Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo muza sa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo muza sa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 stycznia 2018

Sylwia Winnik "Dziewczęta z Auschwitz"




Sylwia Winnik "Dziewczęta z Auschwitz"
Wydawnictwo MUZA SA, 2018
Data premiery: 24.01.2018 r.
Liczba stron: 304

Dzisiaj przypada 73. rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau. Obozu nie pracy, a zagłady. Obozu, określanego też mianem fabryki śmierci. Obozu, w którym w ciągu pięciu lat jego istnienia, zginęło od 1 do 1,5 miliona ludzi. Każdy z nas zna te fakty, te liczby. Oświęcim w świadomości Polaków, i nie tylko, kojarzy się dość jednoznacznie. Z ludobójstwem.
Wczoraj późnym wieczorem, na kilka godzin przed rozpoczęciem obchodów rocznicy wyzwolenia obozu, skończyłam czytać "Dziewczęta z Auschwitz". Trudny temat wybrała sobie Sylwia Winnik na debiutancką książkę. Trudny, ale jakże potrzebny, ważny. Winnik oddała głos kobietom, które Auschwitz przeżyły. Wróciły z fabryki śmierci żywe. Słyszały jęki konających, z niepokojem zerkały w stronę unoszącego się z kominów dymu. Dymu nad Birkenau. Jak same przyznają, są ostatnimi świadkami historii i muszę mówić, muszą pisać o Auschwitz. Bo kiedy one odejdą, książki zostaną. "Dzewczyny z Auschwitz" to nie tylko reportaż, ukazujący ogromną skalę ludobójstwa. To także, a może przede wszystkim przestroga. Przed nienawiścią, przez segregacją. Każda z dwunastu kobiet opowiada o tym, co przeżyła, czego doświadczyła. Są wśród nich Leokadia, której synek był najmłodszą ofiarą Marszu Śmierci, Zofia, która w Auschwitz przyszła na świat, a także Barbara, na której oczach zmarła 5-letnia, niewinna dziewczynka. Co ważne, wszystkim bohaterkom udało się ocalić to, co najcenniejsze - człowieczeństwo. Przyszło im żyć w strasznych czasach, a mimo to mam wrażenie, że miały w sobie więcej zrozumienia i empatii niż pokolenia współczesnych 20- i 30-latków.
Tekst książki ilustrowany jest niezwykle sugestywnymi, zapadającymi w pamięć fotografiami. Sylwia Winnik spisała niezwykle interesujące, wyciskające łzu z oczy i zmuszające do refleksji historie. I zrobiła to w sposób poprawny. Nie jest to publikacja pozbawiona wad, ale jak na debiut, bardzo mocna. Te drobne potknięcia nie mają jednak większego znaczenia podczas lektury całości, a Sylwia Winnik ma zadatki na świetną reportażystkę. 

poniedziałek, 10 października 2016

Sabina Waszut "Bar na starym osiedlu" | Recenzja



Uwielbiam historie z rodzinnymi tajemnicami w tle, opowieści o trudnych powrotach i poszukiwaniach własnej tożsamości. Takie powieści zostają ze mną na dłużej, a ich bohaterowie zapadają w pamięć. Czy tak samo było również w przypadku najnowszej książki Sabiny Waszut?

Nagrodzone na Festiwalu Literatury Kobiecej Pióro i Pazur "Rozdroża" dość mocno mnie rozczarowały, dlatego "W obcym domu" już sobie odpuściłam. Przyznam, że wahałam się przy tym tytule. Spróbowałam i nie żałuję. Dałam autorce drugą szansę i odkryłam bardzo dobrą powieść obyczajową. Główną bohaterką jest Ola, która niegdyś wyjechała z matką do Warszawy. A raczej - uciekła, gdyż zwykłym wyjazdem ich ucieczki ze Śląska nazwać nie można. Co się stało? Dlaczego mama Oli tak nagle podjęła decyzję o porzuceniu dotychczasowego życia? Po latach Ola wraca na Śląsk. Ku swojemu zdziwieniu, odziedziczyła po dawno niewidzianej babci niewielki bar na starym osiedlu. Młoda kobieta stawia wszystko na jedną kartę i przyjmuje spadek.

Śląsk jest mocno specyficznym miejscem. Wiem, bo chociaż sama urodziłam się i mieszkam na Zagłębiu (spróbujcie powiedzieć mieszkańcom Sosnowca, że pochodzą ze Śląska!), to Śląsk pozostaje na wyciągnięcie ręki. Sabina Waszut jest doskonałą obserwatorką, a jej opisy śląskich miast znajdują mocne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Waszut nie tworzy świata swoich bohaterów, ona go opisuje. To, co mogło przeszkadzać w "Rozdróża", tym razem wypadło na plus: niedopowiedzenia i swoista oszczędność słowa tworzą niezapomnianą atmosferę tajemniczości. Autorka rozbudza ciekawość czytelników, sprawia, że z niesłabnącym zainteresowaniem przewracamy kolejne strony, aby poznać historię Oli i jej rodziny. Umiejętnie dawkowane napięcie oraz wielobarwne, absolutnie nie czarno-białe postacie to kolejne mocne strony tej powieści.

Prosty język i artystyczna wręcz wrażliwość to przepis na sukces "Baru na starym osiedlu". Najnowsza powieść Sabiny Waszut to fascynująca historia o odkrywaniu we własnym wnętrzu najgłębiej skrywanych pragnień i tęsknot. Ola na nowo poznaje miejsca swojego dzieciństwa i przeżywa zauroczenie tym, co przecież niegdyś jej spowszechniało. Można? Można! Przekonajcie się sami. Polecam.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Sabina Waszut "Bar na starym osiedlu"
Wydawnictwo MUZA SA, 2016
liczba stron: 304
data premiery: 28.09.2016

piątek, 30 września 2016

Perfekcyjna mama nie istnieje, czyli słów kilka o książkowym debiucie "Nieperfekcyjnej mamy"



Mam dwóch synów, a poradniki, jak być perfekcyjną mamą, omijam z daleka. Przede wszystkim dlatego, że poradników jako takich nie czytuję w ogóle, zdecydowanie wolę beletrystykę, a poza tym, no cóż, nie chciałabym popaść w kompleksy. Za to podczytuję niektóre blogi parentingowe. Autorka jednego z nich właśnie wydała swoją pierwszą książką. "Nieperfekcyjna mama" Anny Dydzik to debiut... "Nieperfekcyjnej mamy", a ja miałam okazję przeczytać ten "antyporadnik", jak nazywa książkę sama autorka.

Moje pierwsze dziecko nigdy nie miało kolki, przesypiało całe noce, było karmione wyłącznie piersią, a smoczkiem pluło samo z siebie. No, ideał, a ja puszyłam się jak paw. Nie miałam depresji poporodowej, wahań nastrojów, a w swoim wnętrzu znajdywałam tylko i wyłącznie nieskończone pokłady spokoju. Kilka lat później zostałam mamą po raz drugi. Mój syn sypiał (sypiał? nadal sypia!) tylko z piersią w buzi, ewentualnie czasem zdrzemnął się w wózku przez dwadzieścia minut. Chwilę później już wrzeszczał wniebogłosy, a ja pchałam wózek, przełykając łzy i myśląc, że przecież to nie tak miało być. Jak ja, doświadczona mama, mogłam paść ofiarą baby bluesa i hormonów? Jak to się stało, że nagle nie potrafiłam wygospodarować dziesięciu minut, aby obrać ziemniaki?

Dlaczego o tym piszę? "Nieperfekcyjna mama" obudziła we mnie te wspomnienia. Rzeczywiście, to nie jest klasyczny poradnik, a raczej zbiór myśli i doświadczeń z życia mamy takiej samej jak ja, ty czy ona. Anna Dydzik snuje swoją opowieść, opowiada o sobie i swoich dzieciach, ale absolutnie nie moralizuje czytelniczek. Jest daleka od oceniania i krytykowania. Już we wstępnie pyta "pozwolisz, że będę zwracać się do ciebie na ty"?, dzięki czemu zmniejsza dystans i szybko zaprzyjaźnia się ze swoimi czytelniczkami. To zadziwiające, jak łatwo nakłania nas do zwierzeń, mimo iż książka napisana jest w formie monologu. "Nieperfekcyjna mama" uderza w najbardziej czułe punkty i doskonale rozumie inne mamy. "Miałaś tak samo, prawda?" - pyta. Oczywiście, bo tematy, jakie porusza Anna Dydzik, są zawsze aktualne. Nieważne, czy urodziłaś dziecko w wieku 20, 30 czy 40 lat, mieszkasz na wsi czy w mieście, pracujesz czy jesteś pełnoetatową mamą - ta książka sprawi, że uśmiechniesz się szeroko. Uwierzysz, że nie jesteś sama.

Macierzyństwo to naprawdę ciężki kawałek chleba, o czym wiedzą wszystkie mamy. Są takie chwile, że mam wszystkiego dość i marzę tylko o tym, aby porządnie się wyspać i tak zwyczajnie odpocząć. "Nieperfekcyjna mama" nie podpowiada, jak wychowywać dzieci, dzięki Bogu. Nie próbuje nam wmówić jednej słusznej idei rodzicielskiej, bo przecież takowej nie ma. Ale dobrze, że jest "Nieperfekcyjna mama". To bardzo optymistyczna książka, która pozwala dostrzec magię codziennych chwil spędzonych z dzieckiem.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Anna Dydzik "Nieperfekcyjna mama"
Wydawnictwo MUZA SA, 2016
liczba stron: 240
data premiery: 14.09.2016

piątek, 5 lutego 2016

Recenzja przedpremierowa | Luz Gabás "Czarownice z Pirenejów"



Miłość silniejsza niż śmierć? Zachwycająca, epicka, nieco mistyczna - taka jest najnowsza powieść autorki ciepło przyjętych przez czytelników "Palm na śniegu". Co łączy spadkobierczynię jednego z najpotężniejszych rodów w Aragonii w XVI wieku ze współczesną, odnoszącą sukcesy zawodowe młodą inżynier? "Czarownice z Pirenejów" to niesamowita historia o namiętności, która przetrwała wieki.

Brianda z Lubicha wraz z dwudziestoma trzema innymi kobietami z sąsiedztwa została oskarżona o uprawianie czarów i skazana na śmierć. Jeszcze niedawno miała wszystko - miłość męża oraz wsparcie ukochanego ojca. Była spadkobierczynią jednego z najbardziej liczących się rodów w Aragonii. Niestety, przeciwnicy polityczni zamordowali jej ojca, a Briadna straciła poczucie bezpieczeństwa. Na chwilę przed śmiercią Brianda przysięgała wieczną, nieskończoną miłość swojemu ukochanego i rzuciła klątwę na człowieka, który doprowadził jej ród do klęski, a ją samą do śmierci.

Żyjąca współcześnie Brianda jest dręczona przez nocne koszmary. Z pewnej siebie, przebojowej kobiety staje się wycofaną, zestresowaną osobą. Postanawia odpocząć, bierze urlop w pracy i wyjeżdża w rodzinne strony, do niewielkiej miejscowości położonej u stóp Pirenejów. Brianda szuka spokoju, tymczasem niespodziewanie doświadcza wielkiej, namiętnej miłości i natrafia na ślad życia Briandy z Lubicha.

"Czarownice z Pirenejów" to napisana z rozmachem powieść łącząca odległy wiek XVI z czasami współczesnymi. Autorka w zachwycający sposób oddała klimaty dawnych lat, a jej opowieść sprzed ponad 400 lat urzeka realizmem i wiernym odzwierciedleniem ówczesnych relacji międzyludzkich. Świat ewoluuje, ludzie się zmieniają, tylko jedno pozostaje wciąż niezmienne - potrzeba wielkiej, namiętnej miłości. Luz Gabás z niesamowitą precyzją utkała nić łączącą przeszłość z teraźniejszością, miłość z nienawiścią. Zachwyciły mnie wielobarwne portrety psychologiczne głównych bohaterów. Autorka stworzyła kapitalne, wcale nie czarno-białe postacie, które zapadają w pamięć na długo. "Czarownice z Pirenejów" to niebanalna i oryginalna historia, jaka skradła moje serce, mimo iż w literaturze wolę sprawdzone, mający silny kontakt z rzeczywistością klimaty. Ale czyż nie cudownie byłoby uwierzyć w tę historię? To nie jest infantylna historia dla nastolatek o wampirach i czarownicach. To ambitna, ważna powieść o największej potrzebie ludzkiego serca - o miłości.

Luz Gabás stworzyła niesztampową, epicką wręcz opowieść o dwóch kobietach, których mimo odległych czasów, w jakich żyły, łączy więcej niż mogłyby przypuszczać. Polecam miłośnikom dobrych, ambitnych powieści obyczajowo-historycznych. I uprzedzam: to nie jest lekka, łatwa historia, którą pochłoniecie w jeden wieczór. Bo "Czarownice z Pirenejów" zachwycają powoli, stopniowo.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego!

Luz Gabás "Czarownice z Pirenejów"
Wydawnictwo MUZA SA, 2016
liczba stron: 480
data premiery: 17.02.2016

sobota, 2 stycznia 2016

Kasia Pisarska "Wiedziałam, że tak będzie" | Recenzja




Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co zrobilibyście z osiemnastoma milionami euro wygranymi w loterii? Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Jak ukryć przed najbliższymi taką fortunę i co zrobić, aby jeszcze obecny mąż nie zdążył położyć łapy na pieniądzach? O tym, że pieniądze dają szczęście tylko wtedy, kiedy mamy je z kim dzielić pisze Kasia Pisarska w swojej debiutanckiej powieści "Wiedziałam, że tak będzie".

Laura dobija czterdziestki i jest nie do końca zadowoloną ze swojej pracy singielką. Jej najlepsza przyjaciółka, Weronika przypadkowo staje się posiadaczką wielomilionowej fortuny, kiedy podczas pobytu we Włoszech śledzi wiarołomnego męża i na chybił-trafił puszcza kupon we włoskiej edycji Lotto. Po powrocie do kraju zorientuje się, że... wygrała. Ale co miałaby zrobić z taką fortuną?! O pomoc prosi Laurę i razem wyruszają w podróż do Włoch po pieniądze i marzenia. Po drodze poznają wyjątkowych ludzi i trafiają w niesamowite miejsca. Laura i Weronika muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, czego tak naprawdę chcą teraz... kiedy mają wszystko.

Autorski debiut Kasi Pisarskiej to pełna optymizmu i ciepła opowieść o fascynującej, włoskiej przygodzie. "Wiedziałam, że tak będzie" z pewnością przekona do siebie miłośniczki lekkiej, niebanalnej, czasem zabawnej, czasem wzruszającej powieści obyczajowej. Jednym z najważniejszych atutów książki są kapitalne, cięte dialogi, które wywołają uśmiech na każdej twarzy. Kasia Pisarska wie, o czym chciałyby przeczytać czytelniczki, zagląda w głąb kobiecego serca, aby poznać i opisać najgłębiej skrywane pragnienia. Wbrew pozorom to nie jest kolejna historia o tym, jak wielka fortuna odmieniła życie dwóm samotnym kobietom. Pieniądze są tu tylko impulsem do zmian, ale... przecież za nie nie kupimy szczęścia oraz miłości!

"Wiedziałam, że tak będzie" z pewnością spodoba się miłośniczkom południowoeuropejskich klimatów. Jest tutaj dużo Włoch, języka włoskiego i potraw włoskich. To świetna okazja do poznania innej kultury i odbycia niesamowitej podróży w głąb Italii, nawet jeśli ograniczają nas fundusze. Nie musicie wygrać w Lotto, aby tam być. Powieść Kasi Pisarskiej czytałam w pierwsze, mroźne dni nowego roku, a mentalnie byłam w gorących Włoszech, rozkoszując się promieniami słońca na mojej twarzy i powiewem przyjemnego, ciepłego powietrza. To nie jest książka o niczym. To ciekawa, wartościowa powieść o szczęściu, które gdzieś tam, może na następnym zakręcie na nas czeka. No, i o tym, że nie warto kupować zwierząt, kiedy można je po prostu adoptować i ocalić od schroniska!

Powieść Kasi Pisarskiej to lekka i łatwostrawna literatura. Szybko się czyta, a błyskotliwe dialogi i inteligentne bohaterki sprawiają, że czas spędzony z lekturą z pewnością nie będzie stracony. "Wiedziałam, że tak będzie" to ciekawa i niegłupia propozycja utrzymana w klimatach literatury kobiecej.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Kasia Pisarska "Wiedziałam, że tak będzie"
Wydawnictwo MUZA SA, 2015
liczba stron: 320
data premiery: 18.11.2015

sobota, 4 lipca 2015

Sylwia Zientek "Próżna" | Recenzja



"Próżna" Sylwii Zientek to powieść, której bohaterowie jadają w najdroższych restauracjach, a za jedno ubranie z metką luksusowego projektanta płacą równowartość pięciu średnich pensji krajowych. Po "Próżnej" nie spodziewajcie się pędzącej szalenie akcji czy tradycyjnej fabuły. To przede wszystkim opis korporacyjnego półświatka, nieco przydługie (w moim odczuciu) przemyślenia ludzi, którzy chyba sami pogubili się w swoich oczekiwaniach wobec życia.

Diana wspięła się wysoko po szczeblach prawniczej kariery w korporacji. Urodziła dwoje dzieci, ale tylko po to, by zadowolić męża. Całymi dniami przesiaduje w pracy, a weekendy spędza z rodziną raczej z poczucia obowiązku, niż z potrzeby. Najlepiej czuje się w kancelarii. Jej małżeństwo rozpada się, a Diana wspomina wielką miłość do Roberta, kolegi z pracy, który kilka lat temu wyjechał i ślad po nim zaginął. Penelopa jest najlepszą przyjaciółką Diany. Razem pracują w korporacji, ale na tym kończą się ich podobieństwa. Penelopa po pracy szuka ukojenia w ramionach kolejnych kochanków. Podczas gdy Diana rodzi dzieci, Penny nie dąży do założenia rodziny. Nieoczekiwanie ich role życiowe odwracają się.

Jednego z pewnością nie można zarzucić Sylwii Zientek. Jej postacie są wyraziste i prawdziwe. To bohaterowie z pierwszych stron takich gazet jak "Puls Biznesu". Niewolnicy korporacji. Sylwia Zientek wiernie oddaje charakter tego próżnego i zepsutego półświatka. Główne postacie tej powieści to z pewnością jej największe atuty. Zientek wykreowała bohaterów, posługując się ich emocjami, przeszłością i niespełnionymi pragnieniami. Podejrzewam, że przerwałabym lekturę w połowie, gdyby nie zachwycające kreacje postaci. To właśnie one przekonały mnie, że warto przeczytać do końca. Książka nie w moim stylu, ale doceniam pracę, jaką wykonała Sylwia Zientek przy tworzeniu charakterów. Niecodziennie spotyka się tak dobrze "zrobione" postacie. W tle sztuka, literatura i muzyka przewijająca się w rozmowach bohaterów. I Warszawa. Warszawa i rozważania na temat jej charakteru. To zdecydowanie w książce Zientek jest "na plus".

Lubię książki z jasno określoną fabułą, może dlatego "Próżna" nie przekonała mnie do siebie. W moim odczuciu bohaterowie, ich świat, rozmowy i zachwycające tło to za mało, by przekonać do siebie czytelnika. Brakuje mi tu ściśle określonego kontekstu, rozwoju wydarzeń. Dzieje się sporo, ale jakby mimochodem, we wspomnieniach, rozważaniach. Dostrzegamy różnicę między tym, co było a tym, co jest, ale wszystko stało się bez naszego udziału. Wiele kwestii pozostaje nierozstrzygniętych. Lubię otwarte zakończenia powieści, ale w przypadku "Próżnej" zbyt dużo spraw zostało pominiętych. Powieść Sylwii Zientek została przegadana. Za dużo tu narratora, za mało bohaterów i dialogów pomiędzy nimi. W mojej opinii zabrakło tego bezpośredniego kontaktu między postacią a czytelnikiem. I, choć narrator jest wszechwiedzący, nie zastąpi niestety bohatera, któremu odebrano głos.

Nie żałuję, że przeczytałam, ale raczej nie wrócę do tej książki. Genialne charaktery, ciekawe środowisko, intrygujące spojrzenie na Warszawę - to zdecydowanie zachęca. Dla mnie jednak na pierwszym miejscu zawsze będzie fabuła, dlatego w skali od jeden do dziesięciu przyznałabym tej książce piątkę. Może piątkę z plusem. I jeszcze jedno. Droga autorko, Sosnowiec leży w województwie śląskim, ale nigdy nie na Śląsku.

Dziękuję Wydawnictwie MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Sylwia Zientek "Próżna"
Wydawnictwo MUZA SA, 2015
ilość stron: 384
data premiery: 03.06.2015

wtorek, 5 maja 2015

Katarzyna Bonda "Okularnik" | Recenzja przedpremierowa




Któż spośród osób, które mają jakiekolwiek pojęcie o współczesnej polskiej literaturze, nie słyszał nazwiska "Katarzyna Bonda"? Nawet jeśli w przeszłości znalazły się takie osoby, po premierze i sukcesie "Pochłaniacza" każdy usłyszał o kobiecie, którą okrzyknięto królową polskiego kryminału. 20 maja na rynku ukaże się najnowsza powieść autorki, kontynuacja bestsellerowego "Pochłaniacza", "Okularnik". Jednego nie można zarzucić Bondzie: do swojej pracy przygotowuje się perfekcyjnie. I w tym tkwi szkopuł. Czy książka może być... tak perfekcyjne dopracowana, że aż przesadzona?

Sasza Załuska przybywa do Hajnówki, aby spotkać się z Łukaszem Polakiem - głównym podejrzanym w sprawie o kryptonimie "Czerwony Pająk", a jednocześnie ojcem dziecka Saszy i jej były kochankiem. Na miejscu okazuje się, iż Polak został zwolniony z prywatnej klinki psychiatrycznej i nie znane jest miejsce jego pobytu. Podczas poszukiwań Polaka, Sasza miesza się na miejscu w sprawę porwania świeżo poślubionej małżonki lokalnego biznesmena, Piotra Bondaruka. Iwona zniknęła bez wieści chwilę po ślubie. Podejrzenia padają na Bondaruka, gdyż Iwona jest już trzecią zaginioną kobietą Piotra. Mężczyzna prowadzi w Hajnówce - miejscu, gdzie mieszają się kultury polska i białoruska - ciemne interesy. Tymczasem lokalna policja otrzymuje zawiadomienie o odnalezieniu kolejnej ludzkiej czaszki. Sprawa zdaje się mieć swoje źródło w latach 40. ubiegłego stulecia. 

W "Pochłaniaczu" wiodącą metodą kryminalną była osmologia - badanie zapachu. W "Okularniku" Bonda opisuje antroposkopie - metodę rekonstrukcji twarzy na podstawie czaszki. Tak jak w przypadku poprzedniej części tetralogii kryminalnej, możemy liczyć na doskonałe przygotowanie merytoryczne autorki. Bonda ma pojęcie i wie, o czym pisze. Jak sama przyznaje, nie tworzy książki korzystając z pomocy Google. Musi przeżyć, zobaczyć, usłyszeć, dotknąć, doświadczyć. Rzeczywistość z kart kryminału Bondy nie trzeszczy. Podczas lektury towarzyszy nam odczucie, że "Okularnik" nie został napisany. Został opisany. Katarzyna Bonda tworzy potężne powieści. Dzieła wyróżniające się, nie tylko objętością, ale również zawartością. Bonda wprowadziła do polskiego kryminału szereg innowacyjnych rozwiązań. Szczyt osiągnęła wydając "Pochłaniacza". Co dzieje się, gdy autor znajdzie się już na szczycie?

Oczywiście - pragnie pozostać na szczycie. Pracuje, zbiera materiały, w końcu pisze. Pisze powieść jeszcze bardziej potężną niż poprzednia. Dłuższą, bardziej szczegółową, jeszcze bardziej perfekcyjną. Czasem jednak okazuje się, iż bycie lepszym niż najlepsza wersja samego siebie nie wychodzi człowiekowi na dobre. "Pochłaniacz" mnie zachwycił. Długo zbierałam szczękę z podłogi. Tymczasem "Okularnik"... Jasne, podobał mi się. Kiedy już się rozkręcił. Książka ma aż 850 stron, z czego ponad 250 to przydługi i, niestety, średnio porywający wstęp. Bonda ma doprawdy wspaniałą i arcyciekawą historię do opowiedzenia. Odnoszę jednak wrażenie, iż zbyt długo droczy się z czytelnikiem, zbyt wolno wprowadza poszczególnych bohaterów na scenę, perfekcyjnie kreśli tło, przygotowuje na to, co ma nastąpić. Moim skromnym zdaniem można było zadbać o oprawę, równocześnie snując właściwą fabułę. Książka jest za długa o jakieś 300 stron. Bonda chciała przeskoczyć samą siebie z "Pochłaniacza" i przesadziła. To widać. "Pochłaniacz" skradł moje serce z marszu, tymczasem "Okularnik" musiał bronić się przez długi czas.

Nie zawsze to, co skomplikowane i rozbudowane jest lepsze od tego, co proste i napisane w sposób zwięzły, czego najlepszym dowodem jest nowa książka Katarzyny Bondy. "Okularnik" to świetna powieść, ale zbyt perfekcyjna, by mogła zostać łatwo strawiona. Bonda, pisząc "Okularnika", połączyła współczesne zaginięcie młodej kobiety z historią pogromu wsi prawosławnej. Połączenie wybuchowe i doprawdy niezwykle interesujące. "Okularnik" to wciąż bardzo dobra literatura, chociaż na dobre wyszłoby książce, aby nie była aż tak przekombinowana.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Katarzyna Bonda "Okularnik"
Wydawnictwo MUZA SA, 2015
ilość stron: 848
data premiery: 20.05.2015

piątek, 5 grudnia 2014

Sabina Waszut "Rozdroża" [Recenzja]



Sabina Waszut - meldunkiem (i sercem) chorzowianka. Oto pochodząca ze Śląska autorka wydaje książkę, romans wojenny z historią swego regionu w tle. Młodej parze przyjdzie zmierzyć się nie tylko z okrucieństwem wojny i rozstaniem, jakie ta ze sobą przyniesie, ale również w chwili próby będą musieli określić swoją przynależność narodową. Młoda Niemka i Polak - syn powstańca walczącego w powstaniu śląskim. Czy ich miłość przetrwa tę próbę?

Lata 30. XX wieku. Młoda Niemka Sophie wraz z rodziną osiedla się na Górnym Śląsku. Poznaje mieszkającego w tym samym domu Władka, przesiąkniętego do szpiku kości polskością syna powstańca śląskiego. Przelotna znajomość szybko przeradza się w głębokie uczucie. Na kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej Sophie i Władek biorą ślub, jednak nie dane im długo cieszyć się swoim szczęściem. 1 września 1939 roku burzy ich wszystkie plany. Władek dostaje powołanie do wojska, walczy, aż dostaje się do niewoli, a później zostaje wcielony do Wehrmachtu. Tymczasem Sophie, jako Niemce, wiedzie się lepiej. Dostaje pracę w pszczyńskim urzędzie i wkrótce wyjeżdża z domu. Mijają okrutne lata II wojny światowej, a Sophie, mimo wielu trudności, wciąż wierzy, że to nie koniec jej małżeństwa i mąż wróci cały i zdrowy.

Najbardziej interesujący mnie temat w tej powieści - problem tożsamości narodowej - został poruszony, a później.. pominięty. Spodziewałam się wielkiej powieści, przynoszącej wiele odpowiedzi i przedstawiającej dylematy ówczesnych Ślązaków. Jest ona - Niemka, która przybyła na Śląsk i on - Polak, którego rodzina walczyła o polskość tego Śląska. Wybucha wojna - nazistowskie Niemcy najeżdżają na Polskę. Czyż to nie "wymarzona" sceneria do przeanalizowania, przybliżeniu czytelnikowi problemu? Sabina Waszut wątek podejmuje, przy czym absolutnie nie ma pomysłu na jego pociągnięcie. Czytelnik obeznany w temacie dostrzeże tło historyczne i problematykę, ale tylko ten, któremu historia Śląska nie jest obca. Rozumiem, że "Rozdroża" nie są publikacją historyczną, a przede wszystkim powieścią, ale skoro autorka zadbała nawet o przybliżenie dokładnej godziny, jaką podano do wiadomości w komunikacie po wybuchu II wojny światowej, to dlaczego najważniejszy z wątków historycznych przemilczeć? Tak mało jest publikacji przedstawiających tę szalenie interesującą tematykę, szkoda, że Sabina Waszut nie podjęła rzuconej rękawicy. Którą notabene sama najpierw rzuciła.

"Rozdroża" to przede wszystkim rozważania młodej, przerażonej wojną dziewczyny. Dla niej nie ma znaczenia, po której stronie się opowiada, sama jest zagubiona w poszukiwaniu tej odpowiedzi. Z jednej strony - czuje się Niemką i wśród Niemców pracuje, z drugiej jednak - jej mąż jest Polakiem, i to Polakiem walczącym. Sabina Waszut zbudowała szalenie intrygujący portret głównej bohaterki. Na Sophie czyha wiele pokus, jej uczucie do Władka zostanie wystawione na liczne próby. Kobieta musi dokonać wyborów, na które zdaje się, że wcale nie jest gotowa. To nie jest typowa historia miłości, to przede wszystkim historia młodej dziewczyny, która tej miłości próbuje być wierna, mimo szalejącej wojny. Książka zła nie jest, mimo wielu niedociągnięć. Kilkakrotnie autorka zaczyna wątek i już o nim zapomina. Ten największy błąd omówiłam już powyżej, jednak takich pomyłek było więcej. Dla przykładu: sprawa pana Lijewskiego, który w tajemnicy słuchał radia BBC. Co stało się z tą postacią? Jak zakończyła się "przygoda" Sophie z przesłuchaniem w siedzibie gestapo? Na te pytania nie otrzymamy odpowiedzi.

Czy warto? Można, ale nie mogę powiedzieć, żeby powieść rzuciła mnie na kolana. Zbyt wiele błędów, niewykorzystany potencjał. Ciekawa historia, jednak niedopracowana. Czyta się łatwo, szybko i przyjemnie - to z pewnością jedna z większych zalet tej powieści. "Rozdroża" potrafią wciągnąć czytelnika, choć niedosyt odczuwalny jest przez cały czas trwania lektury. To, czy warto, pozostawię do waszej decyzji.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Sabina Waszut "Rozdroża"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
ilość stron: 320
data premiery: 29.10.2014

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Katarzyna Misiołek "Niekochana" [Recenzja]




Czy można napisać jeszcze coś nowego w temacie, jaki był poruszany przez wielu pisarzy setki razy? Oczywiście, że można, ale przyznajmy, to nie lada sztuka i udaje się nielicznym. Kryzys w małżeństwie. Samotność wśród ludzi. Pozory, pozory i jeszcze raz pozory. O tym właśnie zdecydowała się pisać Katarzyna Misiołek w swej powieści "Niekochana" wydanej właśnie przez Wydawnictwo MUZA. Pisać, ale czy udanie?

Agnieszka i Igor od jakiegoś czasu żyją razem, ale jakby obok siebie. Codziennie mijają się w swoim domu, a Igor zdaje się nie zauważać żony. Chłodny, obojętny na potrzeby małżonki, coraz częściej znika i oddala się od Agnieszki. Agnieszka cierpi, próbuje się buntować, wyprowadza się, ale szybko wraca, przerażona swoimi emocjami, poczuciem zagubienia i, no cóż, wielkim światem, przed którym dotychczas bronili ją poprzedni partnerzy, a ostatnio mąż. On obiecuje, że będzie lepiej, bo przecież ją kocha, postara się. Szybko okazuje się, iż tak naprawdę nic się nie zmieniło. Trwają tak dalej w bezruchu, żyjąc w świecie pozorów. Pewnego dnia Agnieszka odkrywa prawdę na temat dziwnych upodobań swego męża. Podejmuje grę, ale jak długo można żyć wbrew sobie?

Jeśli zastanawiacie się nad lekturą tej powieści, powiem wam, czego przede wszystkim nie powinniście robić. Czytać opisu, a raczej streszczenia, na tylnej okładce książki czy na stronie internetowej wydawcy. MUZA, którą osobiście bardzo szanuje, ma nieznośną tendencję do zdradzania czytelnikowi całej fabuły książki i nie inaczej jest tym razem. Przyznam, że i bez tego nie trudno byłoby się domyślić, w jakim kierunku podąży autorka, ale uważam, iż opis powinien przede wszystkim zaintrygować, a nie streścić całą powieść. Kiedy już pominiecie lekturę tylnej okładki, możecie odnaleźć się w świecie "Niekochanej", jeśli preferujecie proste, nieskomplikowane publikacje. Książkę czyta się - że się tak kolokwialnie wyrażę - fajnie i przyjemnie, czas szybko mija, a przez 350 stron można przebrnąć łatwo i gładko. "Niekochana" została napisana w prostym, przystępnym języku, trafi przede wszystkim do przeciętnego czytelnika, nie zadowoli natomiast miłośników wyszukanych rozwiązań w literaturze. Z jednej strony - podobała mi się, wciągnęła, przez chwilę żyłam życiem bohaterów, ale.. Już o niej zapominam, a skończyłam ją zaledwie wczoraj!

Katarzyna Misiołek snuje swoją opowieść starannie, dokładnie, aż tu nagle.. urywa niedokończoną historię. Wszelkie myśli, jakie przewijają się w głowie bohaterki, jej wewnętrzne rozterki stanowią interesujący punkt wyjścia, ale zabrakło końcowych wniosków. Nie twierdzę, iż otwarte zakończenia są złe, jednak jeśli autor zdecydował się już na postawienie pytania "czy Agnieszka znajdzie szczęście?", wypadałoby chociaż pokusić się o poszukanie odpowiedzi. Mam takie wrażenie, że lektura jest niepełna, gdzieś po drodze zawieruszyło się ostatnie kilkanaście czy kilkadziesiąt stron. Temat - nie ukrywajmy - był już poruszany setki razy, więc jeśli autor pragnie mieć coś jeszcze do powiedzenia w sprawie, która została omówiona na wszelkie możliwe sposoby, trzeba mieć na to wyjątkowy pomysł i zaskoczyć czymś czytelnika. Tego elementu zaskoczenia w "Niekochanej" po prostu nie ma.

Zapytałam na wstępie, czy można napisać jeszcze coś nowego w temacie kryzysu w małżeństwie, samotności wśród ludzi. Sama sobie odpowiedziałam, że tak, można, jednak to nie udało się Katarzynie Misiołek. Książka zła nie jest, ależ skąd, sama przecież przyznałam, iż miło spędziłam wieczór, przez moment żyłam życiem Agnieszki i Igora. Nie traktuję jej w kategorii straty czasu, jednak muszę przyznać, iż Katarzyna Misiołek nic nowego nie odkryła. Napisała przeciętną powieść, którą przeczytać można, ale nie trzeba.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego powieści!

Katarzyna Misiołek "Niekochana"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
ilość stron: 352
data premiery: 29.10.2014

niedziela, 9 listopada 2014

Recenzja przedpremierowa: Sławomir Rogowski "Widok z dachu"




W dorosłość wkraczali w przełomowych dla Polski latach 80. Coraz głośniej mówili o potrzebie zmian, coraz śmielej patrzyli w przyszłość. Doświadczyli PRL-owskiej młodości, uwierzyli w to, w co jeszcze ich rodzice nie potrafili uwierzyć, aż w końcu komuna upadła. Dojrzałymi ludźmi stawali się już w wolnej Polsce. "Widok z dachu" to nie jest książka opowiadająca konkretną historię, rozpoczynająca się, kiedy Heniek poznał Zosię, a kończąca na wyciskającym łzy z co wrażliwszych kobiecych oczu, ślubie. To powieść o pokoleniu przeciętnego Heńka i przeciętnej Zosi, którzy, jako ostatnia generacja w Polsce, pamiętają życie przed i po 89.

Tolek urodził się i mieszka w Warszawie, na Grochowie, tak jak i jego ojciec, jego dziadek, tak jak i zapewne mieszkać na Grochowie będzie jego syn. Jurek do Warszawy przyjechał na studia. Jest rok 1980. Młodzi mężczyźni prowadzą równoległe życia, nie wiedząc o swoim istnieniu. Saksy, "tyrka u Niemca", kluby studenckie, nieoficjalne śpiewy w mniejszych salkach owych klubów, coraz głośniejsze "A mury runą, runą, runą..", pierwsze dziewczyny, w końcu i wojsko. Nie ma zmiłuj, młodzi, zdrowi mężczyźni muszą wstawić się na wezwanie swojego socjalistycznego państwa. Tak krzyżują się losy Tolka i Jurka. W wojsku, u progu stanu wojennego. "Widok z dachu" to powieść przeprowadzająca nas przez lata 80. XX wieku aż do czasów współczesnych. Kim są w roku 2010? Jakie jest pokolenie, które dorastało w przełomowych dla Polski latach?

Książka dla wszystkich, dużych i małych, starych i młodych. Jeśli na własnej skórze doświadczyłeś życia w PRL-owskiej rzeczywistości, w powieści odnajdziesz siebie. A jeżeli jesteś już dzieckiem demokracji, doświadczysz niepowtarzalnej atmosfery, jaką udało się oddać w swojej publikacji Sławomirowi Rogowskiemu. Siłą "Widoku z dachu" są ludzie, całkiem zwyczajni, przeciętni, a mimo to wyjątkowi. Rogowski nikogo nie wynosi na wyżyny chwały, nie stawia pomników, nie gloryfikuje. Szczerze i odważnie pisze o życiu, a przede wszystkim - emocjach pokolenia. Muniek Staszczyk określił książkę jako "kultową" i w istocie jest to przymiotnik, który najtrafniej opisuje "Widok z dachu". To powieść, którą trzeba promować i polecać, gdyż niesie ze sobą ogromną wartość duchową i emocjonalną. Jestem przekonana, iż dostarczy wielu wzruszeń i będzie impulsem do wspomnień.

"Widok z dachu" to niesamowita lekcja odwagi i wiary w ideały. Sławomir Rogowski nie wylicza ułomności każdego z systemów, nie skupia się na aspektach politycznych i historycznych. Szczerze opisuje to, jak było, jak miało być i co z tego wszystkiego wyszło "w praniu". "Widok z dachu" jest przede wszystkim opowieścią o ludziach, ich życiu, oczekiwaniach i rzeczywistości, która nie zawsze okazuje się taka, jaką byśmy ją widzieli. Wzloty i upadki. Autor nie wmawia nam fałszu, nie posiada czarodziejskiej różdżki, za pomocą której miałby zmienić szarość w szeroką paletę barw. Sam, urodzony w roku 1957, doświadczył tego, o czym dziś pisze. Odważnie, w sposób nie pozbawiony refleksji i wniosków. 

"Widok z dachu" warto przeczytać również ze względu na bohaterów, tak prawdziwych i bliskich nam w swoim losie. Rogowski zbudował interesujące i rozbudowane portrety ludzi sobie współczesnych, okazując się doskonałym obserwatorem. Cała książka jest zresztą wynikiem podpatrywania, swoistym spisem refleksji. Idąc za Muńkiem Staszczykiem - to rzeczywiście powieść kultowa, którą polecam z całego serca.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Sławomir Rogowski "Widok z dachu"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
ilość stron: 416
data premiery: 12.11.2014

wtorek, 28 października 2014

Daniel Silva "Angielska dziewczyna" [Recenzja]




Uwielbiam powieści szpiegowskie! Lubię, kiedy pętla czasu zaciska się, a niewiadomych wciąż przybywa, dlatego właśnie sięgnęłam po "Angielską dziewczynę". Wydawało mi się, iż nazwisko Daniel Silva i pozycja jednego z najpoczytniejszych autorów powieści szpiegowskich zobowiązuje. Szybko okazało się, iż mam do czynienie z dobrą literaturą, co w tym przypadku niestety nie jest równoznaczne z dobrą akcją.

Madeline Hart to gorące nazwisko brytyjskiej polityki. Młoda kobieta szybko pnie się na szczeblach kariery w partii rządzącej Wielką Brytanią. Mało kto jednak wie, iż Madeline jest również kochanką premiera Wielkiej Brytanii, Jonathana Lancastera. A kiedy nieodpowiednie osoby wejdą w posiadanie tej informacji, może zrobić się niebezpiecznie. I tak się właśnie dzieje - Madeline zostaje uprowadzona. Porywacze szantażują premiera, a ten, by uniknąć skandalu, nie zawiadamia policji i zgadza się na żądania przestępców. Jednocześnie postanawia zlecić odnalezienie Madeline najlepszemu agentowi izraelskiego wywiadu. Do gry wchodzi Gabriel Allon.

"Angielska dziewczyna" to poprawna, dobrze napisana powieść i.. w zasadzie to by było na tyle. Liczyłam na trzymającą w napięciu akcję, solidną dawkę emocji, tymczasem książka zdaje się być w dużym stopniu przegadana. Zbyt wiele jest wtrąceń i nawiązań do przeszłości, sztuki i zasad moralnych, co usypia akcję. Jeśli taki paradoks jest w ogóle możliwy, wszystko dzieje się zbyt szybko i zbyt wolno jednocześnie. Siedem dni, jakie otrzymuje Allon na realizację zadania, mija błyskawicznie, a pomimo to, nic w tym czasie się nie wydarzyło, oprócz dwóch średnio porywających akcji. Ta historia ma olbrzymi potencjał, samo porwanie kochanki premiera Wielkiej Brytanii, a jednocześnie wschodzącej gwiazdy polityki - dla mnie bomba. Szkoda, że Silva nie pociągnął tematu umiejętnie, tylko uczynił z niego monotonną, średnio interesującą pod względem fabuły powieść, o której można powiedzieć, że rozkręca się na sam koniec, kiedy czytelnik już nieco przysypia, pozbawiony nadziei.

Należałoby również ostrzec potencjalnego czytelnika, iż bez znajomości poprzednich powieści z Gabrielem Allonem jako głównym bohaterem, ciężko będzie poruszać się po tej książce. Mimo, iż sama publikacja nie jest którymś z kolei tomem, a jedynie częścią cyklu, zbyt wiele jest wtrąceń i nawiązań do akcji poprzednich tytułów, aby przeczytać tylko i wyłącznie "Angielską dziewczynę" i w pełni orientować się w sytuacji. Życie prywatne oraz zawodowe Gabriela Allona nie jest tylko tłem, ono w dużej mierze wpływa na ostateczny kształt lektury, dlatego osobiście nie jestem zwolennikiem cykli i kontynuacji. Dotychczas zainteresował mnie tylko jeden tytuł autorstwa Daniela Silvy, do lektury "Angielskiej dziewczyny" podchodziłam pełna nadziei, iż stanowi odrębną historię i moja nieznajomość poprzednich powieści z Gabrielem nie stanie mi na przeszkodzie, niestety, stało się inaczej.

"Angielska dziewczyna" w mojej opinii została jedną z najciekawszych jesiennych zapowiedzi jeszcze na długo przed premierą, jednak tym razem oczekiwania przerosły rzeczywistość. Książka z pewnością jest dobra pod kątem merytorycznym, Silva pewnie porusza się po wykreowanym przez siebie świecie, a jego powieść to wysoce prawdopodobna literatura szpiegowska. Literatura bez polotu, niestety.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego powieści!

Daniel Silva, "Angielska dziewczyna"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
ilość stron: 544
data premiery: 22.10.2014

środa, 24 września 2014

Beth Gutcheon "Plotka" [Recenzja]




Staję przed wielkim wyzwaniem: jak napisać o książce, w której właściwie wszystko, co świadczy o jej zaletach, ma miejsce na ostatnich stronach, tak, aby nie zdradzić zbyt wiele potencjalnemu czytelnikowi? Nie dajcie się zwieść niewinnemu opisowi wydawniczemu, nie sugerujcie się tytułem powieści. "Plotkę" Beth Gutcheon docenimy dopiero wtedy, kiedy skończymy ją czytać.

Trzy kobiety, które znają się jeszcze z czasów szkolnych. Lovia, Dina oraz Avis. Nie, nigdy nie były najlepszymi przyjaciółkami, ich wspólna historia nie sięga lat młodzieńczych. Na dobrą sprawę spotkały się zupełnie przypadkiem jako dorosłe kobiety. Dina i Avis, chociaż obie lubią spędzać czas w towarzystwie Lovii, nie przepadają za sobą nawzajem. A właściwie to Dina nie przepada za Avis, jednak z czasem niechęć staje się obustronna. Kto by pomyślał, że przyczyną antypatii jest z pozoru nic nie znaczący incydent sprzed kilkudziesięciu lat? Kiedy córka Avis zakochuje się z wzajemnością w synu Diny i zaczynają planować ślub, wzajemne relacje obu kobiet stają się jeszcze bardziej skomplikowane. W samym środku tego układu i manhattańskich plotek znajduje się Lovia, która stara się pogodzić obowiązki przyjaciółki zarówno Avis, jak i Diny. Nikt nie jest w stanie przewidzieć zbliżającej się tragedii, która na zawsze naznaczy ich wszystkich.

Beth Gutcheon wnikliwie analizuje charaktery swoich bohaterek. "Plotka" to emocjonująca powieść o trzech kobietach na przestrzeni lat, sięgająca ich czasów młodzieńczych. Autorka opisuje codzienne życie postaci, ich porażki i sukcesy, starannie opowiada o drodze, jaką bohaterki pokonały, aby znaleźć się tu i teraz. Historię poznajemy z perspektywy Lovii, której życie jest fascynującym tłem do opowieści o jej przyjaciółkach: Dinie i Avis. Kobiety boleśnie przekonują się, iż "zakończenie opowieści wyjaśnia nam, co opowieść znaczyła"* i ten cytat najtrafniej określa również charakter powieści, jakiej są bohaterkami. Z pozoru "Plotka" jest lekką, prostą, może nawet nieco banalną opowieścią. Przemknęłam cichaczem przez życie głównych bohaterek, tak jak i one, nieświadoma tego, co mnie jeszcze czeka. Okazuje się bowiem, iż książka Beth Gutcheon to wstrząsający obraz ludzkiej tragedii i czynników, jakie do tych dramatycznych wydarzeń prowadzą. 

"Plotka" przedstawia świat zepsuty przez przepych i ludzką próżność. Poznamy manhattańską śmietankę towarzyską, klientki luksusowego butiku Lovii, bohaterów reportażu Diny i wpływowe postacie świata sztuki z otoczenia Avis. Tym środowiskiem rządzą kroniki towarzyskie i plotki. Lovia stanie przed pytaniem, czy i jakim kosztem strzec sekretów swoich przyjaciółek. A wszystko to w scenerii zmieniającego się przez dziesięciolecia Nowego Yorku. Będziemy świadkami znaczących wydarzeń, które na zawsze zmienią życie bohaterek i bieg historii - chociażby ataki terrorystyczne na World Trade Center czy kryzys gospodarczy. 

"Plotka" to powieść wielowymiarowa, ale jednocześnie idealnie wyważona, wprost do pochłonięcia na raz. Beth Gutcheon zachowała zdrowe proporcje, czyniąc swą literaturę przede wszystkim miłym, niezobowiązującym relaksem. Książka jest doskonałym sposobem na spędzenie długich, jesiennych wieczór pod ciepłym kocem. Nie wymaga od czytelnika nieskończonych pokładów energii, przyjemnie odpręża i wciąga. Ja jestem na tak, a Wy?


*Gutcheon B., "Plotka", Warszawa 2014, Wydawnictwo MUZA SA, s. 284


Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Beth Gutcheon "Plotka"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
ilość stron: 336
data premiery: 17.09.2014

sobota, 20 września 2014

Recenzja przedpremierowa | Isabel Allende "Ripper. Gra o życie"




Isabel Allende bez wątpienia należy do grona najpoczytniejszych współczesnych pisarzy iberoamerykańskich. Jej książki przetłumaczono na ponad 30 języków, a większość z nich przez długie tygodnie utrzymywała się na listach bestsellerów. "Ripper. Gra o życie" to książka, jakiej Isabel Allende nie napisała nigdy dotąd. Allende powraca z pierwszym w swojej karierze kryminałem.

Amanda Martin to całkiem nietypowa nastolatka. Wolny czas spędza przed komputerem, jednak nie absorbują jej popularne wśród dzieciaków w jej wieku media społecznościowe, plotkarskie portale czy internetowe znajomości. Amanda, wraz ze swoim dziadkiem i czwórką innych nastolatków mieszkających w różnych częściach świata, gra w sieci w grę Ripper. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że gra polega na poszukiwaniu seryjnego mordercy, który zabija w San Francisco. Z niewinnej gry rodzi się śledztwo, równoległe do tego prowadzonego przez Boba Martina, ojca Amandy, inspektora Wydziału Zabójstw. W kulminacyjnym momencie dochodzenia znika Indiana, matka Amandy. Wszystkie ślady prowadzą do grasującego w San Francisco seryjnego mordercy. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Gra o życie.

"Ripper. Gra o życie" z pewnością nie zalicza się do grona klasycznych kryminałów. To wciąż Allende. Genialna, ale i charakterna, mocna, ale i specyficzna. Powieść z pewnością nie przekona do siebie fanów szybkiej, nieskomplikowanej i wciągającej akcji. Zanim naprawdę zacznie się "coś" dziać, Allende rozłoży na czynniki pierwsze wszelkie relacje łączące bohaterów, zadba o niesamowicie wnikliwy portret i no cóż, amatorów mocnych wrażeń może tym po prostu zanudzić. A szkoda. "Ripper. Gra o życie" to powieść rozbudowana, wielowątkowa i, chociaż kolejne trupy pojawiają się szybko i często, początkowo raczej mamy do czynienia z gatunkiem dobrze znanym Allende, a mianowicie obyczajem z mocno zaakcentowanym wątkiem kryminalnym. Potem zaczyna się dziać. Dostajemy publikację łączącą w sobie elementy powieści kryminalnej z emocjonującym thillerem psychologicznym. Naprawdę emocjonującym. Pochłonęłam całość, niespełna 500 stron, właściwie na trzech wydechach, czytałam kiedy tylko mogłam, a i wtedy kiedy nie mogłam również. Chociaż Isabel Allende nie zostanie dzięki "Ripperowi" mistrzynią zbrodni, to i tak warto.

"Ripper. Gra o życie" to przede wszystkim genialna powieść, kryminał już nieco słabszy, co wcale nie znaczy, że zły. Trzeba lubić specyficzną atmosferę Allende, jej wyjątkową dbałość o szczegóły, charakterystyczny styl. "Ripper" początkowo ciąży, niełatwo wejść w świat wykreowany przez chilijską pisarkę, przyzwyczaić się do niego, pokochać. Lecz kiedy już poczujecie swoisty klimat Allende, przepadniecie, tak jak i ja. Jestem zachwycona tym, co dostałam od autorki w prawie 500-stronicowej powieści, ale i świadoma, że nie każdemu ta książka przypadnie do gustu. Bo trzeba przebrnąć przez liczne opisy, analizy, niekoniecznie dokonanych zbrodni, przetrawić wszystkie demony i traumy, aby pokochać tę książkę całym sercem. Wiem, że niektórym to się po prostu nie uda, ale chciałabym jeszcze raz podkreślić, że warto.

Isabel Allende wplata w życie swoich bohaterów historie ważne, istotne. "Ripper. Gra o życie" to również głos w sprawie żołnierzy, którzy wracają z frontu i.. co dalej? Wrócili, jako bohaterowie, bo na wojnie istnieje przyzwolenie na zabijanie. Wrócili okaleczeni, nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Jeden z bohaterów najnowszej powieści Allende ponosi daleko idące konsekwencje swojego pobytu w Afganistanie. A pośród tych wszystkich wydarzeń miłość.. W jej najróżniejszych wariantach.

Isabel Allende bez wątpienia wielką pisarką jest, a swój talent udowadnia również w swej najnowszej powieści. "Ripper. Gra o życie" to tytuł dla czytelników, którzy sięgają po lektury z górnej półki. Jak dla mnie - geniusz, ale Allende zdecydowanie dla wszystkich nie jest.


Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie przedpremierowego egzemplarza recenzyjnego!

Isabel Allende "Ripper. Gra o życie"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
ilość stron: 496
data premiery: 08.10.2014

piątek, 19 września 2014

Recenzja przedpremierowa | Mike Greenberg "Wszystko, o czym marzysz"




Nie przez przypadek ta wyjątkowa powieść trafi do rąk czytelników 8 października. Od wielu lat październik na całym świecie jest uznawany jako miesiąc walki z rakiem piersi. Rak piersi jest najczęstszym nowotworem i statystycznie dosięga co 20 kobietę. Statystyki zmieniają swoje oblicze, kiedy choroba dotyka kogoś z naszych najbliższych, a nawet nas same. Książka Mike'a Greenberga "Wszystko, o czym marzysz" opowiada historię trzech kobiet, których losy krzyżują się w dniu, w którym każda z nich dowie się, że ma raka.

Brooke to czterdziestoletnia spełniona żona i matka. Rodzina jest jej największym szczęściem, a zarazem sposobem na życie. Kobieta nigdy nie miała aspiracji do robienia oszałamiającej kariery, jej celem jest być jak najlepszą dla męża i dzieci. 
Samantha skończyła 28 lat i wyszła za mąż. Spędza uroczy miesiąc miodowy na Hawajach z nowo poślubionym małżonkiem, kiedy odkrywa dowód jego niewierności. Postanawia, iż nie będzie jego żoną ani minuty dłużej.
Katherine to kobieta sukcesu. Czterdziestoletnia, zajmująca kierownicze stanowisko w banku na Wall Street, bajecznie bogata. Od niespełna 20 lat próbuje zapomnieć o mężczyźnie, który złamał jej serce i zniszczył życie. Jednak jak to zrobić, kiedy codziennie widuje go w pracy?
Wszystkie kobiety łączy jedno: rak piersi i chęć odzyskania "wczorajszego dnia i większości dzisiejszego".

Jak to możliwe, że mężczyzna, dziennikarz sportowy napisał tak piękną i poruszającą powieść dla kobiet i o kobietach? Trzeba przyznać, iż "Wszystko, o czym marzysz" jest wręcz idealna. Delikatna, subtelna, ale i szczera do bólu, bolesna. Taka, jaka powinna być książka o raku piersi. "Wszystko, o czym marzysz" to trzy różne historie, które łączą się w całość, kiedy każda z bohaterek dowiaduje się, że ma nowotwór. To również trzy różne sposoby radzenia sobie z chorobą, od natychmiastowej walki, poprzez poszukiwanie wsparcia, po negację i wyparcie. Zadziwia i wzrusza postawa tych kobiet. Nieważne, czy podejmą walkę, czy zrezygnują z dziesięciu procent więcej szans na siebie, one i tak wygrywają. Wygrywają, bo nie powierzają swego życia rakowi, nadal pragną i są szczęśliwe. Ta powieść to afirmacja życia!

Przyznam, iż to pierwszy raz, kiedy spotykam się z tą tematyką na kartach powieści, nie wiedziałam, czego mogę spodziewać. Nieco obawiałam się, że ta publikacja mnie przytłoczy, okaże się zbyt trudna, ciężka.. Skąd! "Wszystko, o czym marzysz" to piękna, pełna bólu, ale i nadziei, powieść o poszukiwaniu szczęścia. Książka jest podzielona na dwie części: życie bohaterek na chwilę przed wyrokiem i życie po usłyszeniu zdania "stwierdziliśmy nowotwór piersi". Te kobiety są piękne, a ich piękno pochodzi z głębi. Dawno nie spotkałam tak czarujących bohaterek i nie przywiązałam się tak mocno do ich losów.

"Wszystko, o czym marzysz" to jedna z tych książek, których nawet najpiękniejsze słowa nie opiszą, a najbardziej pochlebne recenzje nie są w stanie wyrazić piękna i wagi tej powieści. Jestem pod wielkim wrażeniem pracy Mike'a Greenberga, w końcu mężczyzny. Z niesamowitą wrażliwością oraz taktem opisał kobiecy świat i typowo kobiecą przypadłość. Greenberg to znawca kobiecej psychiki, niezwykle wnikliwy i uważny obserwator. Jego książka uszlachetnia, sprawia, że chcemy być lepsi. Niesamowicie wciągająca, mądra i czarująca historia. Po prostu musisz przeczytać.


Dziękuję Wydawnictwu MUZA za udostępnienie przedpremierowego egzemplarza recenzenckiego!

Mike Greenberg "Wszystko, o czym marzysz"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
data premiery: 08.10.2014
ilość stron: 352

czwartek, 12 czerwca 2014

Rafael Estrada "Co mówią umarli" [Recenzja]



Debiutancka powieść kryminalna Rafaela Estrady właśnie ukazała się w Polsce nakładem Wydawnictwa MUZA SA. "Co mówią umarli" to pierwsza część trylogii, której głównym bohaterem jest młody inspektor Juanito Proaza. Pierwsza część trylogii, a zarazem pierwsza poważna sprawa, jaką zajmuje się policjant.

W jednym z nadmorskich kurortów w Hiszpanii zostają odnalezione zwłoki nastolatki. Dziewczynka została brutalnie zamordowana, a jej ciało porzucone na plaży. Policja w pobliżu znajduje pijanego i zakrwawionego nastolatka. Sprawa wydaje się być jasna, zwłaszcza gdy okazuje się, iż krew z jego koszulki jest tożsama z krwią zamordowanej. Należy tylko zamknąć dochodzenie i postawić sprawcy zarzuty. Szef miejscowej policji zleca to banalne śledztwo młodemu inspektorowi Proaza. Zabójstwo nastolatki przez jej pijanego chłopaka wydaje się być idealną sprawą dla niedoświadczonego policjanta. Jednak Juanito Proaza szybko dostrzega drugie dno. Ślad prowadzi do miejscowego "Klubu Lolity", gdzie podstarzali dżentelmeni dyskutują o kontrowersyjnej powieści Vladimira Nabokova. Czy tematem ich rozmów jest tylko książka, a może sami fascynują się kilkunastoletnimi dziewczynkami?

To, co wyróżnia "Co mówią umarli" na tle innych powieści kryminalnych, to liczne nawiązania do literatury. Autor po źródła swojej książki sięgnął do nieobyczajowej publikacji Nabokova. Liczne dygresje, rozważania na temat dzieła pisarza, dopatrywania się w jego albumie osobistych upodobań autora to tło tragicznych wydarzeń, jakie mają miejsce pewnego lata w jednej z nadmorskich hiszpańskich miejscowości. Rafael Estrada, nawiązując do słynnej "Lolity", znów wznieca żar wokół dzieła, które przed laty uchodziło za książkę skandalizującą, a sam autor miał problemy z jej opublikowaniem. Nabokov to nie jedyne, aczkolwiek główne, nawiązanie do literatury. Wnikliwi czytelnicy w lekturze dostrzegą wzmianki o Stephenie Kingu, Arthurze Conanie Doyle'u czy nawet Szekspirze.

Główny bohater to szalenie inteligentny, a jednocześnie nadgorliwy żółtodziób. Przyznam, iż w tle innych początkujących detektywów nie wyróżnia się niczym szczególnym, jego portret jest dość stereotypowy, a jednak zapada w pamięć czytelnika. Rozwiązanie zagadki jest możliwe tylko dzięki wnikliwości inspektora, a jego działania opierają się głównie na dedukcji. Narzuca to odbiorcy nieustanne skupienie i wymaga inteligencji, aby nadążyć za Proazą i jego tokiem rozumowania. "Co mówią umarli" nie jest typowym "czytadłem" kryminalnym, to inteligentna i ciekawa propozycja na rynku wydawniczym.

Co do zastrzeżeń - debiutant nie do końca zadbał o właściwe zbudowanie napięcia. Nie odczułam dreszczyku emocji podczas lektury, włosy nie stawały mi dęba na karku. Nie miałam wrażenia, jakoby morderca miał być gdzieś w pobliżu, co zdarza mi się, gdy czytam książkę, której autor umiejętnie wprowadza element podenerwowania i niepokoju. "Co mówią umarli" jest arcyciekawą powieścią kryminalną, w której wszystko ma przysłowiowe "ręce i nogi", czytało mi się ją znakomicie, jednak zabrakło mi tego napięcia, abym rozpływała się w zachwytach.

Autor podejmuje się trudnych tematów. "Co mówią umarli" to nie tylko powieść kryminalna, to również wejście w szokujący świat, gdzie młodym dziewczynkom odbiera się prawo do bycia dzieckiem. Rafael Estrada w przejmujący sposób pisze o tej niemocy, która pojawia się, gdy ofiarą jest dziecko. Istota, przed którą było jeszcze całe życie. To, czy obdarto je z niewinności, zabierając dzieciństwo, czy też może zadano ten ostateczny cios, poniekąd schodzi w książce na dalszy plan. Najważniejsze jest to, kim jest ofiara.

"Co mówią umarli" to mocny debiut, a autora zamierzam obserwować i na pewno przeczytam jego kolejne książki. Jestem ciekawa, czy wraz z doświadczeniem nabierze umiejętności trafnego budowania napięcia, nie tracąc przy tym pozostałych atutów, które wymieniłam. Powieść Rafaela Estrady zdecydowanie zasługuje na szerszą uwagę. Sprosta oczekiwaniom zarówno miłośników tradycyjnych powieści kryminalnych, jak i osób, które od książki wymagają czegoś "więcej" i szukają tego drugiego dna. W tej publikacji na pewno je znajdą.


Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego!


Rafael Estrada, "Co mówią umarli"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
data premiery: 11.06.2014
ilość stron: 336

poniedziałek, 9 czerwca 2014

J. Courtney Sullivan "Zaręczyny" [Recenzja]



Przyznam, iż przed lekturą jednej z czerwcowych premier Wydawnictwa MUZA SA, powieści obyczajowej "Zaręczyny" nie byłam do niej przekonana w stu procentach. Okładka przywodzi na myśl banalne powieści dla nastolatek, sam tytuł również nie należy do fortunnych. Nie spodziewałam się raczej niczego poważnego, a jednak zaryzykowałam. Teraz dziękuję resztkom intuicji, którymi wykazałam się decydując się na lekturę "Zaręczyny". Bo okazuje się, iż to naprawdę wielka powieść.

Frances Gererty w 1947 roku wymyśliła hasło, które do historii przeszło jako slogan stulecia: "Diamenty są wieczne". Młoda copywriterka pracująca dla agencji Ayer przekonała miliony ludzi na całym świecie, iż diament w pierścionku zaręczynowym to symbol i obietnica miłości. Kiedy Frances zaczynała swoją pracę, taką biżuterię nosiły tylko najbardziej zamożne kobiety. Gdy po latach pracy Gererty odchodziła na emeryturę, diament, mniejszy lub większy, towarzyszył wszystkim zakochanym na progu ich wspólnego życia. Historia życia i pracy Frances przeplata się z opowieściami o innych osobach, które z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego. Evelyn, której spokojne życie burzy syn opuszczający swą żonę, Delphine, która porzuciła męża dla kochanka, który z kolei porzucił ją, Sheila, która przez całe życie ledwo wiąże koniec z końcem oraz Jeff i Tobby, para gejów, którzy właśnie zamierzają się pobrać. Wspólnym mianownikiem łączącym te wszystkie historie są brylanty.

Czego spodziewać się po powieści J. Courtney Sullivan? Przede wszystkim - wielowymiarowości. "Zaręczyny" to nie tylko historia kilku miłości i diamentów. To również opowieść o świecie reklamy w latach czterdziestych ubiegłego wieku, pracy ratowników medycznych, prawach rządzących środowiskiem muzyki poważnej, pasji oraz kontraście pomiędzy tym, co minęło a tym, co dopiero nadchodzi. Książka Sullivan jest obrazem miłości w jej najróżniejszych wariantach i obliczach. Poznajemy miłość łączącą męża i żonę, uczucie rodzica do dziecka oraz odwrotnie, namiętność pomiędzy kochankami. W tle rodzącej się legendy o diamentach, przekonamy się, iż wcale nie są obietnicą wiecznego szczęścia.

Prawda przeplata się z fikcją. Mary Frances Gererty żyła naprawdę i rzeczywiście wymyśliła hasło "Diamenty są wieczne". Zmarła 11 kwietnia 1999 roku, a dwa tygodnie przed jej śmiercią tygodnik "Advertising Age" uznał jej hasło za slogan stulecia. Sullivan opisuje życie kobiety, która na zawsze zmieniła świat reklamy. Zadziwiającym jest fakt, iż hasło, dzisiaj znane na całym świecie, początkowo nie spotkało się z aprobatą przełożonych Frances. Postanowiono zdecydować się na nie "na próbę". Mało brakowało, a nikt nie usłyszałby o najsłynniejszym sloganie w dziejach marketingu. Autorka "Zaręczyn" nie mogła pominąć tej fascynującej postaci, decydując się napisać książkę o tematyce blisko związanej z tym, czym przez lata zajmowała się Gererty. Historie bohaterów Sullivan to najlepszy przykład na skuteczność reklamy Frances. Wszyscy kolejni posiadacze wyjątkowego pierścionka z brylantami zapragnęli tego, co miał im przynieść - wiecznej miłości.

"Zaręczyny" to powieść, która lśni nie słabiej niż diamenty, o których traktuje. Autorka do tematu podeszła poważnie, a jej przygotowanie merytoryczne to jeden z największych plusów książki. W tle dostrzegamy wydarzenia, które odwracały bieg historii XX wieku. "Zaręczyny" są również niezwykle ciekawym obrazem różnych klas społecznych w ciągu blisko 100 lat. Zachwyciła mnie mnogość płaszczyzn, na ilu rozgrywa się cała historia. Dzięki temu zabiegowi czytelnik wciąż chce więcej, jego ciekawość zostaje rozbudzona do granic możliwości po to, aby znów czekać kilka rozdziałów, by wrócić do bohatera, który tak zaintrygował. A po drodze ponownie spotykamy ludzi, których życie odciąga nas od naszego na tyle, że nie jesteśmy w stanie odłożyć tej książki. I tak przez 555 strony całej powieści. Po skończonej lekturze dochodzimy z kolei do wniosku, że.. jest za krótka i chcemy jeszcze!

"Zaręczyny" to jedna z ciekawszych powieści obyczajowych, jakie przeczytałam w tym roku. Nieco cukierkowata okładka, z - powiedziałoby się - banalnym tytułem nie zapowiadają tego, co czytelnik otrzyma już po kilku stronach. To dojrzała historia o tym, że uniwersalizm sprawdza się może w przypadku pierścionka zaręczynowego, ale nie w przypadku miłości. Miłość rządzi się swoimi prawami i nie ma jednej recepty na udany związek, a diamenty, mimo iż tak piękne, nie zawsze są obietnicą szczęśliwego życia. Polecam!


Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!


J. Courtney Sullivan, "Zaręczyny"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
ilość stron: 544
data premiery: 04.06.2014