicja połączona z brakiem dystansu każde nam dążyć do ideału, nawet wbrew rozsądkowi. Czy my się kiedykolwiek nauczymy, że Święta to nie są zawody, a Mikołaj nie przyszedł nas skontrolować?

W tym roku podejmę kolejną próbę świątecznego wyhamowania... Próbę zapewne nieudaną, ale przynajmniej spróbuję. :)


Leniwych Świąt!!!

Natasza Socha

czwartek, 22 grudnia 2016

Izabela M. Krasińska | Joyeux, joyeux Noël…



Izabela Krasińska przysłała mi ten felieton ze słowami: "Nie wiem, czy coś takiego mogłoby się spodobać. Jeśli jest feralny i psuje klimat, mogę napisać o czymś innym, nie ma problemu". Przeczytałam i... oj, nie, nie! Nie chciałam już, żeby pisała o czymś innym. Ten tekst musiał się ukazać. Bo nie każdy w święta jest szczęśliwy. Bo, jak mówi autorka, "w grudniu nikt nie pisze o świętach w rodzinach patologicznych".

Izabela M. Krasińska debiutowała w listopadzie powieścią "Pod skrzydłami miłości", a dziś macie niepowtarzalną okazję poznać koty Izy- Gryzeldę i Glorię. :)

O Świętach Bożego Narodzenia mawia się, że to szczególny i magiczny czas.  Kiedy na niebie ukazuje się pierwsza gwiazdka, rodziny gromadzą się przy wigilijnym stole, dzielą się opłatkiem i dobrym słowem. Pod pięknymi, kolorowymi choinkami piętrzą się prezenty przewiązane kokardami, za oknami prószy śnieg... Każdy stara się być miły, tolerancyjny, cieszy się widokiem świątecznych ozdób. Dzieci z niecierpliwością oczekują momentu, kiedy dostaną wreszcie swój upragniony podarunek. Domy wypełniają się ciepłem i szczęściem, słychać śpiewane kolędy i pastorałki. Tak, święta to czas, kiedy nikt nie powinien być samotny i nieszczęśliwy… 
Długo zastanawiałam się, co mogłabym napisać na temat świąt bożonarodzeniowych. Uparcie próbowałam przypomnieć sobie jakieś radosne albo zabawne wspomnienie z dzieciństwa, odszukać jakieś zdjęcie z Mikołajem, niestety… Z ludzką pamięcią już tak jest, że szybko zapominamy to, co dobre, za to doskonale pamiętamy wszystkie złe momenty. A może podświadomie chcemy to pamiętać? 
W grudniu nikt nie pisze o świętach w rodzinach patologicznych. Dobrze, nazwijmy je ładniej – rodzinach dysfunkcyjnych. Nie przeczytacie o tym w czasopiśmie dla kobiet, w internecie, nie zobaczycie w telewizji, nie usłyszycie w radiu. W końcu idą święta, nie ma sensu psuć świątecznego nastroju. Nikt, kto wychowuje się w takim domu nie przyzna się przecież publicznie, że u niego święta są smutne, że czasami nie ma ich wcale... Dziś słyszę, że kiedyś u wszystkich było tak samo, że w co drugim domu na wsi była „patologia” i „jakoś potem każdy wyszedł na ludzi”. Zależy jak kto rozumie pojęcie „wyjść na ludzi”... Ja najwyraźniej nie wyszłam. :) Czy to oznacza, że nic takiego strasznego się nie stało? Może i nie. Dzieci z rodzin dysfunkcyjnych myślą, że to, co dzieje się w ich domach, jest normalne, że u innych też tak jest. Nie mówią o tym nikomu, bo po pierwsze się wstydzą, a po drugie, nie ma (dorosłej) osoby, która chciałaby tego wysłuchać. Zostają same ze swoim problemem i same też muszą sobie jakoś z nim radzić. Nierzadko ma to swoje tragiczne konsekwencje...   
Nigdy nie lubiłam, kiedy w szkole pani pytała, jak przygotowujemy się do nadchodzących świąt. Nie miałam pojęcia, jak powinny wyglądać prawdziwe święta bożonarodzeniowe i wielkanocne. Słuchałam więc tego, co mówiły inne dzieci, przypominałam sobie, co czytałam na ten temat w książkach i gazetach, po czym przedstawiałam swoją optymistyczną wersję. Nigdy nie umiałam kłamać, więc tym bardziej się stresowałam, że ktoś nagle powie: Proszę pani, ona zmyśla! U nich tak nie ma!
Kiedy zbliżało się Boże Narodzenie, znosiłyśmy z siostrami ze strychu naszą starą, wielką, łysą choinkę. Była krzywa jak wieża w Pizie. :) Starałyśmy się zapełnić ją bombkami i łańcuchami, żeby jakoś zatuszować jej brzydotę. Ubrane drzewko świąteczne stwarzało nam namiastkę świąt, dawało złudną nadzieję, że tym razem się uda, że w tym roku święta będą normalne, jak u innych. Podzielimy się opłatkiem, rozpakujemy prezenty, może zaśpiewamy jakąś kolędę. Czasami rzeczywiście się udawało. Pamiętam jedną taką wigilię, smak czerwonego barszczu, którego wówczas nie znosiłam. Ale najważniejsze było, że siedzimy wszyscy przy stole, że ojciec jest trzeźwy, nikt się z nikim nie kłóci, nie wyzywa, nie bije. Takich wigilii nie było zbyt wiele, ale jednak się zdarzały. Znacznie łatwiej było w pierwszy i drugi dzień świąt, kiedy przychodzili do nas goście. Udawaliśmy wtedy, że wszystko jest okej. I przez te kilka godzin było. Dorośli rozmawiali, śmiali się, pili, żartowali, robiliśmy sobie zdjęcia. Potem goście wychodzili i zaczynało się piekło. A jeszcze później wracałam do szkoły i musiałam udawać, że u mnie święta też były fajne i dostałam mnóstwo prezentów.
Pierwsze, prawdziwe Boże Narodzenie w moim życiu obchodziłam dwanaście lat temu, po śmierci mojego ojca. Po raz pierwszy wszystko było tak, jak powinno. Z nową, piękną choinką, prezentami, świątecznymi potrawami, kolędami i… spokojem. Nawet nie wiedziałam, że można spędzić wigilię w ten sposób.
Dzisiaj, kiedy jestem dorosła, jest mi łatwiej zrozumieć, wybaczyć, poukładać sobie pewne sprawy z przeszłości. Może te moje święta nie są dziś takie wspaniałe jak u innych, ale dla mnie najważniejsze jest to, że co roku spotykamy się wszyscy przy stole, że nikogo nie brakuje. Prawie nikogo. Sześć lat temu odeszła moja babcia. Wraz z nią skończyła się pewna tradycja, pewna epoka, pewien ważny rozdział w życiu… 
Święta w naszym domu są dziś radosne również dlatego, że mamy kilka kotów. Kociarze rozumieją co oznacza kot, który widzi choinkę ubraną w bombki i łańcuchy…? No właśnie. Każdy z moich futrzaków jest znajdą, dzieckiem znajdy albo przybył do nas z jakichś strasznych miejsc. Wiem, że większość ludzi woli psy, bo są sympatyczniejsze. Paradoksalnie, to właśnie koty nauczyły mnie okazywania uczuć, odpowiedzialności i troski o innych. To piękne i mądre zwierzęta, ale bardzo wymagające. No i egoistyczne. Bardzo łatwo jest wyleczyć się przy nich z własnego samolubstwa. :) Dzięki nim święta są hm… ciekawsze i bardziej emocjonujące? Co roku ktoś trzyma gardę przy choince, żeby przetrwała, a przynajmniej te kilka bombek... Od kilku miesięcy przebywa u nas mała kotka (też znajda), która jest prawdziwym wulkanem energii. Wszędzie jej pełno, wszystkiego musi dotknąć, posmakować, a najlepiej zniszczyć. Z tego powodu rozważamy, czy w tym roku opłaca nam się w ogóle ubierać choinkę… :)
Przepraszam, jeśli swoim artykułem zepsułam komuś świąteczny nastrój. Długo zastanawiałam się, czy napisać ten tekst. Pomyślałam jednak, że warto i trzeba, bo rodzin podobnych do mojej, było i jest tysiące. Zanim dzieciaki z takich domów dorosną, muszą przeżyć kilkanaście „wigilii” z pijącym i bijącym rodzicem. Nie jest potem łatwo wymazać to z pamięci i stworzyć ciepły, pełny miłości dom. Wielu ludzi bagatelizuje problemy DDA, mówi „nie przesadzaj, inni mieli gorzej. Zobacz, jak było w czasie wojny”. Owszem, da się to przetrwać, ale nie da się tego zapomnieć. To zostaje w człowieku na zawsze (vide Imagine Dragons „Demons”). Mimo wszystko, staram się patrzeć na świat optymistycznie. Jak powiedział Johann Wolfgang von Goethe: „Potykając się można zajść daleko, nie wolno tylko upaść i nie podnieść się.”
Życzę więc wszystkim, żeby Wasze święta były piękne i spokojne, wypełnione szczęściem i miłością. I śniegiem, jeśli ktoś lubi. :) Żeby przy Waszym wigilijnym stole nie zabrakło Waszych bliskich, żeby dopisywało Wam zdrowie i wszelka pomyślność. Nie kłóćcie się o drobiazgi, nie warto. Jak zwykłam powtarzać: „Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej” :)

Wesołych Świąt!
Izabela M. Krasińska 



poniedziałek, 19 grudnia 2016

Magdalena Knedler | Najlepsze prezenty ukryte są w sercach



Dziś o swoich Świętach pisze dla Was Magdalena Knedler, znana i lubiana autorka takich powieści jak "Pan Darcy nie żyje", "Nic oprócz strachu" czy"Nic oprócz milczenia". Podobnie jak autorka poprzedniego felietonu, Anna Fryczkowska, upiera się, że Mikołaj nie istnieje. No, wiecie co, drogie Panie? :)


Święta Bożego Narodzenia zawsze spędzałam tradycyjnie, przy stole i w gronie rodzinnym. Nikt nigdy nie zdobył się tutaj na ekstrawagancję, choć każdego roku ktoś wygłasza uwagę, że przygotowaliśmy za dużo jedzenia i trzeba się było nasprzątać, a i tak za chwilę zrobi się bałagan. To nieważne. Lubimy tę powtarzalność, cykliczność definiującą grudzień i koniec roku. Kulinarnych talentów raczej mi natura poskąpiła, ale jeśli otrzymywałam jakieś zadanie w kuchni – starałam się je wypełniać sumiennie. A te niekuchenne – jeszcze sumienniej. Bywało również tak, że wyznaczałam je sobie sama.
Kiedy miałam siedem lat, poczułam się bardzo dorosła – w końcu były to moje pierwsze święta, które przeżywałam jako uczennica pierwszej klasy szkoły podstawowej, a nie jako przedszkolak lub zerówkowicz. I postanowiłam, z braku innych przedświątecznych zajęć, poukładać stare płyty winylowe rodziców. Uwielbiałam się zresztą nimi bawić, oglądać je, dotykać, przekładać. Był to więc również pretekst, by nieco w nich poszperać. Płyty leżały zawsze w dolnej szafce naszej meblościanki (meblościanka była obowiązkowa!) i każdy o tym wiedział. Także ja. A moi rodzice wiedzieli, że ja wiem :) I mimo to zdecydowali się właśnie tam... ukryć dla mnie prezent pod choinkę! Naprawdę, właśnie tam. Był to czas całkiem nowej mody na lalki Barbie i łabędziego śpiewu Pewexów. A zatem znalazłam oczywiście Barbie z dwoma zestawami ubrań. Zdążyłam wszystko bardzo dokładnie obejrzeć, a nawet powąchać. Stałam się wtedy mistrzynią dyskrecji i powściągliwego milczenia, bo w domu była wówczas ze mną babcia, która zauważyła, że „jestem jakaś cicha” i „taka grzeczna”... Schowałam swój prezent na miejsce, płyt nie ułożyłam i przez resztę dnia chodziłam jak struta, bo mnie ta tajemnica mocno uwierała. 
Rodzice rozpracowali mnie bez większych problemów, a ja dokonałam tamtego roku dwóch ważnych odkryć. Po pierwsze – kiepsko kłamię. Po drugie – Święty Mikołaj naprawdę nie istnieje i nie ma się co dłużej oszukiwać.
Mimo to – święta i tak były magiczne, jak co roku. Bo przecież najlepsze prezenty ukryte są w sercach. I oby nie trzeba było nigdy zbyt długo ich szukać.

Magdalena Knedler

sobota, 17 grudnia 2016

Anna Fryczkowska | Święty Mikołaj nie istnieje

Rys. Adela Fryczkowska

Tegoroczny cykl świąteczny obfituje w oryginalne, nieszablonowe teksty. Tym razem Anna Fryczkowska, autorka świetnej powieści "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)", wylicza powody, dla których... nigdy nie wierzyła w świętego Mikołaja! Przeczytajcie koniecznie.


- Mamo, cudów nie ma, on musiał zostawić jakieś ślady! – krzyczy synek przyjaciółki w mikołajkowy poranek.
Wiary w istnienie Świętego Mikołaja chłopiec nie kwestionuje, wiarę w brak śladów nieodrodny syn czytelniczki kryminałów poddaje w wątpliwość od razu.
Pamiętam też jak inna moja przyjaciółka zrobiła awanturę w przedszkolu. Inne dzieci bowiem uświadamiały jej córkę, że Świętego Mikołaja nie ma, a prezenty tak naprawdę kupują rodzice. Moja przyjaciółka sobie natomiast nie życzyła, by ktokolwiek niszczył w jej córce dziecięcą wiarę w cuda.
To właśnie ja byłam takim dzieckiem w przedszkolu. Uświadamiałam.
- No i co? I może moja mama kłamie? - słyszałam w odpowiedzi. - I sama kupuje prezenty, a mnie tylko mówi, że to od Mikołaja?
No właśnie, zawsze było mi trudno zrozumieć, po co to komu. Po co rodzicom potrzebne podtrzymywanie tych opowieści, których brak logiki zrozumie średnio rozgarnięty sześciolatek. I zaraz zada pytanie, jakim cudem jeden facet obskakuje tyle domów w jedną noc. A wtedy rodzice zaczynają się wić, kreują byty dodatkowe, czyli elfy i śnieżynki, tłumaczą rzecz jakimiś nadprzyrodzonymi mocami, świętością na przykład.
A dzieci dalej bombardują pytaniami:
Co Mikołaj robi przez resztę roku?
Dlaczego nie może rozłożyć sobie pracy bardziej równomiernie?
Dlaczego w jednej galerii handlowej można zobaczyć jednocześnie kilku Mikołajów i który z nich jest prawdziwy?
Dlaczego musi sam wszystko wozić, przecież są kurierzy?
Kiedy on się urodził, a skoro tak dawno, to jakim cudem ma lepszą kondycję niż dziadek?
Czy Śnieżynka jest żoną świętego Mikołaja? I kim w tej rodzinie są elfy?

Mnie mama wytłumaczyła, że z jakichś powodów dorośli lubią udawać, że Święty Mikołaj istnieje. Bogatsza o tę wiedzę z wyrozumiałym uśmiechem znosiłam wygłupy mojego wujka Marcina, gdy w Wigilię doczepiał sobie brodę z waty i mówił natchnionym basem, a nie swoim zwykłym tenorem. To było naprawdę zabawne. Ale wierzyć w to?
Z tych wszystkich prezentów najbardziej lubię, gdy jesteśmy razem i śnieg pada. Cicho i dużymi płatami. Facet w czerwonych gatkach natomiast w niczym mi do tej atmosfery nie jest potrzebny. Niech zostanie z kumplami w galerii handlowej. Żaden nie jest prawdziwy.

Anna Fryczkowska

czwartek, 15 grudnia 2016

Sabina Waszut | Święta zapomniane



Sabina Waszut zaczyna swój felieton słowami "Nie opowiem Wam o tym jak spędzam Święta". Takiego tekstu na w cyklu świątecznym jeszcze nie było. Autorka ("Bar na starym osiedlu", "Rozdroża") opowiada o Świętach, z jakimi spotyka się w pracy w muzeum etnograficznym. O Świętach sprzed lat.


Nie opowiem Wam o tym jak spędzam Święta. Takich opowieści słyszeliście już wiele. Każda trochę do siebie podobna. Współczesne Święta to choinka ubierana czasem dopiero w Wigilijny poranek a czasem wiele dni wcześniej, to stół, przy którym gromadzą się najbliżsi i prezenty, które w zależności od regionu przynosi nam Mikołaj, Aniołek albo Dzieciątko. Współczesne Święta, to też szaleństwo zakupów i czasem odrobina nostalgii i żalu, że być może w tym pędzie coś pogubiliśmy.
Dziś chciałabym abyście posłuchali opowieści o Świętach sprzed wielu lat, takich z jakimi na co dzień spotykam się w mojej pracy w muzeum etnograficznym i o jakich opowiadam dzieciom na zajęciach bożonarodzeniowych.
Wyobraźmy sobie, że nagle znikają świąteczne reklamy i kolędy grane już od listopada w radio. Oczywiście pozbywamy się też samego radia i telewizora, a przy okazji również prądu.
Na choince, żywej i pachnącej jeszcze lasem, którą przyozdobiliśmy jabłuszkami, piernikami i orzechami, zapalamy świece.  Światło rozjaśnia wnętrze, możemy rozejrzeć się wokół. W rogu izby stoi snopek żyta, jest też Betlejka (stajenka), bez której tu na Śląsku długo nie wyobrażono sobie „Godów” i wieniec adwentowy, płoną na nim już wszystkie świece.
Stół ugina się od potraw. Święta muszą być bowiem „bogate”.  Na stole stoi misa z siemieniotką (zupą z siemienia lnianego) oraz moczką (piernikową zupą z bakaliami i śliwkami). Potrawy wigilijne przygotowywane są z tego co na polu i w sadzie wyrosło, są więc warzywa, owoce, orzechy i miód. Wśród potraw nie znajdziecie karpia, ani nawet śledzi, one pojawiły się na wigilijnych stołach dużo później.
            Oczywiście nie może zabraknąć dodatkowego nakrycia, nie tylko dla zbłąkanego wędrowcy, ale i dla tych wszystkich, którzy w mijającym roku zmarli. Mówi się, że tego wieczoru, oni również zasiadają z nami do Wigilii.
            Po wieczerzy nikt się nie rozchodzi, nikt nie włącza telewizora ani nie zaczyna odpisywać na SMS-owe życzenia.
Ludzie wierzą, że w tą jedyną noc w roku, można przepowiedzieć przyszłość, można dowiedzieć się co będzie czekało bliskich w nadchodzącym, nowym roku. Wróżby są przeróżne: z źdźbła siana wyciągniętego spod obrusu (jeśli jest jeszcze zielone, wróżba jest pomyślna, jeśli zupełnie suche, niedobra), z orzechów, z jabłek. Należy też sprawdzić, czy zakwitła gałązka wiśni, ścięta w pierwszą niedzielę adwentu bądź według innych tradycji, w dzień Świętej Łucji.
Późnym wieczorem cała rodzina kolęduje przy Betlejce, dzieci odpakowują prezenty od Dzieciątka, któremu, jeszcze przed wieczerzą nasypały na parapet odrobinę cukru, aby na pewno do nich trafił.
I tak aż do Pasterki, na którą wyruszają wszyscy, ciesząc się z Bożego Narodzenia, które nadeszło.
Choć takich Wigilii już nie ma. Choć nie możemy przenieść się w czasie. Życzę Wam Świąt pełnych dobrych wspomnień.  Nie zapominajmy o tradycji, w której wyrośliśmy, nawet gdy tegoroczne Boże Narodzenie spędzimy już zupełnie inaczej.
Sabina Waszut



wtorek, 13 grudnia 2016

Magdalena Wala | Święta w mojej rodzinie to czas spokoju



Dzisiaj o swoich świętach pisze dla Was Magdalena Wala, autorka powieści "Przypadki pewnej desperatki" i "Marianna". Z pewnych źródeł wiem, że pisarka szykuje kolejną książkę, dziś możemy zatem uznać, iż... odliczamy nie tylko do świąt, ale i do następnej premiery. :)

Święta w mojej rodzinie to okres spokoju, radości, ale przede wszystkim bliskości, którą dają najbliżsi. Co roku przeżywamy je wyłącznie w gronie najbliższej rodziny. Przygotowania w pewnym sensie rozpoczynają się w okresie wczesnej jesieni, kiedy to mój tata ze swoich wędrówek po lasach przynosi zebrane grzyby, które następnie mama suszy lub piecze i marynuje. Ozdoby choinkowe to również wytwór rąk mamy, która uwielbia wszystkiego rodzaju robótki więc wieczorami robi szydełkowe albo frywolitkowe bombki, gwiazdki oraz łańcuchy. Do tego pasowałaby jeszcze żywa, pachnąca choinka, ale taką podczas świąt mieliśmy tylko raz. Po świętach, przykro było patrzeć jak marnieje, traci igły, aż ostatecznie trzeba ją było wyrzucić. Dlatego uważam, że miejsce żywych drzewek jest w lesie, albo w naszym ogrodzie, a sami zadowalamy się sztucznym.
Nadchodzi grudzień, a wraz z nim świąteczne dekoracje w miastach, rozmaite jarmarki bożonarodzeniowe z tradycyjnym jedzeniem oraz ozdobami świątecznymi. Ze świąteczną muzyką w sklepach, która ma zachęcić do zakupów, a często irytuje, bo pojawia się już w listopadzie. Wraz z grudniem przychodzi nadzieja, że Święta w tym roku będą białe, zaśnieżone i mroźne. Spada pierwszy śnieg i następuje okres oczekiwania i gorączkowych przygotowań.
W Wigilię przede wszystkim stroimy dom zawieszonymi w oknach gwiazdkami, girlandami z bombkami i gwiazdkami, ubieramy choinkę we wszystkie stworzone przez mamę cudowności.  A poza tym gotujemy. Ponieważ moi rodzice pochodzą z rodzin o różnych tradycjach zastąpili zupy spożywane podczas wigilii w ich rodzinach czyli Siemieniotkę i Moczkę zupą grzybową. Poza tym na wigilijnym stole lądują ryby – czasami są to karpie, ale też pojawia się dorsz, szczupak lub inne. Na zimno jemy śledzie w śmietanie. Inne wigilijne dania to kapusta z grzybami, kompoty z suszonych owoców – śliwek i gruszek oraz makówki. Kończymy wieczerzę kawałkiem chleba z masłem – i wypowiadanymi słowami – „Oby ci chleba nie brakło”, jabłkami oraz orzechami z własnego ogrodu. Na koniec dzielimy się opłatkiem i składamy sobie świąteczne życzenia. Nim zakończymy wigilię modlitwą, śpiewamy kilka kolęd – nie wygralibyśmy żadnego konkursu na Kolendę, ale nic dla mnie nie brzmi tak cudownie jak wyśpiewane w rodzinnym gronie Lulajże Jezuniu.
Na Święta dzielimy się również z najbliższymi prezentami – przy czym nie jest dla nas ważne tyle otrzymywanie, co dawanie tego, co może bliskiej osobie sprawić największą radość. A potem po prostu cieszymy się sobą.

Święta Bożego Narodzenia to dla mnie przede wszystkim czas obecności najbliższych. I tego właśnie chciałam Wam w ten szczególny czas życzyć. 

niedziela, 11 grudnia 2016

Iwona Żytkowiak | O nadzwyczajności zwykłych świąt



Na te grudniowe dni czekamy przez cały rok. Dlaczego? Co magicznego jest w jednych z ostatnich dniach w roku? Na te pytania odpowiedź próbuje znaleźć Iwona Żytkowiak, pisarka, autorka między innymi powieści "Świat Ruty" i "Dokąd teraz?". Zapraszam na kolejny wpis ze świątecznego cyklu.


Święta Bożego Narodzenia… wydobyte ze wspomnień wciąż jawią się niesamowitą fuzją zapachów, smaków, obrazów i dźwięków, wielką synestezją. Jestem wciąż w owych wspomnieniach małą dziewczynką, która ubrana w specjalnie na tę okoliczność uszytą przez panią Chudzikową sukienką z wielkimi kokardami w czarne grochy, z wyczesaną na środku głowy mikrą palmą owiązaną szyfonowymi wstążkami, które wciąż straszyły, że przy byle ruchu zsuną się z cienkich włosków ku niepociesze mamy. Ta zaś – wysztafirowana – piękniejsza niż kiedykolwiek, ponaglała tatę, by jeszcze spakował do torby prezent dla Luci i dzieciaków, bo ona nie zdążyła, by jeszcze wyglansował Krzysiowi buciki, bo to przecież nie do pomyślenia, by w święta nosić unurane buty, by jeszcze podsypał pod paleniskiem w piecu, bo wprawdzie nie będzie nas całe święta, ale dobrze, by choć trochę się w domu nagrzało i kiedy już wrócimy – cieplej będzie i przyjemniej. I jeszcze posprawdzał, czy gaz wyłączony, czy okna podomykane…. Bo święta w moich wspomnieniach zawsze były białe, śnieżne i mroźne. A potem spieszyliśmy się. Mama, stukając cienkimi szpilkami po wyszczerbionym betonie, ciągnęła mojego brata za rękę, ja zaś przyczepiona do tatowego palta, wdychałam zapach wody kolońskiej i tuliłam się do gładkiej – po goleniu twarzy. Oczywiście, mama stukała, gdy chodniki  były odśnieżone, bo jak nie, to zatrzymywała się co rusz, bo buty więzły jej w śniegu, musiała więc przystanąć, by otrzepać obcasy i śnieg z cienkich stilonowych pończoch, bo i bez tego zimno jej było jak jasna pogoda. Za nic jednak nie posłuchała taty, który napominał, by założyła kozaki, a buty dała do toreb, które i tak musiał dźwigać jak wielbłąd i żadnej różnicy – jedne buty wte i wewte. Mama, nie zważając zupełnie na taty gadanie, drobiła kroczki, nie puszczając ręki Krzysia. Najpierw do babci Kazi, dziadka Józia i cioci Heni ( na którą zresztą podobnie jak na do pewnego momentu na siostry mamy nigdy „ciocia” nie powiedziałam). Niespecjalnie lubiłam tam chodzić na święta. Było cicho, a dziadek mało co się odzywał i niezbyt przyjaźnie spoglądał na mojego brata ( kiedyś mi mama mówiła, że to przez Henię, która była nieco „inna”, a dziadek nie bardzo mógł to przeżyć, że Krzysiu – to taki mądruś i filozof, a Henia – niekoniecznie). Mniejsza o to. W każdym razie po krótkim przełamaniu opłatkiem, życzeniach wszelkiego powodzenia i oby kolejny rok nie był gorszy niż poprzedni – zbieraliśmy nasze „sakwojaże” i schodząc ostrożnie po wyrobionych, drewnianych schodach, trzymając się sękatych poręczy, ruszaliśmy dalej. Do Pełczyc. Czasem było zbyt późno, by gnać na pociąg na koniec miasta. A jeszcze te szpilki mamy i te torby! I ja na rękach! Wówczas, tata silił się na gest! I mijając rynek – zupełnie nieświąteczny, z  jedną nieokazałą choinką ( nie tak ja dzisiaj – istna feeria barw i świateł), fundował taxi. I choć do Pełczyc było niespełna sześć kilometrów, to czułam, jak mi serce rośnie, jak potężnieją emocję, jak przyciskam się coraz mocniej do taty, który raz po raz rzuca pytanie: A ciekawe, co tam nasza Gosia znajdzie dziś pod choinką? Czy to będzie lala ze szklanymi oczami, które zamykają się i otwierają, czy może spódniczka z falbankami? A może to będzie rózga? Mama trącała ojca, by nie wygadał się.  A mnie było wszystko jedno! Chciałam tak jechać i jechać przez białą połać łąk, przylgnięta do taty, zerkając na moją piękną niczym Rita Hayworth mamę i mądrego brata.
Dom moich dziadków był niewielki i mieścił się przy ulicy nomen omen może nie Niewielkiej, ale Krótkiej. W środku już było ludnie. Pachniało cynamonem, grzybami, pastą po podłogi i klejami szewskimi. ( Te ostatnie zapachy to stąd, że dziadek Stanisław był szewcem i zimową porą pod schodami prowadzącymi do górnej części domu miał swój warsztat). Zanim się spostrzegłam już do obfitych piersi zagarniała mnie babcia Stasia, wytarłszy wcześniej ręce oblepione pierogowym ciastem o fartuch, który zdradzał wcześniejsze specjały szykowane przez babcię. Za nią z góry zwisał wujek Kaziu, który przyjechał z ciocią Ulą wcześniej, by się ulokować na górze z małym dzieckiem. Z malutkiego podwórka, mieszczącego się niejako w środku domu ( niczym szumne patio, ale w rzeczy samej było niewielkim poletkiem pod gołym niebem, osłoniętym z każdej strony innymi budynkami) wybiegała zziębnięta ciocia Lucia, przywoływana niecierpliwym głosem swojego męża – Jerzyka. Rwetes, zamieszanie, gwar… Spuszczona z oczu, zdjęta z ojcowych rąk przemykałam niespostrzeżenie do „stołowego”. Tu było cicho. Tu z radia ustawionego na toaletce sączyła się jakaś kolęda śpiewana przez chór polskiego radia. Tu stały połączone stoły przykryte białym obrusem, tak sztywnym od krochmalu, że można było palce skaleczyć o jego rant. Tu pachniało sernikiem, makowcem, ciastem drożdżowym, które to wiktuały stały poukładane w piramidy na paterach, porozstawiane na kredensach, z szybkami odbijającymi kolorowe światełka choinkowych lampek. I lasem tu pachniało. Bo tu też stała choinka, którą dziadek dostał w zamian za zwężenie cholewek i podzelowanie butów okolicznego leśniczego. Wielka i strojna. Spowita anielskim włosiem (co to Ela powiadała, że się lameta nazywa, ale nie wiedziałam, czy ma racje, czy nie). Ciężka od czerwonym jabłuszek, które jedno w jedno wisiały na cienkich sznureczkach, od orzechów włoskich, w które dziadek powbijał teksiki, by było na czym je uwiązać, od pierników wypiekanych przez ciotki – Ulkę i Elkę, od długich lizaków w pozłotkach, które z lubością podkradaliśmy, bo mamiły i kusiły, lecz potem rzucaliśmy gdzie bądź, bo okazywało się, że co innego patrzeć, a co innego lizać i istotnie – to zgoła nie to samo. Z pierwszą gwiazdką, której znalezienie i obwołanie jej obecności światu należało do mojego brata Krzysztofa, gromadziliśmy się przy stole. Babcia Stasia z dziadkiem Stasiem, ciocia Lucia z Jerzykiem i małym Wojtusiem, Ela z Waldkiem i Kasią, Wujek Stasio z Krysią, Mirkiem i Halinką, wujek Rysio z ciocią Halinką, Jareczkiem i bliniakami, które wcale nie były jak dwie krople wody, ale całkiem inni – Bogusiem i Mieciem, Ula z Kaziem i Anią, no i my ( A iluż jeszcze nie było, bo dopiero miało przyjść się im narodzić, całkiem jak małemu Jezuskowi: Pawełkowi, Łukaszkowi, Robciowi, Dorce i Asi)
I Bóg się rodzi szło pod niebiosa, i  Jezu malusieńki, i Lulajże Jezuniu… – jak kto umiał tak Boga nowonarodzonego wychwalał… Ciocia Zosia – falsetem, bo głos miała wyrobiony po miejscowych chórach, mama moja fałszowała nieco, bo to Bóg – owszem urodę jej dał, ale talentu do śpiewania odmówił, wujek Stasiu trąbił głosem silnym, wyrobionym w tancbudach i po weselach, babcia zawodziła, czasem wpadając w drażniące ucho jodłowanie.
 Tata przygrywał nam wszystkim na akordeonie, wujek Stasiu wtórował mu na swoim, który był proporcjonalnie w stosunku do postury większy od tatowego. ( Tata był filigranowy i drobny i miał weltmeistra osiemdziesiątkę. Był na strychu dziadków. Wujek Stasiu – słusznej postury, wołaliśmy na niego Pasibrzuch i w zabawie przewalaliśmy się po jego krągłym jak piłka brzuchu – grał na sto dwudziestce i nie wiem, jak ją przytargał aż z Kudowy, bo tam chyba mieszkał wówczas). Dom trząsł się w posadach od wychwalania i podziękowań za Pańskie Narodzenie.
O północy chmarą całą, jak szeroka Krótka szliśmy na pasterkę. Całą rodziną. Ramię przy ramieniu. W powietrzu unosiły się śpiewy, w oknach mijanych domów błyskały światełka, śnieg skrzypiał pod butami, mróz skrzył się na płotach, drzewach…Wujek Waldek rzucał nam pod stopy kapiszony. Szliśmy więc w podskokach. I czuliśmy, że jesteśmy Rodziną, która silniejsza jest niż cokolwiek na świecie.
A któregoś lata stało się: odszedł dziadek, potem babcia. A innego listopada…stało się odszedł Tata, a kolejnego męża mama, a potem jeszcze jego tata…I już nic nie było takie samo. I naraz stałam się bardzo dorosła. Teraz na mnie spoczywa owa powinność tworzenia świat, tworzenia magii, tkania materiału na wspomnienia dla moich dzieci, wnuków….
I tego, by on – ten materiał – był piękny i bogaty – tego sobie, jak i Wszystkim – moim Przyjaciołom, Czytelnikom, Znajomym i Nieznajomym – życzę

Gośka Żytkowiak

czwartek, 8 grudnia 2016

Joanna Marat: Ze wszystkich świątecznych tradycji najbardziej lubię to kolorowe drzewko



Symbol Świąt? Z pewnością dla wielu osób jest nim choinka. Nie inaczej jest w przypadku Joanny Marat, autorki takich powieści jak "Jedenaście tysięcy dziewic" i "Madonny z ulicy Polanki".  Jak sama mówi, myśl o otwarciu pudła z choinkowymi ozdobami "dodaje jej otuchy w ciemne grudniowe dni". 
Zapraszam na kolejny wpis w świątecznym, pełnym magii cyklu.


Pamiętam z dawnych lat kilka jej upadków. Z trzaskiem i bolesnych w dodatku. A wszystko przez te bombki. Takie piękne przecież. Kolorowe, delikatne i zupełnie nieprzystające do topornej peerelowskiej rzeczywistości. Czasem w ponury późnojesienny dzień, nie mogąc doczekać się ich premiery, otwierałam magiczne pudło z burej tektury pełne migotliwych skarbów, które przenosiły mnie do innego, lepszego świata. Liczyłam je, katalogowałam w myślach. A potem, gdy bohaterka świąt była już ubrana, a właściwie wystrojona jak choinka, wystarczyło, że trąciła ją jakaś zaplątana kocia łapka czy psia morda albo po prostu silniejszy podmuch wiatru i już leciała z nóg. Mdlała jak eteryczna dama. Rozbijała się o podłogę niczym figurka z porcelany. A potem, gdy już było po wszystkim, odnotowywałam bolesne straty. I opłakiwałam je po cichu. Bo przecież nie wypadało się mazgaić z tak błahego powodu.


Mimo to, a może właśnie dlatego, ze wszystkich świątecznych tradycji najbardziej lubię to kolorowe drzewko. Mrugające białymi i niebieskimi światełkami. Upstrzone bombkami  - Mikołajami albo jakimiś cudacznymi bombkowymi ludzikami czy zwierzakami. Czekam na ten moment, gdy słoneczne promienie podświetlą którąś z moich ulubionych choinkowych zabawek – Mikołaja Grubasa zwanego Mykołą Kagiebistą, a potem Mikołaja Chudzielca, co siedzi okrakiem na ziemskim globie zupełnie jakby był specjalnym wysłannikiem jakiegoś potężnego mocarstwa, by wreszcie popieścić nieco orientalnego Mikołaja w niebieskiej szacie. Co roku dokupuję na jarmarku świątecznym nowe zabawne świecidełko i cieszę się tą zdobyczą jak dziecko. Trzymam moje choinkowe cymelia w eleganckim tekturowym pudle w różyczki. Niedługo znowu je otworzę. Ta myśl dodaje mi otuchy w ciemne grudniowe dni.

wtorek, 6 grudnia 2016

Małgorzata Rogala | 6 grudnia jest dla mnie symbolicznym początkiem okresu przedświątecznego



Zapraszam na kolejną odsłonę cyklu świątecznego.
Dzisiejszy felieton przygotowała dla Was Małgorzata Rogala, autorka między innymi powieści kryminalnych "Zapłata" i "Dobra matka". Jej najnowsza książka, "Ważka", ukaże się 15 lutego, a tymczasem pisarka dzieli się z Wami swoimi przemyśleniami na temat Świąt i okresu przedświątecznego, który dla niej właśnie dziś się rozpoczyna.


6 grudnia jest dla mnie symbolicznym początkiem okresu przedświątecznego. Właśnie tego dnia kupuję gwiazdę betlejemską (koniecznie czerwoną) i wkładam ją do ozdobnej doniczki. Robię dekoracje świąteczne: ustawiam na półkach okolicznościowe ozdoby (lampiony w kształcie domków, figurki, śnieżne kule z pozytywką), zakładam na poduszki pokrowce ze świąteczno-zimowym motywem. Wyjmuję z szuflady płyty z piosenkami i pudełka z filmami świątecznymi. Lubię też spacerować udekorowanymi ulicami i oglądać sklepowe wystawy. A więc już się wydało, że lubię ten cały przedświąteczny kicz spod znaku „All I want for Christmas is you” i wcale się tego nie wstydzę. Na szczęście nie ulegam zakupowemu szaleństwu… No, może poza książkami.

Nie robię zbyt dużego zamieszania związanego z przygotowaniami do świąt. Nie organizuję rodzinie nadzwyczajnego sprzątania, a przygotowanie potraw dzielę na etapy. Święta kojarzą mi się z ciepłą, magiczną atmosferą, bliskimi ludźmi, wzruszeniem, zapachami, blaskiem świec, ale także ze świąteczną muzyką i dużą porcją radości. Uwielbiam wieczory przy choince, czas spędzany z rodziną i przyjaciółmi, śmiech, rozmowy, oglądanie świątecznych filmów, czytanie książek. Choinkę od lat ubiera moja córka. Co roku wybieramy motyw wiodący: raz jest to choinka anielska, innym razem zamieszkują na niej pluszowe misie i bombki z misiami. Albo cała mieni się złocistym blaskiem. Kiedy byłam dzieckiem, na choince obowiązkowo musiały wisieć cukierki, opakowane w kolorową, szeleszczącą folię. Wyjadało się po kryjomu te cukierki, a opakowanie zawijało z powrotem tak, żeby dorośli nie zorientowali się, że te cukierkowe ozdoby są wybrakowane. Druga rzecz, która kojarzy mi się z świętami z tamtego okresu, to szukanie prezentów – metodyczne i pełne determinacji przeszukiwanie szafek, tapczanów i szuflad.

Święta to okazja do składania i wyrażania życzeń, postanowień, obietnic. To także czas, gdy ludziom włącza się miłość do świata i bliźnich. Życzyłabym sobie i innym więcej dobra na co dzień, więcej tolerancji, otwartości, oraz tego, żebyśmy żyli i pozwalali spokojnie żyć innym. A poza tym zdrowia, optymizmu, pogody ducha, cieszenia się drobiazgami i wiary w siebie.

Przesyłam wszystkim serdeczne pozdrowienia i dziękuję Tobie, Magda, za zaproszenie.

Małgorzata Rogala

sobota, 3 grudnia 2016

Joanna Szarańska | Chłonę smaki, zapachy i melodie Świąt




To kolejna, trzecia już odsłona lubionego przez Was cyklu świątecznego.
Jak co roku, poprosiłam dziesięć autorek o przygotowanie wpisów, które umilą przygotowania do Świąt. Zapraszam na pierwszą odsłonę, której bohaterkami są Joanna Szarańska, autorka komedii "I że ci nie odpuszczę" i "Kocha, lubi, szpieguje", oraz... jej córeczka Milenka. :)


Każdego roku wpatruję się z zachwytem w kolorową choinkę i myślę, że muszę się nią nacieszyć, bo kolejne święta dopiero za rok. A potem miesiące przemijają szybko i zanim się spostrzegę, na ulicach znów pojawiają się świąteczne dekoracje, a ja mimowolnie zaczynam podśpiewywać pod nosem „Merry christmas everyone”. Uwielbiam tę piosenkę!

Gwiazdka to okres, który bardzo silnie na mnie oddziałuje. Wczuwam się w klimat, śpiewam kolędy, chłonę smaki, zapachy i melodie. To także czas, kiedy często popadam w zadumę i wzruszenie. Potrafi mnie do tego skłonić refleks kolorowego światełka w kołyszącej się na gałązce bombce, zapach gotowanego barszczu z grzybami, przyklejony do języka opłatek albo smak ukrytej pod choinką czekolady. W takich chwilach bardzo często wracam myślami do świąt z dzieciństwa albo myślę o mamie, której bardzo nam brakuje przy wigilijnym stole.
W naszym domu święta obchodzi się bardzo tradycyjnie, choć niektóre tradycje zostały nieco zmodyfikowane :)

W Wigilię od rana gotujemy różne przysmaki i stroimy choinkę. Od dwóch czy trzech lat przy tym drugim dzielnie pomaga Milenka, co sprawia, że cały proces nieco się wydłuża, ale nam to nie przeszkadza. Z tego samego powodu od pewnego czasu mamy na drzewku ozdoby nietłukące... trochę wiklinowych, trochę drewnianych, trochę własnoręcznie uszytych przeze mnie z filcu. W tym roku planowałam odkurzyć zapomniane bombki, ale w domu pojawił się kot Cynamon, więc jeszcze nie wiem, jak to będzie... ;)

Przy ubieraniu choinki często wspominam drzewka towarzyszące mi w dzieciństwie. Jedna z moich choinek miała nawet imię, cóż, pomysłowość dziecka nie zna granic! Poza tym często mieliśmy świeże drzewka, przyniesione prosto z lasu, pachnące. Wisiały na nich cukrowe laski w błyszczących papierkach i anielskie włosie, którego odrobinę się bałam. I setki kolorowych baniek, a przynajmniej tak mi się wydawało, gdy byłam dzieckiem...

Zawsze wypatrujemy pierwszej gwiazdki, ale do stołu wigilijnego zasiadamy wtedy, kiedy zaburczy w dziecięcym brzuszku. Oczywiście to tylko metafora, nie myślcie, że głodzimy dziecko ;) Przed wieczerzą wspólnie się modlimy i łamiemy opłatkiem. Ta część wieczoru jest dla mnie bardzo wzruszająca, czasami aż ściska mnie w gardle, a talerze stojące na stole robią się dziwnie zamazane.
Na naszym wigilijnym stole znajdują się potrawy, które podawała wcześniej moja babcia, a po niej mama. Najpierw zjadamy biały barszcz z grzybami podawany z ziemniakami, potem ugotowany groch i kompot z suszonych owoców – pewnie ten przysmak niejedną osobę zdziwi, ale właśnie w ten sposób podawało się w moim domu, groch razem z kompotem z suszu. Następnie zjadamy uszka z czerwonym barszczem lub pierogi z kapustą i grzybami, a na koniec smażoną rybę, obowiązkowo karpia. Do rybki podajemy chałkę. Milenka zazwyczaj odpada po barszczyku białym, a my zajadamy dalej, klepiąc się po żołądkach i powtarzając, że mamy już dość. Na naszym stole zawsze znajduje się nakrycie dla zbłąkanego wędrowca. To kolejna tradycja, która ściska mnie za gardło.
Po wieczerzy wigilijnej nadchodzi czas, by zajrzeć pod choinkę. Cóż, my z mężem zawsze wiemy, co nam święty z brodą przyniesie, ale Milenka ma niezłą frajdę. I nie tylko ona. Naszą domową tradycją jest to, że prezenty pod choinką znajdują także zwierzaki. Zazwyczaj są to jakieś specjalne przysmaki, więc kiedy ja kartkuję nową powieść (a jakże), z kuchennego kąta dochodzi zadowolone mlaskanie...

Ze zwierzakami dzielimy się także opłatkiem, traktujemy je jak członków rodziny. Dawno, kiedy żyła moja babcia, karmiła zwierzęta gospodarskie specjalnym różowym opłatkiem. Twierdziła, że to właśnie po nim zwierzaki nabierają zdolności mówienia. I że o północy co nieco nam powiedzą, trzeba tylko podsłuchać. Próbowałam wiele razy, zakradając się do stajni, ale nigdy się nie udało. Pewnie zawczasu mnie dosłyszały i zamilkły ;)

Wieczorem długo wpatruję się w kolorowe światełka i rozmyślam. Nucę pod nosem kolędy (Milenka śpiewa głośno, ale ona kolędy śpiewa nawet latem) i dumam, że znowu muszę czekać cały rok, by poczuć niezwykłą magię wieczoru wigilijnego. A potem rok tak szybko mija...

Kochani, tej magii świątecznej Wam życzę! Spędźcie ten czas z bliskimi i cieszcie się jego niezwykłością!



środa, 23 grudnia 2015

Katarzyna Puzyńska | Święta wśród lasów, wielkich śnieżnych zasp...



Mam wrażenie, że dopiero wczoraj opublikowałam pierwszy wpis z tegorocznego cyklu świątecznego, tymczasem jutro już Wigilia i pora zakończyć ten pełen magii, wyjątkowy cykl poświęcony wspomnieniom i przemyśleniom polskich autorek na temat Świąt Bożego Narodzenia.
Zanim to jednak nastąpi chciałabym zaprosić was do lektury wpisu jednej z najpopularniejszych autorek polskich kryminałów - Katarzyny Puzyńskiej. I życzyć wam wszystkim, kochani, świąt wśród lasów, wielkich śnieżnych zasp... Może za rok się spełni? Wesołych Świąt!


Wkładam grube rękawice i czapkę. Szyję owijam szalikiem, który nijak nie pasuje do reszty. A już na pewno nie do za dużej kurtki, którą mam od jakiegoś czasu. Kto by się tam przejmował. Tym bardziej, że na zimę jest idealna (chociaż do najpiękniejszych nie należy). Mieści się pod nią sweter, czy nawet dwa (w temperaturze poniżej dwudziestu stopni mrozu dwa są jak znalazł!). Jeden z nich zrobiła dla mnie na drutach moja babcia. Jest niebieski, a na przodzie ma renifera (nikt wtedy jeszcze nie słyszał o Bridget Jones, Marku Darcy’m i pulowerze, który dostał od matki!).

Wkładam buty. Są nadal mokre po tym, jak biegałam rano po lesie z koleżankami. Stały przy kaloryferze, ale nie zdążyły jeszcze wyschnąć. Nic się tym nie przejmuję. Kto by się martwił takimi rzeczami!

Zmierzcha, bo zimowe dni są krótkie. Słońce ledwo wystaje zza koron drzew, kiedy przedzieramy się przez las w stronę leśniczówki. Skarpetki są już całkiem mokre, bo śniegu uzbierało się prawie do pasa i ciągle wpada mi do butów. Pomiędzy drzewami jest już mroczno i trochę strasznie, więc śpiewamy kolędy, żeby dodać sobie otuchy. Powinno się to robić dopiero jutro, w Wigilię, ale kto by sobie odmówił tej przyjemności. Większość z nas fałszuje, ale leśnym stworzeniom jakoś to nie przeszkadza. 

W oddali widać już światła ukrytej wśród lasów leśniczówki. To tam zamierzamy kupić choinkę. Obok jest szkółka, gdzie rosną drzewka. Można sobie wybrać każde z północnej części, bo te z południowej czekają na kolejny rok. W zapadających ciemnościach szukamy tej jedynej choinki. Zapach igieł jest obezwładniający. Topniejący w butach śnieg i przemarznięta twarz zupełnie nie przeszkadzają. 

W końcu jest! Ta jedyna. Nie za duża, nie za mała. Idealna. Idziemy z nią z powrotem do domu. Teraz jest już zupełnie ciemno. Mimo to wybieramy drogę przez las. Światło księżyca, które odbija się od śniegu, rozjaśnia trochę mrok. Mróz szczypie w twarz, każdy oddech jest jak ukłucie małych igiełek. Gdzieś w oddali przebiega zwinna sarna, a w koronach strzelistych sosen buszuje jakieś zwierzę, które nie znalazło sobie jeszcze nocnej kryjówki.    

Choinkę ubieramy dopiero następnego dnia. Zwyczaj każe, żeby zrobić to w Wigilię i mimo moich namów, rodzice i dziadkowie nie zgadzają się, żeby zrobić to od razu. Warto czekać! Kiedy wreszcie nastaje ranek, radość jest tym większa. Choinka trafia na zielony metalowy stojak. Teraz trzeba znieść ze strychu ozdoby świąteczne. Trochę strach, bo przez rok pewnie ukrył się tam pająk albo dwa. Poza tym droga na poddasze jakoś zawsze wydaje się trochę straszna. 

W końcu jednak się udaje.  Pogniecione przez lata kartony znajdują się pod choinką. Trzeba sobie przypomnieć, co gdzie jest, rozplątać światełka i łańcuchy, przymocować nitki do bombek, bo stare w magiczny sposób zginęły. Dziadek zapala w kominku i ogień trzaska na wilgotnych jeszcze nieco polanach. 

Potem oczekiwanie pierwszej gwiazdki. Ciemność zapada już przed szesnastą, ale czekamy jeszcze trochę. Na stole pyszni się dwanaście wigilijnych potraw, które przygotowały moja babcia, mama i ciocia. Pod obrusem pachnie siano. Dostaliśmy je od sąsiadów. Wszyscy zastanawiają się, czy o dwunastej psy zaczną mówić! 
Siadamy przy stole i rozmowom nie ma końca. Jest śmiech, może trochę łez. Wspomnienia i rozmowy o przyszłości. Jestem zbyt mała, żeby zwracać na to szczególną uwagę. Czekam na susz! To moja ulubiona „potrawa” wigilijna od najmłodszego dzieciństwa. Do tej pory mogę go pić litrami! ;)

Przed podaniem ciast ktoś woła: „Czas na prezenty”. Biegnę na piętro, gdzie ustawiliśmy choinkę. Podarunki już tam są. Wszystkie w kolorowych papierach. Sama pakowałam (nadal wszyscy się z tym zgłaszają do mnie!), więc wiem, który jest dla kogo. Najbardziej czekam aż obdarowani przeze mnie zobaczą swoje prezenty. Próbuję ocenić, czy im się spodobały. To radość jeszcze większa niż otwieranie własnych. 

Robi się już późno, ale przecież i tak czekamy do jedenastej, żeby ciepło się ubrać i wyruszyć na pasterkę. Potrzeba aż godzinę, bo kościół jest po drugiej stronie wsi. Pewnie można by dojść tam szybciej, ale dorosłym nie chce się spieszyć po sutym posiłku.  

Ze wszystkich stron nadchodzą już ludzie. Z uśmiechem składają sobie nawzajem życzenia. O północy w Wigilię nikt się nie kłóci! Ramię w ramię idą nawet najwięksi wrogowie. Nie wiem, co tam chodzi im po głowach, ale uśmiechy mają szerokie. 
Tak wyglądały moje Wigilie w dzieciństwie. Jeździłam do dziadków, którzy mieszkali wtedy w niewielkiej wsi położonej tuż przy jeziorze Bachotek. To właśnie to miejsce stało się potem książkowym „Lipowem”! Święta tam, wśród lasów, wielkich śnieżnych zasp i w temperaturach dobiegających minus dwudziestu stopni do tej pory są w moich wspomnieniach magiczne! 

To Wigilia rodzinna. A co ze szkolną? Najbardziej kojarzy mi się ona z zapachem mandarynek i pomarańczy. Kiedy byłam dzieckiem nie tak łatwo było je dostać i do domów trafiały głównie na Święta. Nawet teraz, kiedy idę na zakupy i czuję ich zapach, przenoszę się do początku lat dziewięćdziesiątych i widzę połączone w długi stół szkolne ławki w naszej klasie :)

W pamięci utkwiła mi szczególnie jedna szkolna Wigilia. Najpierw próbowaliśmy (oczywiście pod okiem naszej wychowawczyni) podgrzać barszcz, który przyniosła moja koleżanka. Jej przezorna mama zaopatrzyła nas w tym celu w niewielką kuchenkę turystyczną. Kuchenka została w mig podłączona do prądu. Zdaję się, że nasza wychowawczyni, znając naszą klasę, kilka razy najpierw się przeżegnała (wkrótce się okazało, że się nie pomyliła). Wszyscy bardzo uważali... do czasu, kiedy jedna z koleżanek nie potknęła się o kabel od kuchenki. Barszcz wylany, kuchenka spadła na ziemię. Jak mówi prawo Murphy’ego, kanapka upada zawsze masłem do dołu. Kuchenka elektryczna spada zaś zawsze rozgrzaną częścią do dołu, wypalając w starej wykładzinie swój ślad (był tam do czasu, kiedy nie skończyliśmy ósmej klasy!). 

Kiedy niebezpieczeństwo pożaru zostało wreszcie zażegnane, przyszedł czas na ciasta (te zdawały się znacznie bezpieczniejsze niż zupy i inne potrawy). Jeden z moich kolegów oznajmił, że przyniósł dwa pierniki. Bardzo był dumny! Oba zostały szczelnie opakowane w sreberko. Pora na pierwszy. Nauczycielka (nauczona poprzednimi doświadczeniami z barszczem) nie zamierzała dopuścić nikogo do krojenia. Sama chwyciła za nóż. Niestety szybko okazało się, że piernik jest tak twardy, że nie da się go w żaden sposób pociąć. Nie znam receptury, ale chyba miał coś z cegły, bo oparł się nawet połączonym wysiłkom kilku osób - w tym wuefisty, który został w tym celu wezwany jako najroślejszy nauczyciel w całej szkole. 

Kolega nieco zakłopotany zaproponował, że w takim razie możemy zjeść drugi z jego wypieków, może będzie trochę bardziej miękki. Nie mylił się. Piernik numer dwa okazał się tak miękki, że formą przypominał raczej budyń. Kiedy tylko sreberko zostało rozwinięte, wypłynął swobodnie na biurko naszej wychowawczyni. Po tamtej sławetnej Wigilii, już żadna nie była równie udana!

A co teraz? Obecnie święta spędzamy całą rodziną u mojej cioci. Cześć osób mieszka za granicą, więc jest to czas, kiedy wszyscy nareszcie możemy się spotkać. Niestety tym razem zabraknie jednej ważnej osoby i mojego wielkiego Przyjaciela. Odeszli w tym roku. Mam jednak nadzieję, że gdzieś tam nad nami czuwają i będą nam towarzyszyć przy wigilijnym stole. 

Wesołych Świąt!
Katarzyna Puzyńska

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Joanna Opiat-Bojarska | Kto zabija ducha Świąt Bożego Narodzenia?



Dzisiaj ze swoim świątecznym felietonem w cyklu świątecznym pojawia się Joanna Opiat-Bojarska, autorka znanych i lubianych przez polskich czytelników kryminałów. Wspólnie z autorką zastanówmy się... kto zabija ducha Świąt Bożego Narodzenia?

Jak co roku świąteczne dekoracje na wystawach sklepowych: zielone choinki, kolorowe bombki i wszechobecne Gwiazdory (zwane także przez ludzi spoza Poznania Mikojałami) każą uświadomić sobie fakt, że wielkimi krokami zbliża się Boże Narodzenie. 
- Musimy przygotować się do świąt – w pewnym momencie oznajmia kobieta z uśmiechem na twarzy i zerka na swojego mężczyznę. 
Mężczyzna nawet na chwilę nie odrywa wzroku od telewizora (książki czy talerza). Oczywiście, dociera do niego komunikat informujący o rozpoczęciu świątecznego Armagedonu. Dociera, chociaż wolałby mieć problemy ze słuchem. Ze słuchem i z pamięcią. Nie pamiętałby wtedy zeszłorocznej masakry… przepełnionych parkingów, paraliżu komunikacyjnego, długiej listy zakupów, przymusowego krojenia tony cebuli , wciągania odkurzaczem niewidocznego kurzu i chowania kabli od kina domowego. 
- A może w tym roku podejdziemy do świąt minimalistycznie? – najdelikatniej jak tylko potrafi składa propozycję, uważnie obserwując twarz swojej kobiety. 
Tak naprawdę zależałoby mu na całkowitym wyeliminowaniu wszelkich przygotowań. Po co sprzątać, jak po wyjściu gości i tak zostanie bałagan? Po co lepić pierogi, skoro można je kupić?  Po co się spinać? 
Ale nie, pamięta przecież, że dla kobiety święta są bardzo ważne, dlatego też proponuje kompromis – ograniczenie przygotowań… Jest gotów nawet zrezygnować z prezentu.
- Minimalistycznie? –  Kobieta wykrzywia twarz i przyjmuje pozę boksera gotowego do walki. Przecież nie może podejść do Bożego Narodzenia bardziej minimalistycznie niż w zeszłym roku.
Mężczyzna zagryza usta usiłując poradzić sobie z narastającą agresją, a kobieta już wie, że świąteczny nastrój przepadł. Jak zwykle.
- Z której z dwunastu wigilijnych potraw chciałbyś zrezygnować? 
Mężczyzna wie, że takie pytanie zawiera w sobie bombę, nie odpowiada więc, tylko wzrusza ramionami. 
Wolałby widzieć kobietę: uśmiechniętą i wypoczętą zwłaszcza podczas Wigilii. Nawet gdyby miało to oznaczać, że usiądą do stołu na którym postawią tylko jedną potrawę. No dobra! Dwie. Karp dla niego, a dla niej groch z kapustą. 
- Co chciałabyś dostać od Gwiazdora? – mężczyzna próbuje złagodzić klimat.
- Cholera, jeszcze prezenty! Znowu muszę pomyśleć o prezentach dla wszystkich, bo na ciebie nie ma co liczyć. Ojcu kupię skarpetki, matce jakąś książkę, a naszemu dziecku….
No właśnie, dziecko.
Podczas gdy rodzice próbują, jak co roku, zaplanować idealne święta dziecko siedzi w swoim pokoju i korzystając z tego, że jest samo zagląda do kalendarza adwentowego. Za dziesięć dni będzie mogło w końcu otworzyć największe okienko z napisem „24”. Spodziewa się w nim znaleźć największą czekoladkę. Może uda mu się dziś podejrzeć jaki będzie miała kształt? 
Dziecko czeka na 24 grudnia nie tylko z dowodu czekoladki. Dobrze wie, że tego dnia w domu pojawią się goście w odświętnych nastrojach. Wszyscy będą wypatrywać pierwszej gwiazdki, krzywić się podczas picia okropnego kompotu z suszu, śmiać się, śpiewać kolędy, a później rozpakują prezenty i pójdą na pasterkę. Wszyscy RAZEM. Magiczne są te święta, prawda? 

Drodzy czytelnicy bloga „Przegląd czytelniczy” życzę Wam, żebyście nie zabijali ducha świąt Bożego Narodzenia. Postarajcie się w tym roku zapomnieć o tych wszystkich pełnych nerwowości przygotowaniach, wyścigu szczurów i dążeniu do idealności. Odszukajcie w sobie dziecko i cieszcie się tym co Was otacza. 

Ze świątecznymi pozdrowieniami, 
Joanna Opiat-Bojarska


sobota, 19 grudnia 2015

Katarzyna Kołczewska | Idą święta




Katarzyna Kołczewska - autorka dojrzałych powieści obyczajowych, między innymi "Wbrew sobie" i "Idealnego życia", przygotowała dla Was niesamowity felieton świąteczny. Koniecznie zajrzycie na bloga i raz jeszcze zastanówmy się, o co tak naprawdę chodzi w zbliżających się Świętach...

Zaczęło się. Last Christmas, All I want for Christmas i te wszystkie piosenki z dzwoneczkami atakujące uszy ze wszystkich stron. Korki na ulicach większe niż zawsze. Nawet w ubiegłym roku tak źle nie było. Tłumy w sklepach. Gonitwa myśli i liczne pytania w głowie: co zrobić na obiad na pierwszy dzień świąt? Jak ubrać dzieci? Czy Zosia wyrosła z tej granatowej sukienki? Kto miał kupić opłatek? Ile będzie osób na Wigilii? Czy aby nieparzyście? Cholera! Jak to zrobić, żeby było parzyście? Czy nieparzyście? Jak to było z tą liczbą osób przy wigilijnym stole? A może to chodziło o potrawy? Znowu mama będzie marudziła cały wieczór, że ściągamy na siebie pecha. Co kupić na prezent dla dziadka? No właśnie! Co kupić dziadkowi? Czego on może potrzebować? Książkę? Ostatnio dostał i jej nawet nie przeczytał. Wodę toaletową? Jak się nią spryska, to dom trzeba będzie tydzień wietrzyć. A mamie? Ciotce? A co ja dostanę? Tylko, błagam, nie kolejne kapcie czy bawełnianą koszulę nocną w chmurki!

Wszystko musi być przygotowane przed przyjazdem teściów. Szarlotka upieczona i makowce, pierogi gotowe, barszcz gorący i karp ścięty w galarecie. Śledzie tym razem takie dobre jak u mamy. Zapas jedzenia w lodówce mniej więcej na dziesięć dni dla całej rodziny razy dwa. A może nawet razy trzy. Dom wysprzątany i to na wysoki połysk. Odkurzone wszystkie dawno nie wyciągane szpargały.  Odpowiednio dobrane i porozstawiane po domu ozdoby świąteczne. Choinka, oczywiście też. Wielka, największa jaką się da. A jak nie największa to chociaż  najbardziej oryginalna. Na przykład przybrana w ekologiczno-naturalno – buro - paskudne ozdoby ręcznej roboty. Tancerki ze słomy, łańcuchy z papieru, pierniki zamiast bombek. Żadnych elektrycznych światełek. A może zupełnie odwrotnie? Drzewko uginające się pod kilometrami zielonego kabla łączącego ze sobą tysiące małych żarówek. Rozplątanie tego zajmie dwie godziny przy rozbieraniu choinki. Bogato zdobione bombki i bibeloty jakich nie powstydziłby się barokowy artysta. Brokat osypuje się po całym mieszkaniu i ubraniach domowników oraz gości. Poza tym w całym domu dużo stroików, świeczników, reniferów, Mikołajów, gwiazd betlejemskich i koniecznie szopka. Wycięta przez dzieci z gazety. Obok szopki kartki z pozytywką grającą kolędy. No właśnie kolędy! Przecież jeszcze trzeba przygotować podkład muzyczny do kolacji wigilijnej. Na początek kolędy, jeżeli już dziadek będzie chciał śpiewać, to przynajmniej niech śpiewa z podkładem a nie fałszuje na całe gardło przez pół wieczoru ku utrapieniu reszty rodziny. Potem może niech leci muza z Listów do M i M2? No właśnie! A czy on kupił już tą płytę? Koniecznie muszę mu przypomnieć! Tylko tyle miał do roboty!

Dzieci też trzeba przygotować. Umyć i uczesać. Zosia koniecznie zapleciony warkocz francuski, inaczej mama powie, że o nią nie dbam, a Kubuś nie może być w tych spodniach z ubiegłego roku! Może jeszcze zdąży się z nim do fryzjera podjechać? Nie, nie, muszę podjechać. Nie może z taką grzywą na święta zostać.

I jeszcze zakończenie roku w firmie. Wszystko winno być dopięte przed świętami, a już na pewno przed 31 stycznia. Każde zamówienie zrealizowane, projekty zakończone, pieniądze wydane. Ustalenia i plany ustalone i zaplanowane. Odpowiedzi na stare e-mejle wysłane.  Wyniki wykręcone, spotkania odbyte, wizyty zaliczone. Zupełnie tak jakby po 31 grudnia miał się świat skończyć. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. I w pracy i w domu.
I w końcu przyjdzie wigilijny wieczór. Wesołych Świąt i łamanie opłatkiem. Pociechy z dzieci, zdrowia i pieniędzy. Zamieszanie z podawaniem kolacji. Kiedy pierogi? A rybę już podgrzewać? Mamo, kiedy przyjdzie Święty Mikołaj? O! Jakie piękne kapcie! Marzyłam o takich! A Kubuś to nie za długie ma te włosy? U chłopca chyba tak nie wypada. Cicha noc i Przybieżeli do Betlejem. Dzieci, bo przewrócicie choinkę! No w tym roku, moja droga to barszcz za kwaśny ci wyszedł. Oj, czas się zbierać, dziadka trzeba odwieźć. Wesołych Świąt! Trzymajcie się! Pa!

W zlewie stos naczyń, na stole resztki, którymi można by wykarmić pół obozu dla uchodźców. Pod choinką śmieci z rozpakowanych prezentów, igły i brokat. Dzieci zasnęły przed telewizorem, a mąż w fotelu. Ból w plecach, w nogach i skroniach.
I znowu te same obietnice. Już nigdy więcej. Ostatni raz robię takie święta. Po co to wszystko?! Tylko przyszli, najedli się i po wszystkim. Za rok nie dam się już wkręcić w tą całą przedświąteczną gonitwę. Kto to powiedział, że to zawsze tak ma być? Na bogato, jak za dawnych czasów i świątecznie? A nie mogłoby być tak zwyczajnie? Po prostu obiad, jak w weekend? Może bez mięsa, może ze śledziem i karpiem ale bez tego całego wariactwa? Bez tej roboty, gonitwy, zamieszania?

Mija rok, zbliża się grudzień, i znowu zapominamy o obietnicach. Znowu zaczynamy marzyć o choince i blasku świec. O pojednaniu, refleksji, odkupieniu win i rodzinnej atmosferze przy stole. Uśmiechniętych oczach dzieci, kiedy rozpakowują prezenty. Pysznościach na talerzach. Wspólnym śpiewaniu kolęd. Idziemy do kina na ckliwą komedię romantyczną, gdzie w święta samotni odnajdują miłość swojego życia, osierocone dzieci nowych, bogatych rodziców, łobuzy sumienie, nieodpowiedzialni odpowiedzialność. I znowu chcemy w to wszystko wierzyć. Rok po roku chcemy wierzyć w magię Bożego Narodzenia.

Katarzyna Kołczewska