Pokazywanie postów oznaczonych etykietą debiut. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą debiut. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lutego 2017

Natalia Nowak-Lewandowska "Pozorność" | Recenzja




Natalia Nowak-Lewandowska wchodzi na polski rynek wydawniczy pewnym krokiem, nie unikając trudnych, niewygodnych spraw. Przemoc domowa na pewno nie należy do tematów lekkich, a mimo to debiutantce udało się się napisać powieść, która nie przytłacza, a wręcz przeciwnie - przynosi nadzieję i pozwala dostrzec światełko w tunelu wszystkim kobietom, które znalazły się w beznadziejnym położeniu.

Kiedy Piotr wybucha po raz pierwszy, Anka myśli, że to zwykłe nieporozumienie. Wierzy, że sytuacja już się nie powtórzy. Wpada w taką samą pułapkę, jak tysiące podobnych jej kobiet, a jej codzienność przysłania strach. Osobom z zewnątrz łatwo mówi się "Przecież zawsze możesz od niego odejść", ale tylko ofiary przemocy domowej wiedzą, jak trudno zdobyć się na ten najważniejszy krok. Anka w zasadzie jest dość stereotypową bohaterką. Zamknięta w czterech ścianach swojego domu boi się mieć marzenia, a kiedy dochodzi do pierwszego poronienia, traci kontakt z rzeczywistością i wpada w pułapkę własnego umysłu. A to dopiero początek. Czy Anka w końcu zrozumie, że jedynym wyjściem jest rozstanie? On się nie zmieni. Ale czy, zanim do naszej bohaterki w końcu to dotrze, nie będzie już za późno?

Natalia Nowak-Lewandowska w swojej debiutanckiej powieści porusza szereg ważnych tematów społecznych. Pisze o przemocy domowej, ale nie tylko. Jej bohaterka desperacko pragnie zostać matką. Debiutantka zwraca uwagę na jej rozpaczliwe próby i cenę, jaką przyjdzie zapłacić Ance za kolejne poronienia. Co czuje kobieta, która traci dziecko? Nowak-Lewandowska wnika w psychikę bohaterki. Mimo iż powieść traktuje przede wszystkim o temacie przemocy domowej, to właśnie te wątki przyciągnęły moją uwagę. Jako matka identyfikowałam się z kobietą i przeżywałam jej osobisty dramat. Po cichu kibicowałam i trzymałam kciuki, licząc na pomyślne zaskoczenie.

Nie brakuje tu mocnych scen, ale całość została w odpowiedni sposób wyważona, przez co czytelnik nie czuje się przytłoczony po lekturze. To wielka sztuka - zwrócić uwagę czytelnika na trudny temat i nie zakrzyczeń przekazu brutalnymi scenami. Może zabrzmi to dziwnie, ale tę książkę naprawdę czyta się przyjemnie - a przynajmniej mnie się tak ją czytało. Nowak-Lewandowska nie uniknęła pewnych pułapek, w jakie często wpadają debiutanci, przemiana głównej bohaterki nastąpiła zbyt szybko, przez co ostatnie sceny wydają się zbyt mało prawdopodobne, ale, jak na debiut, jest dobrze. 

Myślę, że tę powieść śmiało można polecić przede wszystkim kobietom, które nie boją się trudnych tematów poruszanych w literaturze. To godna uwagi, dobrze napisana książka, będąca swego rodzaju obietnicą na przyszłość - najlepsze powieści są jeszcze przed Natalią Nowak-Lewandowską.

Natalia Nowak-Lewandowska "Pozorność"
Wydawnictwo Replika, 2017
liczba stron: 256
data premiery: 31.01.2017

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Ewelina Dyda "Zła waluta" | Recenzja przedpremierowa



Na polski rynek wydawniczy pewnym krokiem wkracza kolejna "kryminalistka" - Ewelina Dyda. Jak dowiadujemy się z blurba, Dyda nie jest jedną z licznych królowych i księżniczek rodzimej sceny kryminalnej, dzięki Bogu. Nie zniosłabym kolejnej królewny, hrabiny czy czort wie kogo jeszcze, tymczasem ostatni weekend umiliła mi całkiem utalentowana debiutantka. Ewelina Dyda. Po prostu Dyda.

Jak sama autorka przyznaje, podczas pracy nad swoją powieścią sugerowała się klasykami czarnego kryminału. Trudno nie dostrzec pojawiających się co jakiś czas nawiązań do twórczości Raymonda Chandlera czy Rossa Macdonalda. Ewelina Dyda jest absolwentką filologii polskiej ze specjalizacją krytycznoliteracką. Wykształcenie autorki pozwoliło jej stworzyć literaturę przez duże "L", zaangażowaną nie tylko społecznie, ale też kulturalnie, co w połączeniu z atmosferą małomiasteczkowych spelun i obskurnych blokowisk tworzy mieszankę ciekawą i niezapomnianą. Ta powieść wbije się wam w pamięć.

Głównym bohaterem jest prywatny detektyw Jakub Rau - facet - jak to w kryminałach bywa - po przejściach. Kiedy do jego biura zgłasza się piękna, pociągająca i odrobinę niebezpieczna kobieta, Olga, nasz bohater nie potrafi się jej oprzeć i przyjmuje kolejne zlecenie. Ma za zadanie przyjrzeć się zabójstwu młodej dziewczyny, o które zostaje oskarżony pasierb Olgi, chłopak z arabskim pochodzeniem. W Tarnobrzegu nikt nie wierzy w jego niewinność. Nikt poza Olgą. W czasach imigracyjnego kryzysu w Europie, Igor jest idealnym podejrzanym i dostarcza skrajnym prawicowcom kolejnych powodów ku temu, aby nienawidzić Arabów i jeszcze głośniej krzyczeć hasła w stylu "Polska dla Polaków".

Ewelina Dyda napisała kryminał mocno osadzony w realiach niewielkiego Tarnobrzegu, i nawet nie chodzi tutaj o dokładną topografię miasta, a raczej o klimat zapomnianego miasteczka, leżącego gdzieś na południowym wschodzie Polski. Atmosferę tej książki budują podchmieleni "smakosze", młodzież zafascynowana hasłami nacjonalistycznymi oraz podupadłe blokowiska. Intryga, chociaż nie jest zbyt zawiła i wyszukana, sprostała moim oczekiwaniom co do debiutanckiej powieści. Smaku całości dodaje odpowiednio wyważona dawka ironii, bez której czarny kryminał nie miałby racji bytu. Jedyne co mi przeszkadzało, to częste wtrącenia "Ale to nie na temat" i zmiany w narracji. Lepiej się czuję w narracji trzecioosobowej, ale możliwe, że mówię tak z powodu tych powtórzeń w wykonaniu Jakuba, które mocno mnie irytowały i rozpraszały uwagę.

"Zła waluta" to bardzo dobry debiut i zapowiedź obiecującej kariery. Z przyjemnością przeczytam każdą kolejną książkę Eweliny Dydy, bo ta kobieta ma nie tylko talent, ale też jakieś pojęcie o gatunku, w którym tworzy, co nie zawsze jest takie oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Warto zapoznać się z lekturą jej debiutanckiej powieści.

Ewelina Dyda "Zła waluta"
Wydawnictwo W.A.B., 2017
liczba stron: 288
data premiery: 01.02.2017

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Wywiad | Izabela M. Krasińska: "Wszystko zaczęło się od piosenki"



Na rynku właśnie ukazała się debiutancka powieść Izabeli M. Krasińskiej, "Pod skrzydłami miłości". Z tej okazji postanowiłam przybliżyć Wam postać autorki i zadać jej kilka pytań. Jak, jako debiutantka, odnajduje się na rynku? Jakie sygnały otrzymuje od czytelników? Poznajcie tę przemiłą, młodą kobietę, która ma najlepsze zadatki ku temu, aby odnieść wielki sukces. :)

Twoja debiutancka powieść, „Pod skrzydłami miłości”, właśnie trafiła do księgarni. Czujesz podekscytowanie, radość, a może towarzyszą Ci też niepewność i lęk?

Czuję podekscytowanie i radość, a jednocześnie niepewność i lęk. :) A tak poważnie, to nadal nie mogę uwierzyć, że książka, którą widzę w księgarni, w internecie czy na bibliotecznej półce, jest moja. To wciąż do mnie nie dociera. :) Nie ukrywam, że jest mi bardzo miło, że ludzie chcą ją czytać, że o nią pytają. Kiedy zbliżała się data premiery, miałam jednak mieszane uczucia. Bałam się reakcji czytelników, przygotowałam się raczej na falę hejtu. Niepotrzebnie, gdyż książka została ciepło przyjęta. :) Oczywiście negatywne opinie również mnie nie ominęły, ale to przecież zupełnie naturalne. Nawet najwięksi pisarze nie są w stanie się wszystkim podobać, jak więc można tego wymagać od debiutanta?

Czy debiutantowi łatwo jest się odnaleźć na rynku wydawniczym?

Wszystko jest tu dla mnie zupełnie nowe i nieznane. Nieustannie zamęczam więc moje wydawnictwo pytaniami. :) Dopiero poznaję zasady gry, nie uniknęłam też, niestety, pierwszych błędów. Wydaje mi się jednak, że na tym etapie to normalne. Myślę, że z czasem będzie tylko lepiej. :) Nie patrzę na inne autorki jak na potencjalne rywalki. Mieszkam w gminie Zakrzew, skąd pochodzi znana autorka powieści kobiecych, Grażyna Jeromin-Gałuszka. Podoba mi się jej sposób pisania. Ma doskonały warsztat pisarski, jej bohaterki również są wyjątkowe. Czytanie innych pisarzy bardzo mnie rozwija, ale nie mam potrzeby, by im dorównywać. Dobry styl pisarski kształtuje się latami, a zatem przede mną jeszcze baaardzo długa droga. :)

Czy dostajesz już pierwsze sygnały od czytelników? Podoba im się książka?

Pierwsze opinie, ku mojemu zaskoczeniu, były pozytywne. Słyszę, że niektórzy czytali moją książkę i na przemian śmiali się i płakali. Nieświadomie spełniłam więc trzy starożytne zasady pisarstwa: docere, delectare, movere (nauczać, bawić, wzruszać). :) Jak już wspomniałam, są i tacy, którym powieść się nie spodobała. Nie ukrywam, że negatywne komentarze są trochę dołujące, ale równocześnie potrzebne. Nie tylko uczą pokory, ale również wskazują autorowi, nad czym jeszcze powinien popracować. Osobiście uważam, że na debiutantów powinno się patrzeć z przymrużeniem oka. Niekiedy ich pierwsze książki nie zachwycają, czegoś im brakuje, irytują nas bohaterowie albo sama fabuła. Nie wolno jednak zapominać, że na początku każdy jest amatorem w swojej dziedzinie i popełnia liczne błędy, zanim wreszcie dojdzie do perfekcji. Dopiero czas i praktyka sprawiają, że styl pisarski kształtuje się i dojrzewa. Apeluję o więcej zrozumienia i cierpliwości dla nas, debiutantów. Nam i tak nie jest łatwo, bo dopiero zaczynamy. :)


Kto pierwszy przeczytał „Pod skrzydłami miłości”? Z jaką reakcją spotkałaś się ze strony tej osoby?

Moja najstarsza siostra, Aneta. Przyznaję, że obawiałam się nieco jej opinii, tym bardziej że nikt z domowników ani znajomych nie czytał wcześniej ostatecznej wersji mojej powieści. „Pod skrzydłami miłości” jej się spodobało, co wcale nie wydawało się takie oczywiste. Moje rodzeństwo to wyrafinowani ironiści i mistrzowie ciętej riposty, dlatego byłam przygotowana na każdą ewentualność. :) Nadal mam na liście kilka osób, których recenzji się boję, tym bardziej, że są wśród nich poloniści. :)

Bohater twojej powieści jest strażakiem. Skąd taka rozległa wiedza na temat pracy w tym zawodzie? Jak przygotowywałaś się do napisania książki?

Kiedy zaczynałam pisać moją powieść, nie wiedziałam jeszcze, że zostanę taką miłośniczką straży pożarnej. :) Zdobywanie wiedzy na ten temat zaczęłam od internetu. Godzinami czytałam o pracy strażaków, o wszystkim, co jest z nimi związane (nawet ustawy!). Stworzone przeze mnie w książce „sceny strażackie” nie wydawały mi się jednak do końca przekonywujące. Zdobyłam się więc na odwagę i z duszą na ramieniu udałam się do Państwowej Straży Pożarnej w Radomiu. Po raz kolejny moje obawy okazały się niesłuszne. Wizytę tam wspominam jako jedno z najlepszych doświadczeń życiowych. Strażacy okazali się przesympatyczni i bardzo pomocni. Dzięki nim dowiedziałam się więcej na temat działania straży pożarnej i skorygowałam błędy rzeczowe w moich scenach strażackich, co wreszcie uczyniło je w pełni wiarygodnymi. :) Strażacy (zwłaszcza radomscy :)) to niesamowici ludzie. Wykonują niebezpieczny i odpowiedzialny zawód, a równocześnie pozostają bardzo skromnymi osobami. Rozmowa z nimi zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zawsze miałam ogromny szacunek i sympatię dla straży pożarnej, teraz to się jedynie pogłębiło. :) Co zabawne, muzeum, w którym pracuję, sąsiaduje z OSP, w naszej gminie mamy również Muzeum Pożarnictwa. W jakiś sposób motyw strażacki jest stale obecny w moim życiu. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? :)

Skąd pomysł na fabułę „Pod skrzydłami miłości”? Czy to był impuls, czy może cała idea dojrzewała stopniowo?

Wszystko zaczęło się od… piosenki. Mam tu na myśli „Heaven’s Table” z repertuaru mojego idola, Garou. Śpiewa w niej, że nie wszystkie anioły zasiadają przy niebiańskim stole, że niektórzy ludzie tu, na Ziemi, są takimi właśnie aniołami. Pomagają innym, poświęcają się dla nich, ratują im życie. Mimowolnie skojarzyło mi się to ze strażakami.  Tak narodziła się myśl, która zaczęła powoli dojrzewać, aż w końcu zakończyła się napisaniem książki. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym mojemu strażakowi nie zesłała plagi egipskiej w postaci kobiety. :) Coraz częściej słyszę, że Marta jest wyjątkowo irytująca. Szczerze? Mnie też strasznie wkurza. Nie bądźmy jednak dla niej tacy bezlitośni… :)

Napisałaś książkę, wysłałaś do wydawnictwa i… Jak wyglądał cały proces wydawniczy? Ile czasu minęło, zanim dowiedziałaś się, że uda się wydać Twoją powieść?

Rozesłałam książkę do wydawnictw na początku marca z przekonaniem, że ewentualnych odpowiedzi mogę spodziewać się najwcześniej po pół roku. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że wydawnictwa zaczęły odzywać się już po kilku dniach! Nie wiedziałam, co robić, nie byłam zupełnie przygotowana na taki zwrot akcji. Po krótkich wahaniach zdecydowałam się na Czwartą Stronę. Przekonali mnie nie tylko swoją życzliwością i profesjonalizmem, ale przede wszystkim tym, że pięknie wydają książki. :) Sam proces wydawniczy był żmudny, ale bardzo potrzebny. Nie przeszłabym go, gdyby nie pomoc moich redaktorek prowadzących. Cierpliwie mi wszystko objaśniały, ale równocześnie pilnowały terminów i porządku. :) Doskonale wspominam też współpracę z redaktorem językowym. Kiedy dostałam moją powieść z jego sugestiami, zamurowało mnie. To była kolejna lekcja pokory, bardzo pouczająca i motywująca. Dzięki zapamiętanym radom, staram się teraz unikać wskazanych przez niego błędów. Na końcu całego procesu wydawniczego jest jeszcze korektor i ostatnie poprawki. Gdzieś po drodze ustala się ostateczny tytuł i okładkę. Jak widać, trasa, jaką przebywa książka, zanim trafi na półki, jest długa i wyczerpująca, ale warta trudu J To uczucie, kiedy trzyma się w dłoniach swoją pierwszą powieść… Bezcenne!      

Czym zajmujesz się poza pisaniem? Czy planujesz w przyszłości uczynić pisanie głównym zajęciem?

Na co dzień pracuję w muzeum oraz… bibliotece. Jako polonistka i bibliofilka, nie mogłam wymarzyć sobie lepszej pracy. :) Przebywanie wśród książek jest moim nałogiem. To dosyć ambiwalentne uczucie. Cieszy mnie ich widok, a jednocześnie jestem zrozpaczona, że nigdy nie zdołam przeczytać chociaż połowy z nich… :) A tu wciąż pojawiają się nowe pozycje! Chciałabym napisać jeszcze wiele, wiele książek. Ta nieokiełznana potrzeba pisania towarzyszy mi od najmłodszych lat. Zawsze marzyłam o tym, by zostać pisarką. Na studiach polonistycznych zafascynowałam się jednak badaniem literatury. Nowa pasja zdominowała na pewien czas moje pisarstwo, ale jak widać, nie da się uciec przed przeznaczeniem... :) Chciałabym kiedyś zająć się tylko pisaniem, spróbować się w innych gatunkach, napisać książkę życia. Mam nadzieję, że to marzenie kiedyś się spełni! :)


Dziękuję za rozmowę!

niedziela, 27 listopada 2016

Izabela M. Krasińska "Pod skrzydłami miłości" | Patronat medialny



Dawno nie spotkała mnie tak miła niespodzianka, jak lektura debiutanckiej powieści Izabeli M. Krasińskiej. Nie jest żadną tajemnicą, że moim ulubionym gatunkiem jest obyczaj z rozbudowaną warstwą psychologiczną, a za klasycznymi romansami raczej nie przepadam. Skusiłam się jednak na "Pod skrzydłami miłości" i przeżyłam bardzo przyjemne rozczarowanie, bo to na pewno nie jest ckliwy romans, podany z ogromną dawką lukru.

Tytuł i okładka często okazują się mylące. Przyznajcie sami, że kiedy zobaczylibyście tę książkę na księgarnianej półce, spodziewalibyście się raczej banalnej, nieco odrealnionej i lekkostrawnej opowieści. No cóż, daliście się zwieść, podobnie jak ja. Bo wszystko można powiedzieć o debiucie Izabeli M. Krasińskiej, ale na pewno nie to, że to prosta i głupiutka historia. Po lekturze pierwszych kilkudziesięciu stron faktycznie pomyślałam "to nie dla mnie", ale dałam tej powieści drugą szansę, całe szczęście. Zaczyna się dość stereotypowo: ona i on, oboje po przejściach, spotykają się zupełnie przypadkiem. Ona właśnie przeżyła rozczarowanie miłosne, on jest strażakiem, który wyciągnął ją z wraku samochodu. Szybko wybucha między nimi uczucie, ale nie żyją długo i szczęśliwie. W większości przypadków ten scenariusz kończy się podobnie - dwoje ludzi stwarza sobie nawzajem problemy, a książka niczym nie zaskakuje. Ale nie tym razem, moi kochani, nie tym razem.

"Pod skrzydłami miłości" to dojrzała powieść obyczajowa, którą z całego serca polecam wszystkim miłośniczkom gatunku. Książka Izabeli M. Krasińskiej zalicza się do popularnego ostatnio nurtu literatury kobiecej. Ma wszystkie cechy dobrej powieści: ciekawe portrety głównych bohaterów, dylematy natury moralnej i intrygujące zwroty akcji. A przede wszystkim jest bardzo, bardzo dobrze napisana. Autorka jest filologiem polskim, a jej wykształcenie pozwoliło na dopracowanie debiutanckiej powieści w najmniejszych szczegółach. Izabela M. Krasińska porusza niebłahe tematy: rodzicielstwa, zdrady oraz odpowiedzialności za siebie i drugiego człowieka. Napisana przez nią powieść wciąga gdzieś od siedemdziesiątej strony ;) (wcześniej myślałam, że to nie moje klimaty) i nie sposób jej odłożyć już do samego końca. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, nie spodziewałam się aż tak dobrej lektury.

Izabela M. Krasińska mocnym krokiem wkracza na rynek polskiej literatury obyczajowej, na którym może nieźle namieszać. "Pod skrzydłami miłości" to ciekawa propozycja, która może zaskoczyć szczególnie te czytelniczki, które, tak jak ja, nie liczyły na zbyt górnolotną literaturę. To nie jest kiepski romans, a świetna powieść obyczajowa! Polecam!

Izabela M. Krasińska "Pod skrzydłami miłości"
Wydawnictwo Czwarta Strona, 2016
liczba stron: 302
data premiery: 23.11.2016

czwartek, 3 listopada 2016

Bartosz Szczygielski "Aorta" | Recenzja



Bartosz Szczygielski to nowe nazwisko w polskim kryminale. Akcję swojej debiutanckiej powieści autor umieścił w ostatnio nieco zapomnianym, choć owianym legendarną, złą sławą Pruszkowie. Debiut Szczygielskiego to powieść mocna, zaskakująca i twarda. Komu może się spodobać?

Pruszków, luksusowe osiedle. To właśnie w jednym z mieszkań w tej enklawie zostają znalezione zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Już same opisy miejsca zbrodni przyprawiają o mocne bicie serca. Akcja przyspiesza, kiedy do akcji wkracza Gabriel Byś z Komedy Stołecznej Policji w Warszawie. Okazuje się, że sprawa morderstwa może być powiązana z bardzo wpływowym, ważnym w przestępczym półświatku człowiekiem. Przyznam, że osobiście wolę trochę "lżejsze" kryminały, a wydłubane oczy to nie do końca moje klimaty, ALE. No właśnie. Bartosz Szczygielski pisze tak dobrze, że nie sposób powiedzieć o tym debiucie złego słowa, nawet jeśli klimat tej książki nie do końca wpasowuje się w gusta czytelnika.

"To nie może być debiut" - myślę tak za każdym razem, kiedy mam do czynienia z naprawdę dobrą prozą młodego debiutanta. Szczygielski proponuje coś innego - kryminał dojrzały, ambitny. Chociaż rzeczywiście nieco przeszkadzały mi zbyt krwawe fragmenty, moim zdaniem - nie do końca tej książce potrzebne, to koniec końców jestem zachwycona mocą, z jaką autor wchodzi na ten trudny rynek. "Aorta" to bezkompromisowa i twarda propozycja. Tej książki nie przeczytacie w jeden wieczór, bo nie jest to lektura łatwa, lekka i przyjemna. Szczygielski zastanawia się nad ludzką naturą i wystawia swoich bohaterów na ogromną próbę. Do czego może się posunąć doprowadzony do ostateczności człowiek? 

Mam wrażenie, że Bartosz Szczygielski może namieszać na polskim rynku wydawniczym. Jeśli "Aorta" jest jego debiutem, aż boję się, co ten facet trzyma jeszcze w szufladzie. Jeśli lubicie nieco mroczną, mocną i ambitną powieść kryminalną, trafiliście pod właściwy adres. Zapamiętajcie to nazwisko.

Bartosz Szczygielski "Aorta"
Wydawnictwo WAB, 2016
liczba stron: 396
data premiery: 28.09.2016

piątek, 30 września 2016

Perfekcyjna mama nie istnieje, czyli słów kilka o książkowym debiucie "Nieperfekcyjnej mamy"



Mam dwóch synów, a poradniki, jak być perfekcyjną mamą, omijam z daleka. Przede wszystkim dlatego, że poradników jako takich nie czytuję w ogóle, zdecydowanie wolę beletrystykę, a poza tym, no cóż, nie chciałabym popaść w kompleksy. Za to podczytuję niektóre blogi parentingowe. Autorka jednego z nich właśnie wydała swoją pierwszą książką. "Nieperfekcyjna mama" Anny Dydzik to debiut... "Nieperfekcyjnej mamy", a ja miałam okazję przeczytać ten "antyporadnik", jak nazywa książkę sama autorka.

Moje pierwsze dziecko nigdy nie miało kolki, przesypiało całe noce, było karmione wyłącznie piersią, a smoczkiem pluło samo z siebie. No, ideał, a ja puszyłam się jak paw. Nie miałam depresji poporodowej, wahań nastrojów, a w swoim wnętrzu znajdywałam tylko i wyłącznie nieskończone pokłady spokoju. Kilka lat później zostałam mamą po raz drugi. Mój syn sypiał (sypiał? nadal sypia!) tylko z piersią w buzi, ewentualnie czasem zdrzemnął się w wózku przez dwadzieścia minut. Chwilę później już wrzeszczał wniebogłosy, a ja pchałam wózek, przełykając łzy i myśląc, że przecież to nie tak miało być. Jak ja, doświadczona mama, mogłam paść ofiarą baby bluesa i hormonów? Jak to się stało, że nagle nie potrafiłam wygospodarować dziesięciu minut, aby obrać ziemniaki?

Dlaczego o tym piszę? "Nieperfekcyjna mama" obudziła we mnie te wspomnienia. Rzeczywiście, to nie jest klasyczny poradnik, a raczej zbiór myśli i doświadczeń z życia mamy takiej samej jak ja, ty czy ona. Anna Dydzik snuje swoją opowieść, opowiada o sobie i swoich dzieciach, ale absolutnie nie moralizuje czytelniczek. Jest daleka od oceniania i krytykowania. Już we wstępnie pyta "pozwolisz, że będę zwracać się do ciebie na ty"?, dzięki czemu zmniejsza dystans i szybko zaprzyjaźnia się ze swoimi czytelniczkami. To zadziwiające, jak łatwo nakłania nas do zwierzeń, mimo iż książka napisana jest w formie monologu. "Nieperfekcyjna mama" uderza w najbardziej czułe punkty i doskonale rozumie inne mamy. "Miałaś tak samo, prawda?" - pyta. Oczywiście, bo tematy, jakie porusza Anna Dydzik, są zawsze aktualne. Nieważne, czy urodziłaś dziecko w wieku 20, 30 czy 40 lat, mieszkasz na wsi czy w mieście, pracujesz czy jesteś pełnoetatową mamą - ta książka sprawi, że uśmiechniesz się szeroko. Uwierzysz, że nie jesteś sama.

Macierzyństwo to naprawdę ciężki kawałek chleba, o czym wiedzą wszystkie mamy. Są takie chwile, że mam wszystkiego dość i marzę tylko o tym, aby porządnie się wyspać i tak zwyczajnie odpocząć. "Nieperfekcyjna mama" nie podpowiada, jak wychowywać dzieci, dzięki Bogu. Nie próbuje nam wmówić jednej słusznej idei rodzicielskiej, bo przecież takowej nie ma. Ale dobrze, że jest "Nieperfekcyjna mama". To bardzo optymistyczna książka, która pozwala dostrzec magię codziennych chwil spędzonych z dzieckiem.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Anna Dydzik "Nieperfekcyjna mama"
Wydawnictwo MUZA SA, 2016
liczba stron: 240
data premiery: 14.09.2016

wtorek, 27 września 2016

Robert Małecki "Najgorsze dopiero nadejdzie" | Recenzja



Debiutancką powieść Roberta Małeckiego polecają wielcy polskiej literatury kryminalnej. Mariusz Czubaj napisał o tej książce, że "to nie może być debiut", a zapowiedzi kryminału "Najgorsze dopiero nadejdzie" pojawiły się na tablicach wielu znanych pisarzy. Robert Małecki zdecydowanie pisać potrafi, ale czy trafił w mój gust?

Cóż. Chyba liczyłam na klasyczny kryminał. Trochę czuję się wprowadzona w błąd, bo "Najgorsze dopiero nadejdzie" winno stać na półce z sensacją i thrillerami, a ogromny napis "pełnokrwisty kryminał" może zmylić czytelnika. Dziennikarz Marek Bener z zaskoczeniem odkrywa, że ofiarą śmiertelną pożaru jest jego dawny przyjaciel, człowiek, który niegdyś uwiódł mu narzeczoną. Prowadzone przez niego śledztwo przybiera zupełnie nieoczekiwaną formę, kiedy kolejna osoba znika bez śladu. Bener musi zmierzyć się nie tylko ze skutkami bieżących wydarzeń, ale również z zaginięciem żony, która kilka lat temu wyszła z domu i nie wróciła. Jak możecie się domyśleć, na dziennikarza czyha całe mnóstwo niebezpieczeństw, a on sam będzie musiał stoczyć zaciętą walkę o życie.

Do 200 strony byłam zachwycona. Potem mój zachwyt nieco przyćmiły kolejne wydarzenia. Jestem fanką klasycznego kryminału. Nie lubię wybuchów, porwań i scen w stylu "zabili go i uciekł". Od powieści kryminalnej wymagam nieprzerwanego kontaktu z rzeczywistością, a w przypadku debiutanckiej książki Roberta Małeckiego... no cóż, nie wierzę w to, by ta historia zdarzyła się naprawdę. Nie w obecnie panujących realiach, dlatego kiedy zaczęły się dziać kolejne nieprawdopodobne rzeczy, byłam już dość wkurzona, w rezultacie czego nie oczekiwałam z niecierpliwością na zakończenie, które, owszem, było dobre, ale moja uwaga już na dobre została rozproszona. Robert Małecki ma ogromny potencjał i, rzeczywiście, jak na debiutanta pisze bardzo, bardzo dobrze, ale to nie mój klimat, dlatego przypuszczam, że po kolejną książkę raczej nie sięgnę.

Nie lubię literatury sensacyjnej. Uwielbiam klasyczne kryminały i właśnie na lekturę takowego miałam nadzieję, tymczasem dostałam coś zupełnie innego. Oczywiście, to nie jest zarzut do autora. Nie jego wina, że nie trafił w mój gust. Powieść z pewnością znajdzie swoich zwolenników.

Dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Robert Małecki "Najgorsze dopiero nadejdzie"
Wydawnictwo Czwarta Strona, 2016
liczba stron: 406
data premiery: 28.09.2016

czwartek, 8 września 2016

Małgorzata Garkowska "Układanka z uczuć" | Recenzja



Jeśli szukacie ambitnej, niebłahej powieści psychologiczno-obyczajowej, myślę, że mam w zanadrzu coś, co mogłoby was zainteresować, a mianowicie propozycję w postaci debiutanckiej książki Małgorzaty Garkowskiej. Panuje w niej atmosfera niedopowiedzeń i tajemniczości, a kreacje głównych bohaterów zasługują na duże uznanie. Warto dać szansę temu bardzo obiecującemu debiutowi.

Ona i on. Niby historia jakich wiele, a jednak niesie ze sobą o wiele, wiele więcej. Agnieszka pochodzi z niewielkiej wsi. Została wychowana przez bardzo konserwatywnych rodziców i ma liczne problemy z odnalezieniem się w wielkim świecie, do którego trafia po ślubie z Pawłem. Ślubie, który miał być obietnicą życia jak w bajce. Paweł jest bogatym inwestorem, a żonę znalazł... na obrazie. Pewnego dnia zobaczył piękną dziewczynę na wystawionym na wernisażu obrazie i postanowił odnaleźć modelkę. Niestety, jak się możecie zapewne domyślić, ich życie jest dalekie od ideału. Opis tej książki w najmniejszym stopniu nie oddaje treści. Małgorzata Garkowska dociera do najciemniejszych zakamarków ludzkiej psychiki. Odnajduje w swoich bohaterach najgłębiej skrywane pragnienia oraz lęki.

Małgorzata Garkowska jest doskonałym obserwatorem, a jej "Układanka z uczuć""  - rezultatem poczynionych spostrzeżeń. Tutaj nic nie dzieje się przypadkiem. Ta historia ma swoje drugie dno, a czytelnik odczuwa niesamowitą frajdę z doszukiwania się ukrytych podtekstów. Na zachowanie głównych bohaterów mają wpływ wydarzenia z przeszłości, środowisko, w jakim dorastali, rodzina i przyjaciele. "Układanka z uczuć" wzbudza skrajne emocje, od empatii, współczucia poprzez niepokój, aż po złość. Momentami miałam ochotę udusić Agnieszkę gołymi rękami. Jak można być tak bierną i przyjmować wszystko, co podsuwa los? Cóż, wraz z rozwojem akcji przekonałam się, dlaczego Agnieszka bywa wycofana i, chociaż może irytować, jest prawdziwa, a jej reakcje w dużym stopniu - naturalne.

"Układanka z uczuć" to bardzo mocny debiut. Autorce udało się stworzyć niezapomnianą atmosferę, zapadających w pamięć głównych bohaterów oraz ciekawe tło społeczno-obyczajowe. A wszystko to napisane piękną polszczyzną i utrzymane w dobrym smaku. Doceniam i czekam na więcej.

Dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Małgorzata Garkowska "Układanka z uczuć"
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2016
liczba stron: 328
data premiery: 29.08.2016

wtorek, 26 lipca 2016

Magda Stachula "Idealna" | Recenzja przedpremierowa




Jakiś czas temu dostałam od Wydawnictwa Znak maila zaczynającego się od zagadkowego zdania: "Załóżcie się ze mną o Idealną". Zaintrygowana przeczytałam opinie o powieści pierwszych czytelników, pracowników wydawnictwa, którzy przecież zawodowo czytają książki. Redaktor polskiej literatury przyznała, że nie zdarzyło się jej jeszcze, aby nie mogła się kompletnie oderwać od opisywanej historii. Mimo iż początkowo nie zwróciłam większej uwagi na tę powieść, poprosiłam o egzemplarz do recenzji. Przepadłam. Oto jeden z najlepszych polskich debiutów ostatnich lat.

Anita jest pogrążoną w depresji kobietą. Od kilku lat bezskutecznie stara się o dziecko, a jej małżeństwo sypie się niczym domek z kart. Idealną odskocznią od rzeczywistości są kamery miejskiego monitoringu. Wystarczy kilka sekund i Anita może znaleźć się w dowolnym miejscu na świecie. Szczególnie upodobała sobie Pragę. Pewnego dnia wokół Anity zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Mąż znika gdzieś na całe dnie, a ona sama znajduje w swojej szafie ubrania, jakich nigdy nie kupiła, a w torebce pomadkę, która na pewno nie jest jej własnością. Czy Anita jest na prostej drodze do szaleństwa? A może to ktoś inny steruje jej życiem? Dlaczego?

Taka powieść zdarza się raz na setki przeczytanych publikacji. Wszystkie opinie, jakie miałam okazję przeczytać na temat tej książki, znajdują swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, a szum, jaki zaistniał wokół "Idealnej" jeszcze premierą, nie jest tylko efektem działania dobrych marketingowców, chociaż rzeczywiście, książka ma świetną promocję. Zasłużenie. Magda Stachula zasługuje, aby dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Zasługuje, aby Polacy usłyszeli o diabelsko utalentowanej rodaczce, która właśnie zdecydowanym krokiem weszła na rynek wydawniczy. Oto pojawia się na scenie pisarka (tak, tak, pisarka, nie autorka), która potrafi przyciągnąć uwagę niemal każdego czytelnika. Trafia idealnie w niszę na rynku. Bo "Idealna" to nie tylko thriller, kapitalny zresztą, ale też świetna powieść psychologiczna z mocno zarysowanym tłem obyczajowym. Problemy z niepłodnością i kryzys małżeński przeplatają się z wątkami czysto sensacyjnymi i kryminalnymi.

Na stronie autorki czytamy, że książka zaliczana jest do nowego nurtu w literaturze domestic noir, którego cechami charakterystycznymi są psychologiczny suspens oraz małżeńska dysfukncja. "Idealna" jest rekomendowana jako powieść dla fanów "Dziewczyny z pociągu", ale moim skromnym zdaniem to niegrzeczność wobec Magdy Stachuli. Nie mogłam przebrąć "Dziewczyny z pociągu", a w "Idealnej" akcja pędzi w zastraszającym tempie. Czytam bardzo dużo, a rzadko trafiam na książkę, której nie mogę przerwać, mimo iż powieki opadają ze zmęczenia, a wskazówki zegara wskazują nieprzyzwoicie późną porę. "Idealna" to debiut idealny, cóż więcej mogę dodać? Pisarka stworzyła niezapomniane portrety psychologiczne głównych bohaterów, a na szczególną uwagę zasługuje Marta, która w powieści nieźle namiesza. Nie znosiłam jej, pałałam wobec tej postaci żądzą mordu, jednak nie mogłam wyjść z podziwu, jak udanie "zrobiła" ją Stachula.

To będzie hit. Książka z pewnością uzyska status bestsellera i przez miesiące będzie okupywać pierwsze miejsca listy najlepiej sprzedających się powieści w kraju. A potem? Może sprzedaż praw za granicę? W końcu mamy się czym, a raczej kim chwalić. Magda Stachula to prawdopodobnie najbardziej utalentowana debiutantka w kraju. Nie polecam, nie pozostawiam waszej uwadze. Nie macie wyjścia, MUSICIE to przeczytać.

Dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Magda Stachula "Idealna"
Wydawnictwo Znak Literanova, 2016
liczba stron: 384
data premiery: 17.08.2016

sobota, 23 lipca 2016

Maciej Żurawski "Czarna wołga" | Recenzja



"Czarna wołga" to literacki debiut Macieja Żurawskiego, dziennikarza i dokumentalisty i, choćbym nie wiedziała, czym zajmuje się na co dzień autor, z pewnością strzeliłabym bez pudła. Miała być powieść, tymczasem dziennikarskie zacięcie i zamiłowanie do dokumentu nieco utrudniły Żurawskiemu zadanie, bo wyszło tajemnicze "coś", co najtrafniej można określić słowami "więcej niż dokument, mniej niż powieść".

Lata 80., Wrocław. Nie ucichły jeszcze echa stanu wojennego, a tymczasem kapitan Kazimierz Zgrobel musi zmierzyć się z najtrudniejszą sprawą w swojej karierze. Reprezentując znienawidzoną przez społeczeństwo formację, milicjant próbuje znaleźć seryjnego mordercę, który grasuje po mieście i z zimą krwią zabija mężczyzn, a ich okaleczone zwłoki pozostawia w windach. Opinia publiczna żąda ujęcia sprawy, a naciski "z góry" wcale nie ułatwiają sprawy, która sama w sobie jest trudna i skomplikowana. Zgrobela to dochodzenie kosztuje więcej, niż wszystkie prowadzone przez niego w przeszłości śledztwa, gdyż usiłując się dowiedzieć prawdy, będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytania kim jest i w jaką stronę zmierza jego małżeństwo.

Najpierw plusy. Debiutancka powieść Macieja Żurawskiego naszpikowana jest smakowitymi kęskami w postaci elementów rzeczywistości Polaków w schyłkowym PRL-u, po upadku stanu wojennego. Mamy tutaj stosunek rodaków do ówczesnej milicji, którą reprezentują maksymalnie stereotypowe postacie, przez co "Czarna wołga" zyskuje specyficzny klimat PRL-owskich spelun i smak gorzkiej wódki popijanej przez funkcjonariuszy milicji obywatelskiej. Mamy tutaj również wzmianki o głośnych sprawach kryminalnych PRL-u, choćby o sprawie Marchwickiego czy tytułowej czarnej wołgi. Mamy tutaj również produkty, jakich dziś próżno szukać na półkach, a które podbijały serca i portfele Polaków w latach 80. Autor w interesujący i przystępny dla czytelnika sposób dzieli się wynikami swojej pracy dokumentalisty. To plus, ale też minus.

Podczas lektury czasem odnosiłam wrażenie, jakoby same tło było ważniejsze od dochodzenia prowadzonego przez Zgrobela. Żurawskiemu bliżej do dokumentalisty niż do autora, dlatego jego powieść jest zawieszona jakby pomiędzy. Autor nie może się zdecydować, w którą stronę pójść. Czy to źle i czy aby to na pewno jest minus? Chyba nie do końca. "Czarną wołgę" czyta się momentami jak reportaż, ale dzięki temu czytelnik wierzy w sens prezentowanej historii i zastanawia się, czy to rzeczywiście jest tylko fikcja. Minusem jest natomiast brak elementu zaskoczenia, bo czytelnik szybko dowiaduje się, kto zabija i właściwie do końca ma nadzieję, że to wszystko nie jest takie proste, ale jednak, niestety, jest. Oczywiście, powieść nie jest kompletnie pozbawiona zwrotów akcji, jednak rozwiązanie tej najważniejszej zagadki zostało podsunięte zbyt szybko.

"Czarną wołgę" przeczytałam z niemałym zainteresowaniem, choć dość szybko byłam świadoma wad tej powieści, co jednak nie zabrało mi frajdy z lektury, bo uwielbiam kryminały osadzone w przeszłości, a okres PRL-u jest jednym z moich ulubionych w polskiej historii. Uważam, że warto przeczytać książkę, chociaż nie nastawiajcie się na wielkie "wow".

Dziękuję Wydawnictwu Oficynka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Maciej Żurawski "Czarna wołga"
Wydawnictwo Oficynka, 2016
liczba stron: 182
data premiery: 30.05.2016

środa, 20 lipca 2016

Agnieszka Olszanowska "Listy z dziesiątej wsi" | Recenzja



Niedawno zapytałam czytelników bloga, czym kierują się, wybierając lekturę i co sprawia, że decydują się na daną książkę. W przypadku "Listów z dziesiątej wsi" najpierw zakochałam się w okładce, później zachwycił mnie blurb, będący obietnicą dobrej, może nieco mistycznej lektury. Podobno nie powinno się oceniać książki po okładce, lecz w tym przypadku tak uczyniłam i nie żałuję.

Beata żyła, jak tysiące innych kobiet w Polsce. Dom, mąż, dzieci. Nigdy nie pracowała, kiedy więc mąż zostawia ją dla innej, Beata zostaje bez środków do życia. Pewnego dnia, gdy jest już naprawdę źle, w jej mieszkaniu zjawia się brat, spłaca długi i zabiera Beatę z powrotem do domu. Do Zwierzyńca. Beata nie poznaje rodzinnej wsi, która podążyła z duchem czasu i zmieniła się w plantację kukurydzy. Kobieta buntuje się przeciwko zmianom, a w sercu wciąż ma dawny obraz rodzinnego domu. Próbuje poukładać swoje życie, zaczyna pracę i... poznaje mężczyznę. Jednocześnie, zgłębiając treść znalezionych na strychu starych listów, poznaje historię nieszczęśliwej miłości swojej babki i opowieść o mężczyźnie, którego los nigdy nie rozpieszczał. Wraz z Beatą podążymy jego śladami do Oświęcimia i komunistycznej Warszawy.

Przeczytałam "Listy z dziesiątej wsi" prawie tydzień temu i długo zastanawiałam się, co chcę zawrzeć w recenzji. Chciałabym wiernie oddać naturę tej powieści, ale to chyba niemożliwe bez znajomości jej treści. Debiut Agnieszki Olszanowskiej to dobra, nieco mroczna i tajemnicza literatura obyczajowa. To nie jest jedna z tych powieści, które z góry wiemy, jak się skończą, chociaż mogłaby to sugerować ta część z "poznaje mężczyznę" w tle. Nie, to nie jest książka w stylu Grocholi czy Kordel. To nie jest powieść o kobiecie, która wyjeżdża na wieś, buduje dom, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Mnóstwo tu niedopowiedzeń i sugestii, przez co książka zyskuje specyficzny, niezapomniany klimat. Niewiele debiutantek może pochwalić się tak plastycznymi opisami świata przedstawionego. Realistyczne i wierne portrety psychologiczne bohaterów są kolejnymi atutami powieści.

Debiutantce nie udało się uniknąć pewnych niedociągnięć, jednak jestem w stanie przymknąć na nie oko, gdyż całość wypada bardzo korzystnie. Może rzeczywiście dwieście dziewięćdziesiąt sześć stron to za mało, aby zamknąć zgrabnie wszystkie rozpoczęte wątki, a pomysłów starczyłoby co najmniej na trzy książki, jednak jestem przekonana, że "Listy z dziesiątej wsi" są zapowiedzią czegoś większego. Mam nadzieję, iż to nie jednorazowy flirt Agnieszki Olszanowskiej z pisarstwem, gdyż na uwagę zasługuje nienaganny styl, poprawna polszczyzna oraz ciekawe rozwiązania fabularne. Odczuwam lekki niedosyt, chciałabym, aby w szczególności wątek prześladowanego przez władze PRL księdza został pociągnięty, dlatego wspomniałam o niedociągnięciach, przed jakimi nie uchroniła się debiutantka.

Lubię takie powieści. Niejasne, niełatwe i tajemnicze. Agnieszka Olszanowska rozbudziła moją ciekawość i na pewno przeczytam jej kolejną powieść, aby przekonać się, jak rozwija się ta interesująca autorka i w jaką poszła stronę. Tymczasem polecam lekturę jej literackiego debiutu, gdyż moim zdaniem naprawdę warto.

Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Agnieszka Olszanowska "Listy z dziesiątej wsi"
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2016
liczba stron: 296
data premiery: 07.07.2016

czwartek, 2 czerwca 2016

Marta Reich "Morderstwo i cała reszta" | Recenzja



Na lekturę debiutanckiej powieści Marty Reich miałam ochotę już dawno. Trochę przerażała mnie objętość, bo przyznam szczerze, że przy natłoku obowiązków 851 stron to zdecydowanie za dużo. Nie lubię takich tomiszczy, jednak dla "Morderstwa i całej reszty" zrobiłam wyjątek. Przeczytałam i... wpakowałam się w "Łaskuna" Puzyńskiej, który jest krótszy zaledwie o dwadzieścia stron. Ale zanim na dobre zadomowię się w Lipowie, chciałabym napisać kilka słów o bardzo udanym debiucie Marty Reich.

Pola Białohorska jest córką znanych rodziców i redaktorką poczytnego pisma dla kobiet. Kiedy szef zleca jej napisanie artykułu o Elżbiecie Wojnowicz, właścicielce wielkiego holdingu i jednej z najbogatszych kobiet w Polsce, Pola trochę niechętnie podchodzi do tego zadania, znając niechęć Wojnowicz do dziennikarzy. Jednak tym razem milionerka sama pcha się na pierwsze strony gazet, a po kilku dniach... zostaje zamordowana. Pola czuje, że nie została wciągnięta do tej sprawy przypadkiem, dlatego rozpoczyna swoje własne dochodzenie. Jeszcze nie wie, że sama naraziła się mordercy i znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie...

Do debiutanckiej powieści Marty Reich mam tylko jedno zastrzeżenie - NAPRAWDĘ jest za długa i gdzieś w połowie poczułam się przez chwilę znużona dziennikarskim śledztwem Poli, które utknęło w martwym punkcie. Na szczęście, chwila nie trwała długo i zaraz zapomniałam o zmęczeniu, gdyż Pola na dobre wciągnęła mnie w prowadzone przez siebie dochodzenie. "Morderstwo i cała reszta" posiada wszystkie cechy dobrego kryminału: inteligentnego śledczego (a raczej panią śledczą!), skomplikowaną intrygę i zaskakujące zakończenie. Powieść czyta się z przyjemnością, a błyskotliwe uwagi oraz cięty język bohaterki tylko dodają lekturze smaczku. "Morderstwo i cała reszta" to wielkomiejski kryminał z wartką akcją i gęstymi trupami (tak, w liczbie mnogiej!).

Ale debiutancka powieść Marty Reich to nie tylko kryminał. To wielowątkowa powieść, której autorka opisuje wielki świat polskich elit i bezkompromisowo rozlicza się z wszechobecnym fałszem oraz zakłamaniem. W "Morderstwie i całej reszcie" Marta Reich zrywa maski z twarzy swoich bohaterów, obnaża ich najgłębiej skrywane tajemnice oraz rozlicza się z mroczną przeszłość. Kto mógłby mieć motyw, aby zamordować Elżbietę Wojnowicz, jedną z najbogatszych Polek? Ha, należałoby zadać pytanie "kto nie miałby motywu?". Marta Reich prowadzi akcję pewną ręką, a wrodzony wdzięk Poli Białohorskiej pozwala jej wydobyć informacje nawet z najbardziej skrytych uczestników całego dramatu.

"Morderstwo i cała reszta" to wprawdzie bardzo czasochłonna lektura, ale warto poświęcić jej kilka wieczorów. Marta Reich mocnym krokiem wkracza na polską cenę kryminalną i jestem przekonana, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy. Bardzo dobry debiut, który jest zapowiedzią obiecującej twórczości autorki. Polecam!

Dziękuję Wydawnictwu Oficynka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Marta Reich "Morderstwo i cała reszta"
Wydawnictwo Oficynka, 2016
liczba stron: 851
data premiery: 28.10.2015

czwartek, 28 kwietnia 2016

Katarzyna Hordyniec "Poza czasem szukaj" | Recenzja



Nie wiem, dlaczego ubzdurałam sobie, że debiutancka książka Katarzyny Hordyniec jest powieścią obyczajową. Może gdybym wiedziała, że to romans, utrzymany w klimatach erotyku, w ogóle nie sięgnęłabym po tę powieść, a już na pewno nie czułabym się teraz zawiedziona? "Poza czasem szukaj" może się podobać, ale, niestety, to totalnie nie moje klimaty, dlatego, żeby nie było nudno, tym razem zachwytów nie będzie.

Helena, zwana też Leną, postanawia zmienić swoje życie. Coś jej w nim nie pasuje - i chyba sama nie wie do końca, co. Rozstaje się z wieloletnim partnerem, rzuca pracę i wyjeżdża z rodzinnego Koszalina. Nowe życie rozpoczyna w Warszawie. Po przybyciu do stolicy szybko poznaje dużo starszego od siebie mężczyznę. Nic ich ze sobą nie łączy, są w zupełnie różnym wieku, na innym etapie życia, a ich codzienność wypełniają odmienne problemy, a jednak zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Zaledwie w kilka dni ich życie zostaje wywrócone do góry nogami. Czy Helena i Juliusz są gotowi, aby rozpocząć nowy związek?

Moje wrażenia po lekturze nie odpowiadają moim oczekiwaniom przed rozpoczęciem przygody z debiutancką powieścią Katarzyny Hordyniec, i chyba właśnie dlatego czuję się rozczarowana. Nie przepadam za klasycznymi romansami, lubię, kiedy książka ma jeszcze to drugie, ukryte dno. Miałam nadzieję, że związek Heleny i Juliusza to tylko preludium do niebłahej historii z bogatym tłem społeczno-obyczajowym. Niestety (albo i "stety", zależy co kto lubi) relacja głównych bohaterów zajęła sto procent uwagi autorki, a ja nie kupuję tej opowieści. Nie wierzę, że mogłaby zdarzyć się naprawdę. Już jej początek jest nieprawdopodobny, obcy sobie ludzie spotykają się przypadkiem w knajpie, całują i wyznają miłość. Miałam ochotę potrząsnąć głównymi bohaterami, bądź co bądź ludźmi dorosłymi - ona ma trzydzieści pięć lat, on - pięćdziesiąt dziewięć, gdy zaczęli stwarzać w swoich głowach problemy, których nie było. I właściwie na tym opiera się cała historia, gdyby nie jeden wybryk. Na wyimaginowanych dylematach.

Irytowała mnie postać głównej bohaterki. W zapowiedzi czytamy, że Lena to "piękna i inteligenta kobieta", natomiast ja zastąpiłabym te przymiotniki jednym określeniem - "zrobiona". Okej, jest oczytana (brawa dla autorki za pomysł umieszczenia części akcji na Targach Książki w Warszawie!!!), ale odniosłam wrażenie, że jedyne, czym się przejmuje, to obecność w torebce sprayu utrwalającego makijaż, coby mozolnie nakreślona kreska i grube warstwy podkłady nie spłynęły wraz z potem i łzami. Swoją drogą, człowiek uczy się przez całe życie, wcześniej nie miałam w ogóle pojęcia, że coś takiego istnieje! Katarzyna Hordyniec rzeczywiście potrafi pisać, prezentuje dojrzały warsztat, ale powinna spróbować w innym gatunku. Trudno jest napisać erotyk, nie zahaczając o kicz. Określenia w stylu "samica geparda" kojarzyły mi się, niestety, z osławioną "wewnętrzną boginią", a fragmenty dialogów w stylu "Puk, puk, wpuścisz mnie w siebie?" raczej nie wywoływały we mnie emocji, no chyba, że negatywne.

Szkoda, wielka szkoda. Katarzyna Hordyniec ma zadatki na dobrą autorkę, ale nie przekonała mnie swoją historią. "Poza czasem szukaj" może się podobać i z pewnością przypadnie do gustu miłośniczkom erotycznych romansów, jednak ja nie podzielę ich entuzjazmu. To zdecydowanie nie była książka dla mnie, może dlatego, zamiast rozkoszować się opowieścią o Helenie i Juliuszu, zwracałam szczególną uwagę na to, co nie gra w tej powieści?

Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Katarzyna Hordyniec "Poza czasem szukaj"
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2016
liczba stron: 344
data premiery" 26.04.2016

piątek, 1 kwietnia 2016

Jeż & Płatkowska "Nie oddam szczęścia walkowerem" | Recenzja przedpremierowa



Mogłoby się wydawać, że polski rynek przeżywa przesyt książkami, których bohaterki znalazły się w wieku trzydzieści plus i nagle uświadamiają sobie, że ich życie wcale nie jest takie idealne, jak sobie wyobrażały jeszcze kilka lat temu, mężowie albo zniknęli albo nie potrafią sprostać oczekiwaniom, a nowe znajomości kuszą niczym zakazany owoc, obiecując powiew świeżości i odrobinę szaleństwa. Nic bardziej mylnego! Oto pojawiła się powieść, która jest najlepszym dowodem, że w Polsce powstają jeszcze niebanalne, niesztampowe i oryginalne historie.

Magda i Jagoda, Jagoda i Magda. Niegdyś nierozłączne, na horyzoncie pojawiały się tylko w pakiecie. Dorosłość nieco nadszarpnęła wielką przyjaźń z dzieciństwa, ale kiedy Magda i Jagoda wpadają na siebie przypadkiem w second handzie, ich relacja rozkwita na nowo. Przyjaciółki kontaktują się ze sobą drogą mailową, opisują swoje radości i życiowe niepowodzenia. Magda jest samotną matką, która ukrywa ten fakt przed koleżankami i kolegami z redakcji katolickiego pisma. Jakby tego było mało, właśnie poznała Wiktora i zafascynowana nowo poznałym mężczyzną stosunkowo łatwo i szybko zostaje „tą drugą” z nadzieją na zdetronizowanie żony ukochanego z pierwszego miejsca. Tymczasem Jagoda ma wszystko, czego potrzeba do szczęścia – troskliwego, dobrze zarabiającego męża, dwójkę kochanych dzieci, dom, pracę… Czego więc poszukuje w ramionach Jerzego?

„Nie oddam szczęścia walkowerem” w szczery i bezkompromisowy sposób zrywa z mitem złej kochanki i dobrej żony. To skrząca się wszystkimi kolorami tęczy powieść o życiu, które nigdy nie jest czarno-białe. Każdą wolną chwilę spędzałam w towarzystwie Magdy i Jagody, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że przecież znam je od lat. Podczytując mailową korespondencję pomiędzy dwoma przyjaciółkami, poznajemy dwie inteligentne, całkiem zwyczajne przy swojej niezwyczajności kobiety oraz pozostałych, mimowolnych uczestników dramatu – żony, mężów, partnerki, partnerów… Podglądamy ich przez dziurkę od klucza, bezwstydnie emocjonujemy się ich życiem i po cichu kibicujemy swoim faworytom, chociaż nigdy nie przyznamy się do tego głośno – wszak zdrada jest zła i należy ją potępić. A jednak…

„Nie oddam szczęścia walkowerem” zmusza do refleksji i pozwala zrozumieć drugiego człowieka. To doskonale napisana, inteligentna powieść o podążaniu najtrudniejszą ze wszystkich dróg – własną drogą. Nie jest łatwo walczyć o własne szczęście, kiedy wiemy, że będzie przyczyną cierpienia innych osób. Warto być jednak czasem egoistą i uwierzyć w sens odgórnie rozpisanego planu. W „Nie oddam szczęścia walkowerem” do głosu dochodzą dwie kobiety oraz ich przemyślenia na temat szczęścia, wiary, wierności, seksu czy miłości. To powieść dla inteligentnych, ambitnych kobiet, które poszukują w literaturze niebanalnych rozwiązań i zaskakujących zakończeń.

Powieść Agnieszki Jeż-Kaflik i Pauliny Płatkowskiej skradła moje serce i zaspokoiła zmysły odpowiedzialne za poczucie estetyki. „Nie oddam szczęścia walkowerem” to nie tylko intrygująca historia, ale również wytrawna uczta literacka. Piątka z plusem za nietypową konwencję powieści - książka została napisana w formie maili wysyłanych do siebie przez dwie przyjaciółki. Polecam z pełną odpowiedzialnością!

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Agnieszka Jeż, Paulina Płatkowska "Nie oddam szczęścia walkowerem"
Wydawnictwo Czarna Owca, 2016
liczba stron: 464
data premiery: 13.04.2016

piątek, 19 lutego 2016

Christine Breen "Na imię jej Rose" | Recenzja



Christine Breen w swojej debiutanckiej powieści porusza trudny temat adopcyjnego rodzicielstwa. Rose miała szczęśliwe dzieciństwo, jednak spokój w jej rodzinie zburzyła nagła śmierć ojca oraz choroba matki. Iris postanowiła spełnić złożoną umierającemu mężowi obietnicę i odnaleźć biologiczną matkę Rose. "Na imię jej Rose" to opowieść o tym, co dzieje się wtedy, gdy życie rozminie się z naszymi wobec niego oczekiwaniami.

Rose jest dumą swojej matki. Dziewczyna ma dziewiętnaście lat i przed sobą obiecującą karierę muzyczną. Iris prowadzi samotne życie po śmierci męża i tylko sukcesy córki rozświetlają jej szarą rzeczywistość. Iris wciąż nie może zapomnieć złożonej konającemu mężowi obietnicy - obiecała odnaleźć biologiczną matkę Rose. Minęły dwa lata, jednak kobieta wciąż nie rozpoczęła poszukiwań. Impulsem do zmian okazuje się być dzień, w którym Iris odbiera telefon od swojej lekarki. Obawiając się o swoje życie i zdrowie, postanawia odszukać rodzinę Rose, aby dziewczyna nie została sama na świecie. Trop prowadzi do Bostonu. Podążając śladem biologicznej matki Rose, Iris odkryje o wiele, wiele więcej niż mogłaby przypuszczać.

Od jakiegoś czasu namiętnie czytam wszystko, co ukazuje się w serii Leniwa Niedziela Wydawnictwa Świat Książki. Część książek jest lepsza, inne - gorsze, zdarzają się i wyjątkowe perełki. "Na imię jej Rose" zdecydowanie plasuje się gdzieś w połowie rankingu, nie jest to książka wybitna, ale nie można też powiedzieć, by była słaba. Jest dobra i z pewnością spodoba się wiernym czytelniczkom wszystkich wydawanych w serii powieści. Ogólnie rzecz biorąc jestem raczej zadowolona, chociaż mam kilka zastrzeżeń. Może zacznijmy od samej fabuły, która - chociaż ciekawa i wcale niegłupia, nie porwała mnie w szaleńczym tempie. Powołując się na nazwę serii, w której książka została wydana, muszę przyznać, iż momentami powieść jest zbyt leniwa, a akcja toczy się w powolnym tempie. Mam tutaj na myśli wątki związane z karierą muzyczną Rose, które - moim zdaniem - nie dodają lekturze smaku.

Całość wymaga usystematyzowania. W powieściach, w których występuje kilku bohaterów zazwyczaj autorzy wprowadzają określony rytm i częstotliwość, z jaką pojawiają się poszczególne postacie, tutaj tego nie ma, czasem pięć rozdziałów dotyczy tego samego bohatera, nagle pojawia się kolejny tylko po to, by znów zniknąć na pół książki. Posłużę się tutaj przykładem innej powieści z serii Leniwa Niedziela, "Mamifest". Mieliśmy trzy główne bohaterki, które pojawiały się w sposób cykliczny, każdy poszczególny rozdział dotyczył życia innej postaci, a po zakończeniu cyklu wracaliśmy do życia pierwszej bohaterki i znowu po kolei. Tutaj tego nie ma, przez co książka wydaje się być nieco chaotyczna. I właśnie to by było na tyle, jeśli chodzi o zalety. "Na imię jej Rosa" nie zachwyciła mnie, ale muszę przyznać, że spędziłam przyjemnie czas i nie żałuję, że przeczytałam tę powieść, chociaż chyba spodziewałam się po książce więcej, dlatego skupiłam się przede wszystkim na wadach.

"Na imię jej Rose" to przyjemna, nieskomplikowana powieść, która zapewnia nie tylko rozrywkę, ale też ciekawe refleksje po lekturze. Nietuzinkowe, odmienne spojrzenie na temat rodzicielstwa biologicznego oraz adopcyjnego. Chociaż sposób przedstawienia rzeczywistości czasem pozostawia sporo do życzenia, to sama treść jest inspirująca oraz ciekawa.

Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Christine Breen "Na imię jej Rose"
Wydawnictwo Świat Książki, 2016
liczba stron: 320
data premiery: 20.01.2016