Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Wywiad | Izabela M. Krasińska: "Wszystko zaczęło się od piosenki"



Na rynku właśnie ukazała się debiutancka powieść Izabeli M. Krasińskiej, "Pod skrzydłami miłości". Z tej okazji postanowiłam przybliżyć Wam postać autorki i zadać jej kilka pytań. Jak, jako debiutantka, odnajduje się na rynku? Jakie sygnały otrzymuje od czytelników? Poznajcie tę przemiłą, młodą kobietę, która ma najlepsze zadatki ku temu, aby odnieść wielki sukces. :)

Twoja debiutancka powieść, „Pod skrzydłami miłości”, właśnie trafiła do księgarni. Czujesz podekscytowanie, radość, a może towarzyszą Ci też niepewność i lęk?

Czuję podekscytowanie i radość, a jednocześnie niepewność i lęk. :) A tak poważnie, to nadal nie mogę uwierzyć, że książka, którą widzę w księgarni, w internecie czy na bibliotecznej półce, jest moja. To wciąż do mnie nie dociera. :) Nie ukrywam, że jest mi bardzo miło, że ludzie chcą ją czytać, że o nią pytają. Kiedy zbliżała się data premiery, miałam jednak mieszane uczucia. Bałam się reakcji czytelników, przygotowałam się raczej na falę hejtu. Niepotrzebnie, gdyż książka została ciepło przyjęta. :) Oczywiście negatywne opinie również mnie nie ominęły, ale to przecież zupełnie naturalne. Nawet najwięksi pisarze nie są w stanie się wszystkim podobać, jak więc można tego wymagać od debiutanta?

Czy debiutantowi łatwo jest się odnaleźć na rynku wydawniczym?

Wszystko jest tu dla mnie zupełnie nowe i nieznane. Nieustannie zamęczam więc moje wydawnictwo pytaniami. :) Dopiero poznaję zasady gry, nie uniknęłam też, niestety, pierwszych błędów. Wydaje mi się jednak, że na tym etapie to normalne. Myślę, że z czasem będzie tylko lepiej. :) Nie patrzę na inne autorki jak na potencjalne rywalki. Mieszkam w gminie Zakrzew, skąd pochodzi znana autorka powieści kobiecych, Grażyna Jeromin-Gałuszka. Podoba mi się jej sposób pisania. Ma doskonały warsztat pisarski, jej bohaterki również są wyjątkowe. Czytanie innych pisarzy bardzo mnie rozwija, ale nie mam potrzeby, by im dorównywać. Dobry styl pisarski kształtuje się latami, a zatem przede mną jeszcze baaardzo długa droga. :)

Czy dostajesz już pierwsze sygnały od czytelników? Podoba im się książka?

Pierwsze opinie, ku mojemu zaskoczeniu, były pozytywne. Słyszę, że niektórzy czytali moją książkę i na przemian śmiali się i płakali. Nieświadomie spełniłam więc trzy starożytne zasady pisarstwa: docere, delectare, movere (nauczać, bawić, wzruszać). :) Jak już wspomniałam, są i tacy, którym powieść się nie spodobała. Nie ukrywam, że negatywne komentarze są trochę dołujące, ale równocześnie potrzebne. Nie tylko uczą pokory, ale również wskazują autorowi, nad czym jeszcze powinien popracować. Osobiście uważam, że na debiutantów powinno się patrzeć z przymrużeniem oka. Niekiedy ich pierwsze książki nie zachwycają, czegoś im brakuje, irytują nas bohaterowie albo sama fabuła. Nie wolno jednak zapominać, że na początku każdy jest amatorem w swojej dziedzinie i popełnia liczne błędy, zanim wreszcie dojdzie do perfekcji. Dopiero czas i praktyka sprawiają, że styl pisarski kształtuje się i dojrzewa. Apeluję o więcej zrozumienia i cierpliwości dla nas, debiutantów. Nam i tak nie jest łatwo, bo dopiero zaczynamy. :)


Kto pierwszy przeczytał „Pod skrzydłami miłości”? Z jaką reakcją spotkałaś się ze strony tej osoby?

Moja najstarsza siostra, Aneta. Przyznaję, że obawiałam się nieco jej opinii, tym bardziej że nikt z domowników ani znajomych nie czytał wcześniej ostatecznej wersji mojej powieści. „Pod skrzydłami miłości” jej się spodobało, co wcale nie wydawało się takie oczywiste. Moje rodzeństwo to wyrafinowani ironiści i mistrzowie ciętej riposty, dlatego byłam przygotowana na każdą ewentualność. :) Nadal mam na liście kilka osób, których recenzji się boję, tym bardziej, że są wśród nich poloniści. :)

Bohater twojej powieści jest strażakiem. Skąd taka rozległa wiedza na temat pracy w tym zawodzie? Jak przygotowywałaś się do napisania książki?

Kiedy zaczynałam pisać moją powieść, nie wiedziałam jeszcze, że zostanę taką miłośniczką straży pożarnej. :) Zdobywanie wiedzy na ten temat zaczęłam od internetu. Godzinami czytałam o pracy strażaków, o wszystkim, co jest z nimi związane (nawet ustawy!). Stworzone przeze mnie w książce „sceny strażackie” nie wydawały mi się jednak do końca przekonywujące. Zdobyłam się więc na odwagę i z duszą na ramieniu udałam się do Państwowej Straży Pożarnej w Radomiu. Po raz kolejny moje obawy okazały się niesłuszne. Wizytę tam wspominam jako jedno z najlepszych doświadczeń życiowych. Strażacy okazali się przesympatyczni i bardzo pomocni. Dzięki nim dowiedziałam się więcej na temat działania straży pożarnej i skorygowałam błędy rzeczowe w moich scenach strażackich, co wreszcie uczyniło je w pełni wiarygodnymi. :) Strażacy (zwłaszcza radomscy :)) to niesamowici ludzie. Wykonują niebezpieczny i odpowiedzialny zawód, a równocześnie pozostają bardzo skromnymi osobami. Rozmowa z nimi zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zawsze miałam ogromny szacunek i sympatię dla straży pożarnej, teraz to się jedynie pogłębiło. :) Co zabawne, muzeum, w którym pracuję, sąsiaduje z OSP, w naszej gminie mamy również Muzeum Pożarnictwa. W jakiś sposób motyw strażacki jest stale obecny w moim życiu. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? :)

Skąd pomysł na fabułę „Pod skrzydłami miłości”? Czy to był impuls, czy może cała idea dojrzewała stopniowo?

Wszystko zaczęło się od… piosenki. Mam tu na myśli „Heaven’s Table” z repertuaru mojego idola, Garou. Śpiewa w niej, że nie wszystkie anioły zasiadają przy niebiańskim stole, że niektórzy ludzie tu, na Ziemi, są takimi właśnie aniołami. Pomagają innym, poświęcają się dla nich, ratują im życie. Mimowolnie skojarzyło mi się to ze strażakami.  Tak narodziła się myśl, która zaczęła powoli dojrzewać, aż w końcu zakończyła się napisaniem książki. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym mojemu strażakowi nie zesłała plagi egipskiej w postaci kobiety. :) Coraz częściej słyszę, że Marta jest wyjątkowo irytująca. Szczerze? Mnie też strasznie wkurza. Nie bądźmy jednak dla niej tacy bezlitośni… :)

Napisałaś książkę, wysłałaś do wydawnictwa i… Jak wyglądał cały proces wydawniczy? Ile czasu minęło, zanim dowiedziałaś się, że uda się wydać Twoją powieść?

Rozesłałam książkę do wydawnictw na początku marca z przekonaniem, że ewentualnych odpowiedzi mogę spodziewać się najwcześniej po pół roku. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że wydawnictwa zaczęły odzywać się już po kilku dniach! Nie wiedziałam, co robić, nie byłam zupełnie przygotowana na taki zwrot akcji. Po krótkich wahaniach zdecydowałam się na Czwartą Stronę. Przekonali mnie nie tylko swoją życzliwością i profesjonalizmem, ale przede wszystkim tym, że pięknie wydają książki. :) Sam proces wydawniczy był żmudny, ale bardzo potrzebny. Nie przeszłabym go, gdyby nie pomoc moich redaktorek prowadzących. Cierpliwie mi wszystko objaśniały, ale równocześnie pilnowały terminów i porządku. :) Doskonale wspominam też współpracę z redaktorem językowym. Kiedy dostałam moją powieść z jego sugestiami, zamurowało mnie. To była kolejna lekcja pokory, bardzo pouczająca i motywująca. Dzięki zapamiętanym radom, staram się teraz unikać wskazanych przez niego błędów. Na końcu całego procesu wydawniczego jest jeszcze korektor i ostatnie poprawki. Gdzieś po drodze ustala się ostateczny tytuł i okładkę. Jak widać, trasa, jaką przebywa książka, zanim trafi na półki, jest długa i wyczerpująca, ale warta trudu J To uczucie, kiedy trzyma się w dłoniach swoją pierwszą powieść… Bezcenne!      

Czym zajmujesz się poza pisaniem? Czy planujesz w przyszłości uczynić pisanie głównym zajęciem?

Na co dzień pracuję w muzeum oraz… bibliotece. Jako polonistka i bibliofilka, nie mogłam wymarzyć sobie lepszej pracy. :) Przebywanie wśród książek jest moim nałogiem. To dosyć ambiwalentne uczucie. Cieszy mnie ich widok, a jednocześnie jestem zrozpaczona, że nigdy nie zdołam przeczytać chociaż połowy z nich… :) A tu wciąż pojawiają się nowe pozycje! Chciałabym napisać jeszcze wiele, wiele książek. Ta nieokiełznana potrzeba pisania towarzyszy mi od najmłodszych lat. Zawsze marzyłam o tym, by zostać pisarką. Na studiach polonistycznych zafascynowałam się jednak badaniem literatury. Nowa pasja zdominowała na pewien czas moje pisarstwo, ale jak widać, nie da się uciec przed przeznaczeniem... :) Chciałabym kiedyś zająć się tylko pisaniem, spróbować się w innych gatunkach, napisać książkę życia. Mam nadzieję, że to marzenie kiedyś się spełni! :)


Dziękuję za rozmowę!

środa, 17 sierpnia 2016

Wywiad | Huber Hender: "Gdy pojechałem do Kowar, wiedziałem, że to jest to. Sztolnie. Ciemność. Mrok."

Hubert Hender



Na księgarnianych półkach właśnie ukazała się "Kolejność", obiecująca powieść kryminalna, której autor pozostaje raczej w cieniu swojej twórczości. Jest tajemniczy, czy może uważa, że dobra literatura obroni się sama? Kim jest? Czy Dolny Śląsk zajmuje szczególne miejsce w jego życiu? Przeczytajcie wywiad z szalenie intrygującym człowiekiem, jakim jest Hubert Hender, autor "Kolejności".

Niewiele mówi pan o sobie. Czy jest to wynik wrodzonej skromności, a może uważa pan, że dobra literatura obroni się sama, a jej autor może pozostać w cieniu?

Oczywiście, autor może zostawać w cieniu, do tej pory zwykle nie ujawniałem się za często, nie uczestniczyłem w spotkaniach. Wraz z nową powieścią trochę porzucam ten stan i zaczynam się pojawiać i mówić o sobie, ale zawsze i tak będę twierdził, że ważniejsze ode mnie są w tej kwestii moje książki. Z drugiej jednak strony myślę, że dziś czytelnicy mają pełne prawo do tego, by spotykać się z autorami. Wystarczy przywołać świetne imprezy, jak chociażby targi książki, na których możemy spotkać swoich ulubionych twórców. To fantastyczne dla obu stron doświadczenia i cieszę się, że tego typu imprez, które sprzyjają rozwijaniu się środowiska czytelniczego, literackiego w ogóle, jest coraz więcej.

Kim zatem jest Hubert Hender? Skąd pochodzi? Czy, tak jak i pana bohaterowie, mieszka na Dolnym Śląsku?

Urodziłem się i mieszkałem przez 25 lat na Dolnym Śląsku, bardzo blisko Jeleniej Góry. A samo miasto znam doskonale. Przez te lata, zupełnie nieświadomie, czerpałem natchnienie do swoich książek. Żyłem, mieszkałem, a gdzieś jakimś schowanym nurtem wchłaniałem to miasto, te miejsca, okolice oraz ich klimat. Znam je na tyle dobrze, że o wiele łatwiej mi się teraz o tym mieście i okolicy pisze. Siłą rzeczy, pewnie nie miałbym takiej swobody pisania o miejscach, w których nie byłem i których nie znam tak dobrze. Pomysł napisania powieści z Jelenią Górą w tle był więc naturalny. To na pewno jeden z powodów dla których postanowiłem osadzić akcję swoich powieści właśnie tam.

Przejdźmy do rozmowy o pana najnowszej powieści, „Kolejności”. Książka właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Filia. To świetne wydawnictwo. Jak trafił pan pod opiekuńcze skrzydła Filii? W jaki sposób dowiedział się, że pana powieść zostanie wydana przez oficynę, która wypuściła w świat trylogię Mroza o komisarzu Forście?

Odpowiem bardzo krótko. Szukałem dobrego wydawnictwa dla swojej drugiej powieści i po paru miesiącach, od chwili jak wysłałem ją od dwóch, może trzech wydawnictw, nawiązałem kontakt z Filią. Po spotkaniu w Poznaniu, zresztą bardzo sympatycznym, ustaliliśmy wspólne priorytety i cele. Nakreśliliśmy wspólne oczekiwania względem siebie. Ich filozofia bardzo przypadła mi do gustu. Widziałem, że szukam właśnie takiego wydawnictwa. Przede wszystkim takiego które skoncentrowane jest na wydawaniu dobrej literatury, czego przekładem może być, jak Pani wspomniała, Remigiusz Mróz, czy doskonały wręcz thriller Obce dziecko Rachel Abbott. Widać więc, że wydają z pasją, mają świetne wyczucie literackie, estetyczne. Gdy patrzę na to jak działają, jak wydają, to wiem, że trawiłem w bardzo dobre ręce.

Pana bohaterowie to postacie z krwi i kości. Już w recenzji zwracałam szczególną uwagę na ich przeżycia wewnętrzne, rozterki i wątpliwości. Zastanawiam się, skąd taka dobra znajomość specyfiki pracy policjantów i daleko idące wnioski na temat wpływu patologii, z jakimi służby mundurowe spotykają się na co dzień, na ich życie prywatne?

Nie trzeba być wytrawnym psychologiem, by wiedzieć, że praca w policji do łatwych nie należy. Oczywiście staram się podchodzić rzetelnie do swojej pracy, dlatego bohaterowie muszą być prawdziwi. By stworzyć wiarygodnych bohaterów, trzeba mieć pomysł, rozrysować ich charaktery, osobowość, wygląd. Tworzę również ich życiorysy. Poza opisywaniem ich pracy, obowiązków, opisuję w równym lub podobnym stopniu ich problemy, doświadczenia, wspomnienia, koszmary. Dla mnie te osoby są jak żywe. Cały czas mam ich w wyobraźni, widzę ich jak chodzą, jak się ruszają, widzę ich gesty, czy to jak się uśmiechają. Proszę mi wierzyć, że gdy piszę daną scenę, widzę niemal każdy ich ruch, słyszę ich rozmowę. To trochę tak jakbym był reżyserem stojącym tuż za kamerą. A zatem jako autor i osoba, która tworzy ten świat, ich świat dodajmy, znam ich najlepiej. Chwilami czuję się tak, jakbym ich podglądał w czasie pracy czy podczas wypoczynku. Jestem z nimi myślami i to niejako spisuje. Słowem, muszę ich cały czas widzieć.
Nie da się ukryć, że centralną postacią moich powieści jest Marek Iwanowicz. On jest najważniejszy, jemu poświęcam najwięcej uwagi. W Zaporze, mojej pierwszej książce, było o nim niewiele, ale był to celowy zabieg, bowiem już wtedy wiedziałem, że będzie to cykl powieści i już wtedy jasno określony plan, by czytelnicy poznawali go stopniowo, bardzo powoli. W Kolejności o Iwanowiczu jest już znacznie więcej, zaś w trzeciej powieści poznają go jeszcze lepiej. Taki miałem zamiar od początku i mocno się tego trzymam. Oczywiście podobnie rzecz ma się z Gawłowskim, o nim również będzie więcej.
Słowem, są to zwyczajni policjanci. Ze swoją historią, z życiem osobistym, z problemami. Tacy, którzy noszą takie same lub podobne doświadczania co my, nie są oni oderwani od tego, co się dzieje dookoła; potrafimy im współczuć, potrafią nas rozbawić, bywa, że i zaskakują. Są osadzeni w konkretnym kontekście, otoczeniu i środowisku. Mają swoje rodziny, swoje obowiązki, marzenia, nawet wydatki. Kupują, chodzą na obiad. No ale są to bohaterowie konkretnego gatunku, więc widzimy ich przede wszystkim jako policjantów.
W największym skrócie, mniej więcej tak się tworzy bohaterów – trzeba ich wykreować w całości, od szczegółu, aż po ogół, a potem wpuścić w opowieść i pozwolić na to, by uczestniczyli w rozmaitych, często jednak nieprzewidywalnych, wydarzeniach.

Pokopalniane tereny, nieco uśpione miasteczko, a w tle majestatyczne szczyty – czy takie właśnie są Kowary? Przyznam, że nigdy nie byłam w tym mieście, a umieszczając tam akcję swojej powieści, rozbudził pan we mnie ciekawość.

Na pomysł napisania powieści osadzonej w Kowarach wpadłem kilka dni po tym, jak skończyłem pisać swoją pierwszą książkę. Na początku powstał tylko plan, było to chyba w 2011, a w 2012 roku zacząłem nad nią pracę, a rok później już ją skończyłem. Żeby napisać o tym miasteczku, musiałem je lepiej poznać, dlatego pojechałem tam kilka razy, sfotografowałem interesujące mnie miejsca. Dużo też o tym miejscu czytałem, zbierałem sporo informacji. Starałem się wchłonięć to miejsce, poczuć klimat, a potem dokonać mojej osobistej interpretacji tego miejsca. Na pewno nie jest ona bardzo realistyczna, nie odtwarzam tego miejsca w skali jeden do jeden, ponieważ nie tworzę literatury non-fiction. Dokonuje bardzo niewielkiego zaciemnienia tego miejsca, trochę tak jakbym nakładał na swoją opowieść pewien filtr. W dzień być może nie jest ono aż takie mroczne jak je opisuje. Niemniej, ma ono swój klimat. Tak też rozumiem pojęcie klimatu w książkach – jako zakładanie na opisywane zdarzenia, miejsca czy bohaterów rozmaitych filtrów, ciemniejszych bądź jaśniejszych. Według mojej teorii thriller czy kryminał posiadają ciemny, reportaż czy powieść obyczajowa nie mają żadnego (lub tylko delikatny), komedia czy powieść romantyczna nieco rozjaśniają rzeczywistość.

Nie zdradzając za wiele, aby nie zepsuć czytelnikom lektury, skoncentrujmy się przez chwilę na fabule „Kolejności”. Jak zrodziła się w głowie autora? Skąd czerpał pan inspiracje?

Jak wspomniałem wcześniej, dla mnie ważne jest miejsce akcji. Podkreślę tutaj, że musi to być realnie istniejące miejsce, miejscowość. Nie przekształcam topografii. Staram się odtwarzać ją dość wiarygodnie, poza pewnymi wyjątkami. Owszem, zdarza się, że z jakichś szczególnych powodów nie podaję konkretnego miejsca, nie zawsze podaję ulicę czy szczegółowo opisuję czyjś dom (świadka, mordercy), ale to wynika trochę z innych powodów.
Wracając do pytania, gdy pojechałem do Kowar, wiedziałem, że to jest to. Sztolnie. Ciemność. Mrok. Pomysł na kryminał zrodził się błyskawicznie. Miejsca w ogóle są dla mnie ważne. Nie tylko sama fabuła, nie tylko bohaterowie, a właśnie równorzędnie z nimi miejsce akcji. Dlatego wybór padł na Kowary. Piękny, mroczny tunel kolejowy, część odnowionych sztolni, opuszczone miejsca, górzysty teren, lasy. Lubię takie miejsca.

Wiemy, że to jeszcze nie koniec, a Iwanowicz powróci. Rozumiem, że w duecie z Gawłowskim?

Oczywiście. Kilka tygodni temu skończyłem pisać trzecią powieść, jej akcja będzie się działa w samej Jeleniej Górze. Mojej ulubionej miejscowości, do której zawsze chętnie wracam – zarówno w rzeczywistości, jak w swoich literackich opowieściach.

Czy to będzie odrębna historia, tak zwana „luźna kontynuacja”, czy może znajomość treści „Kolejności” będzie niezbędna? No, i kiedy możemy spodziewać się powieści w księgarniach?

Akcja tej powieści nakłada się z „Kolejnością”, łączy je wspólny wątek, bardzo ważny dla mnie. W Kolejności było to śledztwo drugoplanowe. I nierozwiązane. Więcej niestety nie mogę zdradzić. Trzecia część będzie gotowa niebawem, także podejrzewam, że w księgarniach pojawi się w przyszłym roku. A ja już przygotowuje się merytorycznie do następnej książki.

Dziękuję za rozmowę!


Również dziękuję i pozdrawiam.


"Kolejność" właśnie trafiła na księgarniane półki.

piątek, 5 sierpnia 2016

Wywiad | Joanna Sykat: "Inspiracje czerpię z życia, z codzienności"



Joanna Sykat - autorka głębokich, dojrzałych powieści obyczajowych. Prywatnie osoba skryta, trzymająca się raczej z boku. Nie udziela się w mediach, nie bierze udziału w żadnych aferach. Jej twórczość broni się sama. Jeśli przeczytacie choć jedną jej książkę, przepadniecie. Właśnie ukazała się najnowsza powieść autorki, "Cztery strony miłości". Jak zwykle, kapitalna. Poznajcie Joannę Sykat i przeczytajcie, co pisarka ma do powiedzenia swoim czytelnikom.

Rozmawiamy z okazji premiery twojej najnowszej powieści. Opowiedz, proszę, skąd czerpiesz inspiracje i gdzie narodził się pomysł na fabułę „Czterech stron miłości”.

Inspiracje czerpię z życia, z codzienności. Czasem zobaczę jakiś wycinek rzeczywistości, sytuację i już sobie myślę: "Fajnie byłoby o tym napisać". To jest zaczątek, który pozornie odkłada się w niepamięć, a potem nagle startuje w nową książkę. Gdzie narodził się pomysł na "Cztery strony miłości" – nie pamiętam. Pamiętam za to, że fabuła miała wyglądać całkiem inaczej. Że miał to być klasyczny trójkąt, ale po drodze zmieniło się dużo i z tego co wyszło, jestem bardzo zadowolona. Dużo bardziej, niż gdyby książka powstała zgodnie z pierwotnym zamierzeniem.  

„Cztery strony miłości” to opis skomplikowanych relacji międzyludzkich. Czy istnieją pierwowzory twoich bohaterów? Dzielisz się ze swoimi czytelnikami historiami, jakich sama jesteś świadkiem, czy wszystko dzieje się wyłącznie w twojej wyobraźni?

Pierwowzory bohaterów istnieją. Oczywiście, że tak. Rozejrzyjcie się dookoła, a ich zobaczycie. Ile jest takich małżonków, tylko nominalnych albo nawet i po rozwodzie, którzy z powodu trudnej sytuacji życiowej żyją pod jednym dachem! Możemy sobie tylko wyobrazić, jak drażni wtedy najmniejszy ślad obecności tej drugiej osoby. Na szczęście, Łucję i jej męża udało mi się uratować:) Co do drugiej części pytania, częściowo odpowiedziałam już na nie powyżej. W zasadzie każda książka zaczyna się, wychodzi z mojego otoczenia, a potem ewoluuje tak, jak wyobraźnia podpowiada. To znaczy, jak każą bohaterowie:) Teraz piszę książkę, w której przewidziałam niezbyt miłe zakończenie dla mojej dwójki. Ale tak mi rozrabiają, że wszystko zapowiada się zupełnie inaczej.   

Okładka „Czterech stron miłości” wyróżnia się na tle innych. Zastanawia mnie, czy miałaś wpływ na jej ostateczny, czy to w stu procentach dzieło wydawnictwa?

Okładka powstała we współpracy. Wydawca podrzucił projekt, ja trochę pokręciłam nosem i z tego kręcenia nosem i podpowiedzi wydawcy urodziło się takie cudo! Warto jeszcze nadmienić, że oprócz pomysłowej i klimatycznej okładki książka posiada także piękne wklejki w środku. Z całości jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona. 

Nie jesteś debiutantką, „Cztery strony miłości” to twoja piąta powieść, wydałaś również dwie miniatury. Zastanawiam się, czy emocje towarzyszące wydaniu każdej kolejnej książki są takie same?

Myślę, że tak. Emocje są zwłaszcza, gdy jest już gotowa okładka i gdy tekst jest po redakcji. Można zacząć odliczać dni do premiery i delektować się tym czasem. Po premierze to już szara rzeczywistość, która mówi: "No, koniec opieprzania. Czas pisać kolejną".

Wróćmy na chwilę do twojej poprzedniej powieści, „Jutro zaświeci słońce”, która w mojej opinii jest absolutnym majstersztykiem. To ambitny obyczaj psychologiczny, obciążony ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Interesuje mnie, czy w jakiś sposób „odchorowałaś” ten temat, przeżywałaś emocje głównej bohaterki?

Chyba nie. Ja zwykle wyrzucam z siebie książkę i od razu jest mi bardzo lekko. Przeżywałam bardziej przy pisaniu, bo "Jutro zaświeci słońce" to książka niezwykła, mocno grająca na artefaktach. Pamiętam, że uważnie pochylałam się nad tymi "drobiazgami" i nad scenami. Tu wszystko było ważne. I rozmowy ze świętym Antonim, i łapanie pająka, i kąpiel w zbożu, i nawet zamykanie strachu w butelce. Pisałam wtedy całą sobą i wiem, że było to ważne i intensywne przeżycie.  

Czy któraś z twoich książek jest dla ciebie szczególnie ważna i dlaczego?

Wszystkie są ważne, bo wszystkie traktują o ważnych i bardzo oczywistych sprawach, które niestety umykają nam, ludziom. Więc dialog małżeński, więc umiejętne opriorytetowanie kwestii rodzinnych i zawodowych, więc w końcu umiejętność i konieczność wybaczenia, abyśmy mogli pójść dalej. Każda książka jest ważna, bo w każdej pozostawiam cząstkę siebie, ale chyba najważniejszą dla mnie jest właśnie "Jutro zaświeci słońce". Kadzić sobie nie lubię, ale uważam, że ta książka jest piękna. I to jest bardzo adekwatne słowo.   

Wiem, że pracujesz nad kolejną książką. Opowiedz, proszę, co przygotowujesz dla czytelników i kiedy możemy spodziewać się nowej powieści.

Myślę, że za około rok książka będzie już dostępna w sprzedaży. A o czym będzie? Chyba  o tym, jak ze zła może wyniknąć dobro. Będą piękne krajobrazy, będzie mężczyzna o przejrzystych oczach. I tajemnica, którą będzie musiała rozwikłać główna bohaterka. To tak w dużym skrócie, bo do końca nie wiem, co z tego projektu wyjdzie. O książce wolę mówić, gdy już jest wydana. A właściwie to wtedy lubię słuchać, co inni o niej mówią.  

Co jest dla ciebie ważniejsze z punktu widzenia autora – uznanie czytelników czy nagrody literackie?

Uznanie czytelników to priorytet. Jest mi bardzo mi bardzo miło, gdy otrzymuję wiadomości od czytelników, którzy piszą, że dzięki moim książkom coś sobie przemyśleli i postanowili zmienić swoje życie. Największy odzew dotyczył właśnie "Jutro zaświeci słońce". Czytelniczki pisały, jak bardzo bały się tej lektury, ale że właśnie dzięki niej zrozumiały, że dla własnego dobra muszą przebaczyć swoim matkom. Powiem szczerze, że gdy czytam takie maile, to mam łzy w oczach. Pamiętam też, że jedna z pań, po lekturze "Wszystko dla ciebie" powiedziała, że gdyby dwadzieścia lat wcześniej wiedziała to, co wiedziałam ja, pisząc książkę, nie rozwiodłaby się z mężem.   

Opowiedz, proszę, czytelnikom, kim jest Joanna Sykat prywatnie. 

Zabiegana perfekcjonistka, która musi popracować, musi popisać i jeszcze mieć dom ogarnięty. A kiedy ma czas, to biegnie na spacer, wyjeżdża za miasto albo moczy się w niewielkim basenie, czytając książki. Tylko to: "kiedy ma czas" to jakby towar deficytowy...:) 


"Cztery strony miłości" - najnowsza powieść autorki


środa, 15 czerwca 2016

Wywiad czytelników z Karoliną Wilczyńską i wyniki konkursu




1. W swoich książkach pisze Pani o rzeczach zwyczajnych, prozaicznych, o naszej zwykłej codzienności, ale robi to Pani z niezwykłym wyczuciem, empatią i wrażliwością. Potrafi Pani zrobić to w niezwykle ciepły sposób, pokazując nam jednocześnie ważne życiowe wartości. Mnie ciekawi, jak Pani to robi, jaka jest recepta na to, że czytając Pani książki czujemy się jak we własnym przytulnym domu, we wspaniałej rodzinnej atmosferze? 
Pozdrawiam :)
iza.81

To bardzo trudne pytanie. Nie robię nic szczególnego. Po prostu piszę tak, jak czuję, jak widzę świat i jak go rozumiem. Wygląda więc na to, że to wszystko, o czym Pani pisze, mam w sobie. Choć ten wniosek dla mnie samej jest nieco zaskakujący (i miły przy okazji), ale chyba innego wyjaśnienia nie ma. 

2. Witam Pani Karolino :)Proszę odpowiedzieć, kto tak naprawdę wpłynął na Panią by zaszczepić miłość do literatury, chęć i potrzebę czytania książek oraz jaką receptę wypisze Pani dla młodych ludzi aby przekonać ich do sięgnięcia po książkę? Pozdrawiam :)
kotun3

W moim rodzinnym domu zawsze było mnóstwo książek. Rodzice dużo czytali. Książka od zawsze była dla mnie czymś bardzo naturalnym, a czytanie stałą częścią życia, jak mycie czy jedzenie.  Chciałam czytać, więc bardzo szybko opanowałam tę umiejętność (już w wieku czterech lat) i zaczęłam lekturę wszystkiego, co wpadło mi w ręce. I tak zostało.  Myślę, że właśnie to codzienne obcowanie z książkami, widok innych czytających i rozmawiających o lekturze ludzi jest impulsem, który zaszczepia miłość do książek.

3. Jakie wydarzenia z pani życia wpłynęły na to, że akurat pisać pani zaczęła? Czy było to podyktowane głosem serca, weną czy czystym przypadkiem?
toskaniau

Pisać chciałam zawsze. Jednak długo brakowało mi odwagi. Czułam, że nie dorównam moim pisarskim mistrzom. Tę pokorę mam zresztą w sobie do dziś. No, ale wiadomo, czasami człowiek musi, inaczej się udusi ;) Nadeszła chwila, kiedy zdecydowałam się spróbować. I udało się. Z czego niezmiernie się cieszę.

4. Właśnie skończyłam czytać Marzenia szyte na miarę. Jestem w powieści, w tej scenerii. Przeszłam na drugą stronę. Chciałam zapytać, skąd czerpie Pani inspiracje do budowania opowieści i opisu pięknych miejsc? Pozdrawiam! 
masma13

Nie jest tajemnicą, że Jagodno i Borowa istnieją naprawdę. Jagodno to Zagnańsk – gminna miejscowość niedaleko Kielc, a Borowa, to Borowa Góra – wieś obok Zagnańska, gdzie od wielu lat spędzam każdą wolną chwilę. Nie muszę więc nic wymyślać. Tam tak jest naprawdę – pięknie, malowniczo, spokojnie. Tak samo jak w moim rodzinnym mieście – Kielcach.

5. Jeśli miałaby Pani iść na kolację ze znana osoba/ mężczyzną/ to proszę wybrać spośród poniższych nazwisk: Robert Lewandowski, Donald Trump, Artur Andrus. Proszę o krótkie uzasadnienie. Najlepiej na wesoło Pozdrawiam, Grażyna Grzesiak 
graz2007

Z Robertem Lewandowskim nie poszłabym, bo chociaż udaje mi się pojąć wiele rzeczy, to tajniki tzw. spalonego są dla mnie nie do ogarnięcia ;)  Donald Trump jest dla mnie zbyt. Pod każdym względem. Zbyt bogaty, zbyt pewny siebie, zbyt arogancki i zbyt stary. I w sumie zbyt nudny ;) Natomiast z Arturem Andrusem – bardzo chętnie. Myślę, że wiedziałby co dobrego zamówić do zjedzenia, ale przede wszystkim sądzę, że z tak inteligentnym mężczyzną nie nudziłabym się ani chwili. A poczucie humoru i intelekt to cechy, które bardzo w mężczyznach cenię. Zatem zwycięzcą jest… Artur Andrus. Chociaż tak naprawdę, w głębi duszy, chciałabym iść na kolację zupełnie z kimś innym :)

6. W moim życiu bywają momenty, w których tęsknię za dzieciństwem. Żeby choć na krótką chwilę powrócić do tych wspaniałych czasów, sięgam po książki z "dziecinnych" lat. "Dzieci z Bullerbyn'', "Ania z Zielonego Wzgórza", "Karolcia", "Tajemniczy ogród", "Plastusiowy pamiętnik", "Kubuś Puchatek", "Kajtkowe przygody", "Pies, który jeździł koleją...”. Byłam i jestem zakochana w baśniach Braci Grimm i Hansa Christiana Andersena. Do tej pory uwielbiam czytać "Jasia i Małgosię", "Śpiącą Królewnę", "Księżniczkę na ziarnku grochu", czy "Królową Śniegu". Mam ogromny sentyment do bajek i baśni. Kiedy sięgam po książki z dzieciństwa, ze wzruszeniem i radością przypominam sobie te cudowne czasy, które były najpiękniejszą bajką. Każdy z nas jest pisarzem własnego losu i główną postacią swojej bajki. Czy Pani - podobnie jak ja - sięga i powraca do książek z dziecięcych lat, i czy zgadza się Pani z twierdzeniem, że w każdym człowieku skrywa się małe, bezbronne dziecko spragnione beztroskich chwil?
Aneta Kasza

Książki z dziecinnych lat czytam bardzo rzadko, ale mam do nich wielki sentyment. Zdarzyło mi się kilka razy kupić w antykwariacie wydania dokładnie takie, jakie miałam w dzieciństwie. Natomiast w zupełności zgadzam się ze stwierdzeniem, że w każdym człowieku jest dziecko. I ja o to swoje staram się bardzo dbać. Pocieszam je, gdy jest smutne, daję mu prawo do bycia bezbronnym i staram się zapewnić mu jak najwięcej radości i zabawy. Myślę, że tak dziecięca cząstka nas jest ważna i potrzebna – to ona pozwala nam naprawdę i głęboko czuć. 

7. Pani Karolino, jak Pani się czyje, gdy kończy Pani swoją powieść i stawia ostatnią kropkę, czy jest to tylko i aż radość, że zakończyła Pani pracę nad daną książką i wreszcie będą mogli ją przeczytać czytelnicy, czy też jest Pani troszkę przykro rozstawać się z bohaterami, ich relacjami i emocjami z którymi w trakcie pisania na pewno się Pani zżyła? I czy kończąc każdą kolejną książkę odczuwa Pani to samo? Pozdrawiam serdecznie!
Kasia Piwoda

Kiedy kończę pisać towarzyszy mi wiele emocji. Radość z przekazania opowieści czytelnikom, niepewność jak ją przyjmą i czasami lekki żal, że to już koniec. Moi bohaterowie są dla mnie jak znajomi – jednych lubię bardziej, innych mniej, ale cieszę się, że są. Koniec opowieści nie oznacza pożegnania z nimi, bo przecież każdemu daję cząstkę siebie. Są więc we mnie, pozostają na zawsze. 

8. Co zrobiłaby Pani jakby wygrała w toto lotka? pozdrawiam, Natalia :)
nk1986

Robiłabym na pewno to samo, co robię teraz. Bo lubię swoje życie i swoje zajęcia. Niewątpliwie plusem wygranej byłoby to, że nie musiałabym martwić się o stan konta. Ale żadnych spektakularnych szaleństw nie przewiduję. Bo ja i bez wygranej staram się realizować swoje marzenia. No dobrze, pewnie natychmiast kupiłabym sobie dużo bielizny, butów i zrobiłabym kolejny tatuaż. To moje słabości ;)

9. Jakie trzy przedmioty zabrałaby Pani ze sobą na bezludną wyspę i dlaczego? Pozdrawiam serdecznie :)
cynamonowa_wanilia

Zabrałabym trzy książki: 1. „Jak przetrwać na bezludnej wyspie. Poradnik dla żółtodziobów”. 2. „Jak wydostać się z bezludnej wyspy. Poradnik nie tylko dla orłów” 3. „Jak odnaleźć się znowu w normalnym świecie. Opanuj w weekend” ;) Chyba nie ma potrzeby uzasadniania dlaczego ;) 

10. Dzień dobry! Serię o Jagodnie można by też nazwać "krawiecką" :) Gdy już udało się Pani wyprostować zaplątaną miłość, wziąć idealną miarę marzeń i dojść po nitce do szczęścia, pewnie zostało trochę nici do haftowania :) Co przedstawiałby obraz, który ma pokazywać pełnię Pani szczęścia? Pozdrawiam!
Oblicza Rozy

Może nie do końca „krawiecką”, raczej bardziej ogólnie „robótkową” ;) A mój obraz szczęścia? Na pewno bardzo kolorowy, z przewagą fioletu rzecz jasna ;) I zapewne byłby abstrakcją. Bo szczęście to emocje, a ich nie sposób ubrać w konkretne kształty.

11. Jest Pani bacznym obserwatorem relacji międzyludzkich. Gdzie - według Pani - ludzie popełniają największy błąd, zaplątując się w swoich uczuciach, gubiąc kierunek i tracąc nadzieję na rozwiązanie problemów? Pozdrawiam serdecznie :)
edyta.cha

Nie ma chyba jednej odpowiedzi na to pytanie, tak jak nie ma takich samych osób. Każdy z nas ma własne życie, swój niepowtarzalny scenariusz i każdy popełnia swoje błędy. Myślę, że największe popełniamy wtedy, gdy przestajemy słuchać głosu serca. Bo wierzę, że każdy ma w sobie odpowiedź na wszystkie pytania, tylko czasami brakuje nam odwagi, żeby się w siebie wsłuchać i pójść za tym głosem. 

Autorka zdecydowała się nagrodzić czytelniczkę o nicku cynamonowa_wanilia. Proszę o kontakt w wiadomości prywatnej na fanpage'u lub na adres mailowy magdalenamajcher@poczta.fm.
Gratuluję!

czwartek, 19 maja 2016

Wywiad | Magdalena Kawka "Tak naprawdę piszę dla siebie"




Niedawno zostałam poproszona o podanie polskiej powieści, która w ostatnim czasie zachwyciła mnie szczególnie. Bez zastanowienia wymieniłam kilka, a wśród nich "Porę westchnień, porę burz". Dzisiaj zapraszam was do lektury wywiadu, jaki miałam przyjemność przeprowadzić z Magdaleną Kawką dla portalu lubimyczytac.pl.
"Pora westchnień, pora burz” to pierwsza w Pani dorobku powieść historyczno-obyczajowa. Czym różni się praca nad książką osadzoną w czasach teraźniejszych od powieści, której akcja rozgrywa się w przeszłości? Jak przygotowała się Pani do napisania „Pory westchnień, pory burz”?
Książkę pisałam z przerwami, prawie trzy lata, ale nie dało się tego inaczej zrobić. Nie chodzi tylko o zbieranie materiałów, ale o też to, że ona musiała we mnie dojrzeć, okrzepnąć. Musiałam mieć pewność, że właśnie tak ma wyglądać. Kiedy pisze się książkę, trzeba używać wyobraźni, a w tym wypadku moja wyobraźnia musiała hulać w ściśle określonych, historycznych realiach. Po dziadkach zostało mi trochę materiałów – mapy Lwowa, przewodniki, cennik biletów tramwajowych i dorożek – i postanowiłam sobie, że ten „Lwów wyobrażony” będzie się jak najmniej różnił od tamtego, prawdziwego. Przywiązywałam wielką wagę do szczegółów; znalazłam nawet trasy przedwojennych tramwajów i ich numery, kiedy więc piszę, że jedynką można było dojechać na plac Świętego Piotra, to wcale tego nie wymyśliłam. Powieść historyczna wymaga od autora mnóstwa dyscypliny i pokory. Nie zawsze można dać się porwać i popłynąć, jak wyobraźnia podpowiada, trzeba wszystko sprawdzać, konsultować. Przeczytałam chyba wszystkie dostępne wspomnienia i pamiętniki ludzi, którzy mieszkali we Lwowie. Oglądałam przedwojenne filmy, słuchałam przedwojennych piosenek. Ważna była dla mnie również warstwa językowa; oni jednak mówili nieco inaczej niż my. Nie wspominając już o cudnym, lwowskim bałaku, pełnym zapożyczeń z niemieckiego, ukraińskiego czy jidysz.
Dlaczego właśnie przedwojenny Lwów i Ukraina w momencie wybuchu II wojny światowej? Co zafascynowało Panią w tym miejscu na tyle, że postanowiła umieścić tam akcję swojej najnowszej powieści?
Dużą rolę odgrywały korzenie mojej rodziny i fakt, że moi dziadkowie, rdzenni lwowiacy i ludzie, którzy bardzo to miasto kochali, nigdy już nie mogli tam powrócić. Zostali na siłę „przesadzeni”, a byli już w takim wieku, że nie mogli się zbyt dobrze zaaklimatyzować w nowym miejscu. Poza tym, to był tygiel narodowości, a lwowska ulica była barometrem nastrojów społecznych. Zawsze mnie zastanawiało, co musieli czuć sąsiedzi z jednej kamienicy, kiedy nagle, po pierwszym września, okazało się, że stoją po dwóch stronach politycznej barykady, bo przynależność narodowa nie pozwala im już na bycie przyjaciółmi. W tej książce realia historyczne są bardzo ważne, w końcu mieliśmy kiedyś z Ukraińcami jedno państwo, ale posłużyły mi głównie do tego, żeby pokazać, jak łatwo zapomnieć, że najpierw jest się człowiekiem, a dopiero potem Polakiem czy Żydem.
Ciekawa jestem, przez jaki czas pracowała Pani nad „Porą westchnień, porą burz”. Jak długo zbierała Pani materiały, a ile trwał sam proces tworzenia?
Jak już mówiłam, książkę pisałam trzy lata. Nie zbierałam wcześniej materiałów, to działo się równocześnie. Najpierw w głowie zrodziła się historia Lilki, młodej, beztroskiej dziewczyny, z marzeniami, planami, zupełnie takiej samej jak współczesne dziewczęta. Potem, w miarę jak powieść się rozrastała, potrzebowałam nowych materiałów. Przeczytałam mnóstwo opracowań dotyczących tamtego okresu, rozmawiałam z wieloma historykami i bardzo się starałam pokazać, że nie istnieje coś takiego, jak „jedna prawda”. Każdy z bohaterów ma swoją. I ja każdą z nich starałam się pokazać, bez oceniania, czy jest zła czy dobra. Zamiast motywów i poglądów ważniejsze były dla mnie efekty ich działań i to, jak człowiek zmienia się pod wpływem sytuacji. Idę o zakład, że czytelnik nie będzie umiał przypiąć łatki bohatera pozytywnego bądź negatywnego większości postaci w książce.
Pani dziadkowie pochodzili ze Lwowa, zgadza się? Czy zna Pani Lwów tylko z opowiadań najbliższych, a może udało się odwiedzić miasto, przygotowując się do pracy nad powieścią?
Wiem, to nie zabrzmi dobrze: nigdy nie byłam we Lwowie. Ale też nie mam już szans na poznanie tego Lwowa, który najbardziej mnie fascynuje: przedwojennego, Lwowa moich dziadków. Spędziłam całe miesiące, studiując stare fotografie, i czasem mam irracjonalne wrażenie, że znam ten przedwojenny Lwów jak własną kieszeń. Może to jakaś magia, może genius loci tego miasta mieszkał w mojej duszy, zanim się urodziłam?
Czy „Pora westchnień, pora burz” to chwilowy flirt z powieścią historyczno-obyczajową, a może związek na stałe?
Moim zdaniem nie ma w pisarstwie czegoś takiego jak związek na stałe. To musiałoby zakładać, że wiem, jaka będę za dziesięć lat, co mi wtedy będzie w głowie siedziało. A tego nie wiem. Może będę pisać wiersze albo bajki dla dzieci. A flirty są bardzo przyjemne.

W swoim dorobku ma Pani powieść napisaną z innym autorem, Robertem Ziółkowskim. Jak to jest: wpuścić inną osobę do swojego zamkniętego świata i stworzyć coś wspólnego? Jak w ogóle wygląda praca nad powieścią przygotowywaną we współpracy z drugim pisarzem?
Nigdy nie myślałam, że będę umiała wpuścić kogoś do swojej głowy. I, o dziwo, okazało się to bardzo przyjemnym eksperymentem. To było wielkie wyzwanie, ale Robert jest wszechstronnym pisarzem, obdarzonym wielkim talentem, i na dodatek pisze bardzo dynamicznie, z czym ja niekiedy miewam problemy. Zanim mój bohater w ogóle wejdzie do kuchni, skupia się po drodze na milionie niepotrzebnych rzeczy, a mnie wychodzą z tego cztery bite strony. Robert nauczył mnie, jak wchodzić do kuchni w jednym zdaniu. Praca nad książką „Tuż za rogiem” była niesamowitą przygodą, pełną emocji, kłótni, rwania włosów z głowy. Narodziła się w wyniku naszych niekończących się rozmów, kiedy pokazywaliśmy sobie, jak różnie postrzegamy świat. I wtedy wpadliśmy na pomysł, że nie musimy niczego wymyślać, po prostu napiszemy, dlaczego czasem tak trudno się porozumieć kobietom i mężczyznom. Dlaczego kiedy on mówi: nie do twarzy ci w tej sukience, to ona myśli: nie podobam mu się, już mnie nie kocha. Albo kiedy ona zwyczajnie stwierdza: tęsknię za tobą, on uważa, że natychmiast powinien coś zrobić z tą jej tęsknotą. „Tuż za rogiem” to książka o trudnej miłości, bo takiej zaniedbanej i przeterminowanej już nieco. Te same wydarzenia poznajemy z punktu widzenia kobiety i mężczyzny – i czasem nadziwić się nie można, że choć mówimy tym samym językiem, kompletnie się nie rozumiemy.
Proszę opowiedzieć, jak przebiega u Pani proces tworzenia. Czy zaczyna Pani od konspektu, dokładnego planu, czy… po prostu siada i pisze?
Po prostu siadam i piszę. Choć tak naprawdę pisanie to ostatni etap procesu tworzenia. Wcześniej chodzę z historią w głowie, przetrawiam ją, pozwalam, żeby dojrzała. Gadam do siebie, wyobrażam sobie, jacy będą moi bohaterowie, co będą czuli, jak postąpią. Mam mnóstwo pomysłów, które natychmiast zapominam. Przychodzą nowe, próbuję ich, smakuję, czasem zostaną, czasem lądują na śmietniku mojego pisarskiego świata. Dlatego tak dobrze pisało mi się z Robertem, bo w kółko o tym gadaliśmy, i ta historia zadziała się na długo przed tym, zanim spisaliśmy ją na papierze. Nie robię notatek, planów, konspektów – to dla mnie zbyt trudne, wymagające dyscypliny, a my dwie za sobą nie przepadamy… Mam wszystko w głowie.
Dla kogo Pani pisze? Czy ma Pani w swojej głowie wyobrażenie typowego czytelnika Magdaleny Kawki?
Tak, mój czytelnik jest mądry, wrażliwy, nie szuka łatwych emocji. A ja mu na nich nie gram perfidnie, choć czasem przecież mogłabym. Wiem, co wyciska łzy, co przyciąga uwagę, wiem, jak poprowadzić akcję, żeby czuł się zaskoczony; znam milion sztuczek, ale nie one są w moim pisarstwie najważniejsze. Teraz strzelę sobie w stopę: tak naprawdę piszę dla siebie. A czytelnik to mój najmilszy bonus w całym tym twórczym ambarasie.
Nad czym Pani obecnie pracuje? Czym jeszcze planuje Pani zaskoczyć czytelników?
Akcja „Pory westchnień, pory burz” nie skończyła się z chwilą wyjścia ze Lwowa wojsk sowieckich. To powieść szeroka, obejmująca wiele lat wojennych i powojennych, dlatego zaplanowana została na kolejny tom, bo mi się wszystko w jednym nie zmieściło. Pracuję obecnie nad drugą częścią, która rozpoczyna się na dalekiej Syberii, gdzie trafił jeden z głównych bohaterów. Akcja na przemian będzie się przenosiła z Syberii do Lwowa, zostaniemy wśród bohaterów, których poznaliśmy w pierwszym tomie, ale trochę ich sprawy się pokomplikują. Nie będzie im łatwo pod niemieckim terrorem, od nowa będą musieli weryfikować poglądy, zawierać nowe układy, od nowa definiować wrogów i przyjaciół. Będą pracować w instytucie profesora Weigla, karmić wszy, walczyć o przetrwanie, a także mierzyć się z bolesnymi tematami, które z wojną nie mają nic wspólnego. Bo w czasie wojny ludzie nie myślą wyłącznie o wojnie.
Co Magdalena Kawka czyta prywatnie? Proszę opowiedzieć o swoich ulubionych lekturach i literackich inspiracjach.
Przez ostatnie lata czytałam głównie opracowania historyczne. Ale lubię każdy rodzaj literatury, byle dobrze napisany. Autor musi być wobec mnie bezwzględny, musi mnie brutalnie trzymać w ramionach i nie wypuścić do ostatniej kartki. Nie lubię książek nudnych i miałkich – i wcale nie mam na myśli, że sięgam wyłącznie po literaturę wysokich lotów. Lubię nurt mainstreamowy, lubię, kiedy talent pisarza do snucia opowieści zabiera mnie w podróż do jego świata. Czytam kryminały, Kinga, Cobena, uwielbiam Kazantzakisa, Myśliwskiego, ale moimi ostatnimi miłościami literackimi są kobiety: Joyce Carol Oates, Majgull Axelsson i nasza swojska Anna Janko. One mi nie pozwalają zapomnieć o swoich książkach jeszcze długo po tym, jak odłożę je na półkę. A to właśnie jest dla mnie wyznacznikiem dobrej i wartościowej literatury.

Wywiad został przeprowadzony dla portalu Lubimy czytać.
lubimyczytac.pl

środa, 27 kwietnia 2016

Dziś premiera "Szczęścia na wagę" | Wywiad z Agnieszką Olejnik



Dzisiaj swoją premierę ma najnowsza powieść Agnieszki Olejnik, "Szczęście na wagę". Książka rozpoczyna cykl "Wszystkie smaki życia". Postanowiłam porozmawiać z autorką na temat jej powieści. Jak zmieniło się jej życie, odkąd zadebiutowała? Dlaczego postanowiła napisać książkę "odchudzającą"? Czego możemy spodziewać się po kolejnych częściach serii "Wszystkie smaki życia? 

Pani Agnieszko, ostatnio rozmawiałyśmy ponad rok temu, po premierze powieści „Dante na tropie”. Jestem ciekawa, jak od tej pory zmieniło się Pani życie?

Zupełnie się nie zmieniło. Nadal żyję sobie spokojnie w domu na skraju lasu, pod moimi dębami; usiłuję łączyć opiekę nad dziećmi, psami i ogrodem z pracą w szkole i pisaniem książek. Jedno jest pewne: nie mam czasu się nudzić.

W „Szczęściu na wagę” porusza Pani wiele ważnych tematów, wsiąkając w świat współczesnych nastolatków. Pisze Pani o internetowym hejcie, problemach młodych ludzi z własną tożsamością i walce nastoletniej dziewczyny z nadwagą. Skąd taka dobra znajomość świata młodych ludzi, którą wykazała się Pani, pisząc już swoją powieść „Zabłądziłam”?

Po pierwsze, całkiem dobrze pamiętam siebie z okresu dojrzewania. Po drugie, mam synów w różnym wieku: student, gimnazjalista i pierwszak. To sprawia, że ciągle muszę być na bieżąco. Po trzecie wreszcie: praca w szkole i wciąż utrzymywany kontakt z dawnymi uczniami sprawia, że dość dobrze znam problemy nastolatków.

Zastanawiam się, na ile Pani własne doświadczenia z pracy wpłynęły na ostateczny kształt książki i problemy Ewy z uczniami?

Niektóre przemyślenia Ewy są moimi przemyśleniami. Na przykład te dotyczące bezradności nauczyciela wobec nieprzemyślanych zmian w oświacie albo tak zwanych „trudnych przypadków”. Sytuacje, kiedy chcemy pomóc dziecku, ale napotykamy opór ze strony rodziców albo borykamy się z ich brakiem konsekwencji, są dla nas szczególnie trudne, bo ostatecznie zawsze ucierpi na tym uczeń.
W książce opowiedziałam kilka historii prawdziwych, zmieniając jednak imiona uczniów. Na przykład historia Nikodema jest „z życia wzięta”.

W „Szczęściu na wagę” wykazuje się Pani niemałą wiedzą na tematy związane z prawidłowym żywieniem, odchudzaniem. Czy interesuje się Pani tymi zagadnieniami prywatnie, czy może zaczęła dopiero, przygotowując się do pracy nad książką?

Interesuję się, od zawsze. Nie w kontekście odchudzania, lecz zdrowia. Zadaję sobie pytanie: co my – ludzie – robimy źle, że tyjemy. Obserwuję naturę i nie widzę otyłych zwierząt. Weźmy przykład lwów. Wylegują się i obserwują otoczenie. Dopóki są najedzone, nie polują. Nie jedzą za dużo, nie tyją. Potencjalny obiad chodzi im przed nosem, ale one nie odczuwają potrzeby, że zjeść więcej, niż to konieczne. To samo z roślinożercami. Ludzie są smutnym wyjątkiem – stracili instynkt, nie wiedzą, kiedy przestać.
Według mnie tycie jest dowodem na to, że popełniamy jakiś fundamentalny błąd. Na swój własny użytek próbuję go znaleźć. Mam zamiar cieszyć się życiem do ostatniej chwili, a to niemożliwe, kiedy człowiek jest schorowany i wiecznie na coś narzeka. Nie godzę się na te wszystkie dolegliwości, które nękają ludzkość. Chcę być kiedyś pełną werwy staruszką, która wreszcie znajdzie czas, żeby obejść pieszo całą Islandię albo dotrzeć na rowerze do Albanii.

Skąd w ogóle taki pomysł, aby pisać o otyłej, zakompleksionej, młodej dziewczynie? Czytelnicy nie wolą idealnych bohaterek, z ciałem modelki i perfekcyjnym makijażem?

Większość czytelników to zwykli ludzie, z krwi i kości – wcale nie idealni, lecz dzięki temu interesujący. Ideały są nudne. A perfekcyjny makijaż często skrywa wrażliwą, zakompleksioną osobę, która wstydzi się swojego prawdziwego oblicza.
Ja sama nie lubię czytać o bohaterach wyglądających jak gwiazdy filmowe. Nie wierzę w takie historie. Wszyscy wiemy, że to, co oglądamy na ekranach kin albo w internecie, to efekt pracy makijażystów i grafików. Prawdziwi ludzie tak nie wyglądają.
Wracając do książki: początkowo pomysł był zupełnie inny: to matka miała być otyła, a córka – po prostu trudna, zbuntowana nastolatka. Kiedy zaczęłam pisać, nieoczekiwanie bohaterki zamieniły się rolami. Nic nie mogłam na to poradzić.

Nie jest już Pani debiutantką i można powiedzieć, że proces wydawniczy stał się już dla Pani chlebem powszednim. Zastanawiam się, czy uczucia, jakie towarzyszą wydawaniu kolejnej powieści są takie same, jak po opublikowaniu swojego debiutu? Czy widok nowej książki prosto z drukarni, sygnowanej własnym nazwiskiem zawsze cieszy tak samo?

Na każdą premierę bardzo czekam i każda stanowi powód do radości, ale szczerze mówiąc, nigdy specjalnie nie przeżywałam faktu, że na okładce widnieje moje nazwisko. Równie dobrze mogłabym pisać pod pseudonimem. Natomiast bardzo biorę sobie do serca opinie czytelników, bo przecież książki nie pisze się po to, żeby ona zaistniała, by pojawiła się na półkach księgarskich – lecz żeby coś opowiedzieć; coś o sobie, jakąś prawdę o życiu i o ludziach.

Powieścią „Szczęście na wagę” otwiera Pani cykl „Wszystkie smaki życia”. Proszę opowiedzieć czytelnikom o tej serii. Ile książek ukaże się w cyklu, jakie tematy podejmie Pani w poszczególnych powieściach?

„Wszystkie smaki życia” to trylogia. Drugi tom będzie nosił tytuł „Miłość z nutą imbiru”, a ukaże się jesienią 2016. Natomiast tom trzeci – „Pełnymi garściami” – właśnie się pisze.
Wszystkie części cyklu opowiadają o tych samych bohaterach, poznamy więc dalsze losy Ewy i Klaudii, a także bliskich im osób. Każdy tom w jakiś sposób dotyczy smaku, zarówno rozumianego dosłownie, jak w przenośni, jako smakowanie urody życia – stąd tytuł serii.
W „Miłości z nutą imbiru” pojawi się atmosfera świąteczna, ale nie będzie słodko jak w bombonierce, ten imbir pojawia się w tytule nie bez powodu, wmiesza się tam odrobina goryczy. Natomiast „Pełnymi garściami” będzie opowieścią o tym, jak smaki codzienności, przenikając się wzajemnie i uzupełniając, tworzą niepowtarzalną całość: potrawę zwaną życiem. I jak można się nią delektować.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Rozmowa Agnieszki Pruskiej z czytelnikami | WYNIKI KONKURSU!



Zapraszam Was do lektury niezwykłego wywiadu, który z Agnieszką Pruską, autorką powieści kryminalnych, przeprowadzili jej czytelnicy. Co sprawiło, że pisze kryminały? Dlaczego wybrała dla swojego bohatera takie nietypowe imię i nazwisko, jak Barnaba Uszkier? No, i kto wygrał główną nagrodę, czyli pakiet książek Agnieszki Pruskiej? :)


1) Polski rynek powieści kryminalnych rozwija się w zaskakującym tempie. Czy tworząc nową intrygę kryminalną nie boi się Pani, że powieli pomysł jakiegoś innego autora?
Katarzyna Kwiatkowska

            I tak i nie. Ilość kombinacji dotyczących: motywów, miejsc zbrodni, bohaterów, środowiska, czasu, sposobu morderstwa, sposobu narracji jest tak duża, że teoretycznie autor powinien być w miarę „bezpieczny” jeżeli chodzi o nieświadome nawiązanie do cudzej twórczości, bo optymistycznie zakładam, że nikt świadomie nie chce splagiatować czyjejś książki. Wiadomo jednak, że są tematy bardziej nośne, ciekawsze czy intrygujące i oczywiście może się zdarzyć, że dwie osoby napiszą książki w pewnym zarysie do siebie podobne.  Proszę się zastanowić, ile przeczytali Państwo kryminałów o, na przykład, takim samym motywie morderstwa, powiedzmy: rabunkowym. Czy były do siebie podobne? Najprawdopodobniej nie, albo tylko w pewnych aspektach. Muszę jednak przyznać, że podczas intensywnego pisania, czytam zdecydowanie mniej kryminałów właśnie dlatego, że gdzieś w podświadomości tkwi  obawa: „żeby tylko nie było podobne do cudzej książki”. Na razie nie jest :-)

2) Kryminał w Polsce to Chmielewska. Chce ją pani zdetronizować, czy wytyczyć nowy nurt?
Angel Oscuro

            Oj, zdecydowanie nie zamierzam nikogo detronizować. Owszem, chciałabym być rozpoznawalną dla większości miłośników kryminałów autorką, ale jako Agnieszka Pruska, a nie jako ta pisząca podobnie do… (tu można wstawić dowolne imię i nazwisko autora). Myśl o nowym nurcie zdecydowanie mi się podoba, piszę kryminały typowo policyjne, zwracam dużą uwagę na technikę kryminalistyczną, dużo rzeczy konsultuję ze specjalistami, mój bohater nie ma nieudanego życia osobistego i nie jest nieudacznikiem, to chyba cechy charakterystyczne moich książek.
Muszę też sprostować: w tej chwili polski kryminał, nawet ten pisany przez kobiety, to nie tylko Joanna Chmielewska, to również: Katarzyna Bonda, Joanna Opiat Bojarska, Marta Zaborowska, Anna Klejzerowicz, Izabela Żukowska, Gaja Grzegorzewska i wiele innych autorek, które od razu przepraszam, że ich nie wymieniłam.

3) Co sprawiło, że zaczęła Pani pisać właśnie kryminały? Chęć mordu, konflikt w szkole, zasługujący na tortury piekielne partner czy po prostu miłość do kryminałów albo zupełnie coś innego? :)
Kto czyta nie pyta

            Zawsze interesowałam się kryminologią i kryminalistyką, czytałam też oczywiście kryminały (obok innych książek) i to chyba połączenie tych rzeczy dało efekt w postaci napisania pierwszego kryminału.  Osobistych „kryminalnych” lub kryminalnych doświadczeń na szczęście nie mam, chociaż czasem mogłyby się okazać przydatne, bo nie musiałbym sobie czegoś wyobrażać, wczuwać się w czyjąś skórę, tylko czerpałabym z doświadczenia. Natomiast ostatecznym impulsem do napisania „Literata” była nie tyle chęć mordu, co uświadomienie sobie, że człowieka można zabić w tak wiele sposobów, że praktycznie zabójca mógłby się pokusić o niepowtarzalność. To dosyć makabryczne spostrzeżenie.

4) W aikido podobno (nie wiem, bo nie trenowałem) nie ma rzeczy zabronionych. I stąd moje pytanie: czy podąża Pani również w myśl tej zasady podczas tworzenia nowych propozycji czytelniczych dla moli książkowych?
Piotr Sobierajski

            Aikido jest dość mocno sformalizowanie i nie ma czegoś takiego jak „wszystkie chwyty dozwolone”, to dotyczy ninjitsu – tam można nawet drapać i gryźć. Oczywiście mówię o warunkach treningowych, nie o walce na ulicy. Mamy więc określony atak, technikę, kroki i  w pewnych określonych ramach można dowolnie ćwiczyć, robiąc różnego typu rzuty i kontrole. W sumie mogę porównać tworzenie postaci książkowych do technik aikido, z jednej strony mamy wytyczone założenia, z drugiej pewną dowolność, a wszystko to musi być realne, tak walce, jak i w kryminale. To samo dotyczy fabuły, motywów, wątków – powieść kryminalna to nie fantastyka, musi być w dużej części zgodna z rzeczywistością, tak żeby czytelnik mógł powiedzieć: „faktycznie, tak mogło być”.

5) Nie ma autora, który swoją prozą zauroczyłby wszystkich czytelników, a co za tym idzie, o jednej książce można przeczytać tak skrajnie różne opinie, że mętlik w głowie robi się większy niż po solidnej dawce alkoholu. Jedna osoba zarzuci książce marginalną drętwość i nijakość, po czym inna wychwali ją pod wszelkie niebiosa. Jak zatem nie zwariować w świecie tak skrajnie różnych komentarzy i wychwycić w nich to, co naprawdę ważne z punktu widzenia pisarza – wartościową, konstruktywną krytykę? 
Miłka Kołakowska
            Wiadomo, że nie ma możliwości, aby jakakolwiek książka podobała się wszystkim, to by było nierealne i nienaturalne. Ja sama nie przepadam za książkami kilku bardzo dobrych autorów, po prostu lubię inaczej pisane fabuły, innych bohaterów, czy inne tempo akcji. Nie oznacza to oczywiście, że ktoś źle pisze, po prostu wolę czytać coś napisanego inaczej i tak samo przysłowiowy Kowalski może nie lubić tego, jak ja piszę. I to nie jest nic osobistego, po prostu każdy ma prawo do odmiennych preferencji czytelniczych. Nie lubię recenzji pisanych na zasadzie „no to teraz mu/jej dokopię” i wycieczek osobistych recenzentów, a to się niestety czasem zdarza i to zarówno w odniesieniu do autorów z niewielkim dorobkiem jak i tych cieszących się ogólnie dobrą opinią. Sama piszę od czasu do czasu recenzję (aczkolwiek tylko książek zagranicznych autorów), więc jestem uczulona na bezstronne potraktowanie tekstu. To, co dla mnie jest walorem książki, komuś może się nie podobać i odwrotnie. Dobrze napisana recenzja jest cenna zarówno dla czytelników jak i autorów. Przed napisaniem „Hobbysty” przejrzałam recenzje dotyczące „Literata” właśnie po to, żeby uwzględnić dobre, merytoryczne uwagi.  Tak naprawdę, to miałam szczęście, zanim ukazała się moja pierwsza książka - „Literat” - właścicielka wydawnictwa uprzedziła mnie, jak wygląda sprawa z opiniami, czy recenzjami, że czasem są fachowe, rzetelne opinie, a czasem bywają to „wycieczki osobiste”.  Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że w „Literacie” kilka rzeczy wzbudziło zupełnie odmienne reakcję, są to: przyjaciel głównego bohatera – ksiądz (książka jest pochwałą kościoła/bardzo fajny motyw), główny bohater mający rodzinę (jakiś dziwny/o, fajnie, nareszcie ktoś normalny), przemyślenia psychopaty przed każdym rozdziałem (nudne/super), wprowadzenie motywu ciotki – bibliotekarki (pewnie moje ukryte głęboko alter ego/ ciekawa postać). Podsumowując:  rzetelne recenzje są bardzo przydatne, te wytykające różne potknięcia autora również, ale piszący recenzje musi to robić bezstronnie. Czy recenzja taka jest, widać praktycznie po kilku pierwszych zdaniach i taką recenzję czyta się zawsze (niezależnie czy dotyczy książki, którą chcę przeczytać, czy mojej własnej) z dużo większą uwagą.
6) Komisarz Barnaba Uszkier, to nie tylko zaangażowany w sprawy zawodowe policjant, ale i świetny ojciec. I w przeciwieństwie, do często spotykanych w literaturze wzorców, woli aikido od alkoholu i kobiet. Co sprawiło, że zdecydowała się Pani stworzyć postać odbiegającą od utartych wzorców? 
izabela81

            Najkrócej mówiąc: przesyt bohaterami mającymi problem ze wszystkim, z czym się tylko da. Nie chciałam, aby kryminał, który piszę, w połowie składał się z opisów przeróżnych problemów, którymi boryka się bohater. Od razu założyłam, że nie będzie alkoholikiem (jawnym czy też ukrytym), nie będzie w trakcie rozstawania się żoną lub kochanką, nie będzie cierpiał z powodu pracy w policji, ani nie będzie się zastanawiał, co zrobić z czasem wolnym, bo oprócz pracy nie ma nic.  I tak powstał „szkielet” nadkomisarza Barnaby Uszkiera. Muszę jednak bezstronnie przyznać, że bohater, który ma jakiś mocny negatywny rys jest łatwiejszą postacią z punktu widzenia autora, dużo ciekawsze dla czytelnika jest zapewne odwiedzanie przez bohatera kolejnych knajp, niż odrabianie z synami lekcji. Tak więc Uszkier musiał zyskać jakieś cechy, które by mi ułatwiły pisanie o nim, jedną z nich jest jego zamiłowania do aikido.

7) Mnie interesuje onomastyka, dlatego zapytam o głównego bohatera. Barnaba Uszkier – imię jest rzadko spotykane, nazwisko obco brzmiące, razem to dość nietypowe zestawienie, które brzmi nieco dziwacznie, przyznam szczerze. Skąd pomysł, aby tak nazwać komisarza?
martucha180

            Wiem, wiem, że to nietypowe zestawienie. Pochodzenie  imienia i nazwiska nadkomisarza jest proste i nie miałam na celu stworzenia czegoś zaskakująco dziwnego. Barnaba jest dosyć rzadko spotykanym imieniem, które mi się po prostu podoba, a nazwisko pochodzi od pierwszego członu mojego nazwiska panieńskiego. Wyszło: Barnaba Uszkier :-) Trochę dziwnie, ale nie zamieniłabym go na Adama Nowaka, ani Jana Kowalskiego. Powiem tak, Uszkier jako bohater jest nietypowy i dosyć specyficzny i właściwie to imię i nazwisko pasuje do niego. Trzeba się jednak przyzwyczaić...

8) Interesuje mnie, jakie książki prywatnie czyta Agnieszka Pruska. Czy również w tym przypadku stawia na zbrodnicze klimaty, czy woli jednak od nich odpocząć?
Asia Szarańska

            Łatwiej mi chyba odpowiedzieć, czego nie czytam :-) Nie lubię powieści obyczajowych, takich określanych ogólnym mianem „babskie”. W mojej, całkiem dużej, bibliotece można znaleźć: kryminały, sensację, fantastykę, książki historyczne, biografie, podróżnicze i popularno - naukowe z różnych dziedzin. Cały czas też kompletuję swoją biblioteczkę „kryminalną”, z której korzystam podczas pisania. W jej skład wchodzą między innymi: „Medycyna sądowa”, „Profilowanie kryminalne”, „Kryminalistyka”, „Wprowadzenie do entomologi sądowej” i książki z zakresu psychologii.

9) Ja wiem, że nie powinno się "wybrzydzać", gdy statystyki straszą wynikami, pokazującymi jak niewielu Polaków czyta książki, ale biorąc pod uwagę, że często tworzy się definicję "dobrego pisarza", chciałam zapytać, jaki według Pani powinien być "dobry czytelnik"?
Pozdrawiam!
Edyta Chmura

            Wydaje mi się, że nie ma czegoś takiego jak „dobry” i „zły” czytelnik, jest po prostu czytelnik. Może nawet powiedziałabym, że „zły czytelnik”, to oksymoron? Jeżeli ktoś sięgnął po książkę, to znaczy, że jest zainteresowany czytaniem i już z tego należy się cieszyć. Jeżeli za pierwszym razem nie trafi w swój gatunek, na ulubionego autora, to istnieje szansa, że będzie szukał dalej. Bardziej podoba mi się termin „świadomy czytelnik” i tym mianem określiłabym osobę, która wie, co ją interesuje, jest na bieżąco z nowościami (ale zna też starsze tytuły), nie daje się zasugerować wszystkim „top listom” i ma wyrobione preferencje literackie.  Wiem, że czytanie nie jest najpopularniejszą rozrywką w naszym kraju i sama zawyżam statystyki, ale mam nadzieję, że coś się jednak zmieni.

10) Kim tak naprawdę jest Agnieszka Pruska?
Iza Raszka


            Żoną, matką, właścicielką golden retriverki, posiadaczką 2 dana w aikido (miesiąc temu zdałam egzamin i jeszcze mnie to ekscytuje), autorką dwóch wydanych książek („Literat” i „Hobbysta”) i planowanego na czerwiec „Żeglarza”. A także czytelniczką, miłośniczką wody, ciepłych krajów, różnego typu krótszych i dłuższych wyjazdów oraz fanką wolnego czasu, podczas którego można zajmować się jedną z wymienionych wcześniej rzeczy.

Nagrodę za pytanie "Nie ma autora, który swoją prozą zauroczyłby wszystkich czytelników, a co za tym idzie, o jednej książce można przeczytać tak skrajnie różne opinie, że mętlik w głowie robi się większy niż po solidnej dawce alkoholu. Jedna osoba zarzuci książce marginalną drętwość i nijakość, po czym inna wychwali ją pod wszelkie niebiosa. Jak zatem nie zwariować w świecie tak skrajnie różnych komentarzy i wychwycić w nich to, co naprawdę ważne z punktu widzenia pisarza – wartościową, konstruktywną krytykę?" zdobywa Miłka Kołakowska. Proszę o kontakt przez fanpage bloga lub na adres mailowy magdalenamajcher@poczta.fm :)
Gratuluję, a wszystkim pozostałym dziękuję za udział w zabawie!