Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fakt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fakt. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 sierpnia 2016

Michał Larek, Waldemar Ciszak "Mężczyzna w białych butach" | Recenzja



Michał Fajbusiewicz, prowadzący pobijającego niegdyś rekordy popularności programu telewizyjnego 997, napisał o tej książce: "Był ktoś gorszy od Trynkiewicza. Ta książka to wciągający pościg za największym potworem-zabójcą dzieci w historii polskiej kryminalistyki." Nie sposób się z nim nie zgodzić. "Mężczyzna w białych butach" to książka, która zawiera wszystkie cechy dobrego reportażu i trzymającego w napięciu kryminału.

Kiedy w 1991 roku na jednym z poznańskich osiedli zostaje zamordowany kilkunastoletni chłopiec, policjanci dość szybko łączą tę sprawę z zabójstwami i gwałtami na dzieciach, do jakich dochodzi w całej Polsce. Bytom, Wrocław, Szczecin, Kutno, Oława i w końcu Poznań. Wszystko wskazuje na to, że w kraju grasuje groźny zabójca, który pod byle pretekstem dostaje się do prywatnych mieszkań i morduje w nich dzieci. Te wydarzenia na początku lat 90. wstrząsnęły Polską. Czy drepczącym po piętach policjantach uda się schwytać przestępcę, zanim zginie kolejny chłopiec?

Przeczytałam tę książkę w jeden dzień. Nie dało się inaczej. Wciąga już od pierwszej strony, chwyta za gardło i nie puszcza aż do samego końca. Autorzy przedstawili nam dokładny portret psychologiczny "Dusiciela" i opisali blady strach, jaki padł wówczas na społeczeństwo. "Mężczyznę w białych butach" czyta się tak dobrze, jak najbardziej emocjonującą powieść kryminalną, mimo iż gatunkowo bliżej książce do reportażu. Publikacja Michała Larek i Waldemara Ciszak wykracza daleko poza sztywne ramy gatunku. Udało im się napisać powieść, która łączy wszystko to, co najlepsze w literaturze faktu i beletrystyce, i stworzyli absorbującą powieść inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. Lubię publikacje z dziedziny literatury faktu podejmujące tematy kryminalne, jednak często przychodzi mi borykać się z topornym językiem i brakiem swobody wypowiedzi. "Mężczyzna w białych butach" jest wyjątkiem, dlatego czytało mi się tę książkę rewelacyjnie.

Publikacja została wzbogacona o oryginalne materiały prasowe i zapis rozmowy, jaką jeden z autorów przeprowadził ze znanym polskim psychoanalitykiem na temat Tadeusza Kwaśniaka, który "cieszy się" w polskiej kryminalistyce niechlubną sławą jednego z najokrutniejszych dzieciobójców. W lekturze odnajdziemy liczne nawiązania również do kultury i życia codziennego w latach 90. Pamiętam, jak oglądałam wieczorami wszak zakazany dla dzieci, ale jakże emocjonujący magazyn 997, w którym przedstawiono sprawę "Dusiciela". Na kartach "Mężczyzny w białych butach" pojawia się znany z telewizji Michał Fajbusiewicz, a głównymi bohaterami są policjanci, którzy rozpracowali Kwaśniaka. Książka niesie ze sobą dużą wartość publicystyczną, a jednocześnie zapewnia doskonałą rozrywkę. Spodoba się nie tylko wielbicielom literatury faktu, ale przede wszystkim miłośnikom kryminału.

Inteligentne, szybkie dialogi, pościg za groźnym mordercą i realny strach, że śledczy nie zdążą na czas - oto dlaczego uważam tę książkę za jedną z ciekawszych przeczytanych przeze mnie publikacji z pogranicza literatury faktu i beletrystki. Gorąco polecam, ja jestem zachwycona. 

Dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Michał Larek, Waldemar Ciszak "Mężczyzna w białych butach"
Wydawnictwo Czwarta Strona, 2016
liczba stron: 328
data premiery: 03.08.2016

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Jill Anderson "Dotrzymana obietnica" | Recenzja przedpremierowa




Paul Anderson cierpiał z powodu zapalenia mózgowo-rdzeniowego oraz zespołu ustawicznego zmęczenia przez wiele lat. Podjął kilka rozpaczliwych, nieudanych prób samobójczych. Zawsze obok była jego żona, Jill Anderson, która nie pozwoliła mu odejść. Ta sama, która w 2005 roku stanęła przed sądem, oskarżona o zabójstwo męża. Swoje wspomnienia i przeżycia opisała w wydawanej właśnie w klubie "Kobiety to czytają" publikacji "Dotrzymana obietnica".

Podstawowy problem z tą książką polega na tym, że... tej obietnicy tak naprawdę nie było. Relacja Jill jest niepełna. Nie mam pojęcia, czy jest spowodowane to szokiem, który skutecznie wymazał z pamięci ostatnie chwile życia jej męża, czy chęcią wybielania samej siebie, ale odczuwam nieprzyjemne wrażenie, że Jill Anderson nie mówi całej prawdy. Spodziewałam się raczej uroczyście składanej deklaracji, obietnicy żony, która w końcu ulega błaganiom wycieńczonego bólem i chorobą męża. Wiązałam z tą publikacją duże nadzieje, liczyłam na wzruszającą i zapierającą dech w piersiach historię. Ale po kolei.

Pewnego dnia Paul wykorzystuje nieobecność swojej żony i zażywa śmiertelną dawkę leków. Ma już dość przedłużającego się cierpienia i agonii, jaką stało się jego życie. Kiedy Jill wraca do domu Paul informuje ją, że tym razem wziął wystarczającą ilość leków i zasypia głębokim snem, jednak Jill nie wzywa pomocy. Nie wzywa pomocy także wtedy, gdy rano Jill sinieje na całym ciele. Dzwoni po karetkę dopiero gdy Paul wydaje ostatnie tchnienie. Pozwala odejść ukochanemu na jego własnych warunkach.

Ława przysięgłych uznała Jill Anderson za niewinną zarzuconego czynu. Nie znam kulisów sprawy, poznałam historię jedynie z perspektywy Jill, ale mam wrażenie, że nie mówi ona całej prawdy. Lwią część publikacji stanowią zapisy przesłuchań Jill Anderson, w pewnym momencie pada pytanie o to, dlaczego kobieta nie wezwała pomocy. "Nie wiem" - tak brzmi odpowiedź. I właśnie tak powinna nazywać się ta książka - "Nie wiem, dlaczego to zrobiłam". Tytuł "Dotrzymana obietnica" nijak ma się do treści, gdyż nie ma nawet wzmianki o jakiejkolwiek obietnicy, którą Jill złożyłaby mężowi. Jeśli taka rozmowa faktycznie miała miejsce, a Anderson nie miała zamiaru jej opisywać, to po co w ogóle napisała książkę? W moim odczuciu była to próba zagłuszenia wyrzutów sumienia, mam wrażenie, iż nie do końca udana.

Temat intrygujący, jakby specjalnie stworzony na potrzeby klubu dyskusyjnego, ale sposób jego przedstawienia... cóż, pozostawia wiele do życzenia. Najbardziej podobały mi się fragmenty z zapisami przesłuchań. Niestety, publikacja nie przyniosła odpowiedzi na najważniejsze pytanie - "dlaczego?", a tytułowa obietnica w ogóle nie padła. Nie przekonała mnie ta historia, nie do końca uwierzyłam w wersję Jill Anderson, a książka nie spełniła moich oczekiwań. Ot, miło było przeczytać, ale bez rewelacji.

Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Jill Anderson "Dotrzymana obietnica"
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2016
liczba stron: 428
data premiery: 21.01.2016

niedziela, 17 stycznia 2016

Największa zagadka w historii polskiej powojennej kryminalistyki - "Wampir z Zagłębia"




Zdzisław Marchwicki 28 lipca 1975 roku został uznany winnym zabójstwa 14 kobiet i usiłowania zabójstwa kolejnych 6. Skazany na karę śmierci, wyrok wykonano 26 kwietnia 1977 roku. Dzisiaj, niemal czterdzieści lat później nadal nie mamy pewności, czy stracono właściwego człowieka, jesteśmy ostrożniejsi w wydawaniu sądów. W najpopularniejszej internetowej encyklopedii obok nazwiska Zdzisława Marchwickiego czytamy "domniemany seryjny morderca", musimy jednać opierać się na jedynym prawomocnym wyroku sądu wydanym w tej sprawie - Zdzisław Marchwicki był "Wampirem z Zagłębia". Na rynku właśnie ukazała się publikacja Przemysława Semczuka, która szczegółowo opisuje jedno z najtrudniejszych śledztw, z jakim przyszło się zmierzyć polskim organom ścigania.

7 listopada 1964 roku. W Dąbrówce Małej zostają odnalezione zwłoki Anny Mycek, uznanej za pierwszą ofiarę seryjnego mordercy, który w polskiej kryminalistyce zapisał się jako "Wampir z Zagłębia". Wampir działa na terenie Śląska i Zagłębia do 1970 roku, kiedy ginie ostatnia z jego ofiar, Jadwiga Kucianka. Sprawę o kryptonimie "Anna" prowadzi Wojewódzka Komedia Milicji Obywatelskiej w Katowicach, a grupą śledzczych kieruje Jerzy Gruba. Dochodzenie nabiera rozpędu, kiedy z rąk Wampira ginie bratania Edwarda Gierka, ówczesnego  I sekretarzem KW PZPR w województwie katowickim. Przemysław Semczuk z dokładnością stara się odtworzyć przebieg śledztwa, które szybko stało się elementem propagandy PRL-owskiej. Kim był Zdzisław Marchwicki? Najokrutniejszym zbrodniarzem w historii polskiej powojennej kryminalistyki czy największą ofiarą systemu?

Wbrew szumnym zapewnieniom, nie uzyskamy ostatecznej odpowiedzi. I chyba już nigdy jej nie poznamy, niestety. Przemysław Semczuk ma w tej sprawie własną hipotezę, którą całkiem sensownie argumentuje, chociaż - jak sam przyznaje - nie jest w stanie stwierdzić jednoznacznie, czy Marchwicki był "Wampirem z Zagłębia" czy padł ofiarą manipulacji milicji obywatelskiej. Przyznam, że publikacja Semczuka nie zmieniła moich poglądów na sprawę, jedynie umocniła mnie w przekonaniu o słuszności mojej opinii, którą - jak się okazało - podziela autor. To, czy książka "Wampir z Zagłębia" zmieni wasze zdanie, tak naprawdę zależy od tego, w jakim stopniu interesujecie się tą sprawą i ile o niej wiecie. Swego czasu czytałam sporo o Marchwickim, przestudiowałam jego pamiętnik, o którym pisze Semczuk i już wtedy wyrobiłam sobie własny pogląd, w którym autor publikacji dzisiaj mnie umocnił.

Dla mnie "Wampir z Zagłębia" był szalenie interesującą lekturą, którą przeczytałam w jeden dzień. Po pierwsze - mieszkam na Zagłębiu. Chociaż sama nie pamiętam tych czasów, znam historię z przekazów rodziny. Czytając "Wampira z Zagłębia" przeniosłam się w czasie, ale nie w miejscu. Pozostałam w dzielnicy, w której Wampir zamordował jedną ze swoich ofiar, zaledwie kilometr od miejsca znalezienia zwłok. Ale to nie jedyny powód, dla którego pochłonęłam lekturę jednym tchem. Przemysław Semczuk jest świetnym dziennikarzem śledczym. Przygotował staranną, dopracowaną publikację, przedstawił na tyle dokładnie, na ile było to możliwe, losy wszystkich tych, których sprawa dotyczyła osobiście. Wykonał ogrom doskonałej pracy. Dotarł do archiwów, przedstawił przepaść, która dzieli publikacje z czasów PRL-u z pierwszymi doniesieniami z lat 90., kiedy na nowo zainteresowano się sprawą Marchwickiego. A na zakończenie - smakowity kąsek. Zapisy przesłuchań, fragmenty pism, jakie Marchwicki kierował między innymi do prokuratury, notatki służbowe Jerzego Gruby. To właśnie jego osoba jest jedną z najbardziej nieoczywistych person w tej sprawie.

"Wampir z Zagłębia" to kapitalna publikacja, kompendium wiedzy na temat sprawy o kryptonimie "Anna", a sam Przemysław Semczuk daje popis brawurowego dziennikarstwa śledczego. Chociaż nie przynosi ostatecznej odpowiedzi na to jedno najważniejsze pytanie, rozwiewa szereg innych wątpliwości, dociera do niepublikowanych faktów i korzysta z rozmaitych, cennych materiałów źródłowych. Ostatni rozdział jest podsumowaniem całej książki i wysunięciem odważnej, chociaż wysoce prawdopodobnej hipotezy. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

Dziękuję Wydawnictwo Znak za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Przemysław Semczuk "Wampir z Zagłębia"
Wydawnictwo Znak, 2016
liczba stron: 384
data premiery: 11.01.2016

wtorek, 5 stycznia 2016

Marek Edelman, Paula Sawicka "I była miłość w getcie"




"Trzeba dziś znowu młodzież nauczyć, iż pierwszą i najważniejszą rzeczą jest życie, a potem dopiero wygoda."

"Musimy uczyć w szkołach, w przedszkolach, na uniwersytetach, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem."

Marek Edelman "I była miłość w getcie"

Jak żyć, kiedy wokół rozprzestrzenia się zło, a śmierć czyha na kolejnym zakręcie? Jak zaufać drugiemu człowiekowi, gdy "ludzie ludziom zgotowali ten los"? Jak znaleźć w sobie miłość, kiedy odebrano wszystko, upodlono i zezwierzęcono? Jak kochać? Marek Edelman przynosi odpowiedź na te pytania. Okazuje się, iż miłość nie była niczym niezwykłym w żydowskim getcie. Zdarzała się każdego dnia, można ją było dostrzec w pojedynczych gestach, codziennym życiu, a także w heroicznych decyzjach podejmowanych pod wpływem uczucia do ukochanej, do matki czy do dziecka. Miłość była obowiązkiem, sposobem na przetrwanie i zachowanie człowieczeństwa.

Krótka, aczkolwiek treściwa publikacja autorstwa Marka Edelmana i Paula Sawicka podsuwa nam pojedyncze obrazy z życia mieszkańców getta. Przed lekturą zastanawiałam się, jak kochali ludzie w tamtych czasach, czym była dla nich miłość. Dzisiaj już wiem, że moje rozmyślania były całkowicie bezpodstawne, gdyż miłość mieszkańców getta w niczym nie różniła się od miłości ludzi żyjących współcześnie. Z jednym tylko wyjątkiem. Każda miłość była również lękiem. Lękiem o jutro. Mam wrażenie, że dzisiaj nie bylibyśmy skłonni do tamtych poświęceń. Marek Edelman uderza w sedno - trzeba przypomnieć współczesnej młodzieży, że na pierwszym miejscu jest życie, a dopiero później komfort i wygoda życia. "I była miłość w getcie" to przepiękna opowieść, która przypomina nam, dlaczego winniśmy stawiać na pierwszym miejscu życie. Życie w miłości. Bo ta miłość jest naszym obowiązkiem, czynnikiem niezbędnym, aby żyć. Żyć prawdziwie.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Marek Edelman, Paula Sawicka "I była miłość w getcie"
Wydawnictwo Czarne, 2015
liczba stron: 184
data premiery: 4.11.2015 (wydanie 3)

środa, 9 grudnia 2015

Piotr Pytlakowski, Piotr Wróbel "Mój agent Masa" | Recenzja



Piotr Pytlakowski, dziennikarz, autor między innymi  kultowego "Alfabetu mafii" opublikował właśnie kolejną bardzo dobrą książkę. Tym razem jest to zapis rozmów, jakie publicysta przeprowadził z Piotrem Wróblem - policjantem, który zwerbował najsłynniejszego świadka koronnego w Polsce, Masę. Masa, zyskując status koronnego... podporządkował sobie system, a role odwróciły się - Piotr Wróbel stanął po drugiej strony barykady, ze ścigającego stając się ściganym. Od 15 lat toczy się proces policjanta, mimo że już raz został on uniewinniony.

Piotr Wróbel przez 15 lat był wzorowym funkcjonariuszem. Pracował w wydziale zabójstw, później przeniósł się do Biura do Walki z Przestępczością Zorganizowaną. To właśnie on był tym policjantem, który namówił Jarosława Sokołowskiego, pseudonim Masa do współpracy z policją. Kiedy po morderstwie Pershinga zrobiło się naprawdę gorąco, postanowił aresztować Sokołowskiego, aby zapewnić mu bezpieczeństwo. Jednak Sokołowski zniknął, a kiedy się odnalazł, okazało się, że poszedł na współpracę z CBŚ, a w niedługim czasie pomówił Piotra Wróbla o korupcję. Obecnie Wróbel ma 51 lat i jest emerytowanym policjantem. Musiał odejść ze służby po oskarżeniach, jakie usłyszał. Jak wspomina współpracę z Masą? Dlaczego uważa, że Masa nigdy nie powinien dostać statusu świadka koronnego?

"Mój agent Masa" to kawał dobrej dziennikarskiej roboty. Piotr Pytlakowski skupił się nie tylko na "sprawie Masy", ale na całej karierze Wróbla w policji. Chociaż pozyskanie Sokołowskiego i współpraca z gangsterem stanowią główny temat książki, to z pewnością nie jedyny. "Mojego agenta Masa" czyta się jednym tchem. Piotr Wróbel daje się poznać jako inteligentny, mający pojęcie o swojej pracy facet. Opowiada o paradoksie polskiego systemu sprawiedliwości - człowiekowi, który kierował własną grupą przestępczą, dano status koronnego, natomiast zasłużony policjant został oskarżony i musiał odejść w stan spoczynku. Z jednej, 272-stronicowej książki z pewnością dowiemy się więcej niż ze wszystkich publikacji wydanych przez duet Sokołowski i Górski. Pytlakowski i Wróbel mówią o tym, co Masa wolała przemilczeć. Zastanawiacie się, jakie były dalsze poczynania Sokołowskiego już po uzyskaniu statusu świadka koronnego? Dowiecie się tego właśnie z tej książki.

"Mój agent Masa" to obowiązkowa pozycja dla fanów "Alfabetu mafii". Macie niepowtarzalną okazję poznać historię "z drugiej strony". Jak przyznaje Wróbel, sam nigdy nie zdradziłby tożsamości informatora, gdyby Sokołowski sam z takim zaangażowaniem nie zaczął opowiadać o swojej roli w sprawie. Pytlakowski oraz Wróbel stworzyli publikację, która z pewnością wnosi coś nowego w wielokrotnie omawianej i opisywanej sprawie. Polecam gorąco.

Dziękuję Domu Wydawniczemu Rebis za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Piotr Pytlakowski, Piotr Wróbel "Mój agent Masa"
Dom Wydawniczy Rebis, 2015
liczba stron: 272
data premiery: 01.12.2015

sobota, 25 lipca 2015

Gdzie zaczyna się Korczak, a gdzie kończy Wilczyńska? | Magdalena Kicińska "Pani Stefa"



"Przez cały czas, przed wojną i podczas wojny,
Korczak pracował razem z panią Stefanią Wilczyńską.
Współpracowali ze sobą przez całe życie.
Nawet śmierć ich nie rozłączyła.
Poszli razem na śmierć.
Wszystko, co związane jest z osobą Korczaka - internat,
propagowanie miłości do dzieci -
wszystko jest wspólnym dorobkiem obojga.
Trudno określi, gdzie zaczyna się Korczak, a gdzie kończy Wilczyńska."

E. Ringelblum "Kronika getta warszawskiego"

"Czy wiesz, kim był Janusz Korczak?" - pytam rodzinę, znajomych. Też mi pytanie, oczywiście, że wiedzą! "A wiesz, kim była Stefania Wilczyńska?" - kontynuuję. Cisza. Nie wiedzą. A przecież Korczak przez całe życie pracował razem z Wilczyńską. Magdalena Kicińska przywraca pani Stefie należne jej miejsce. W swoim debiucie autorskim przybliża czytelnikowi niezwykłą osobowość. Poznajcie panią Stefę. 

Stefania Wilczyńska urodziła się 26 maja 1886 roku. Niewiele wiemy o jej przeszłości i rodzinie. W 1912 roku razem z Januszem Korczakiem założyła Dom Sierot dla żydowskich dzieci w Warszawie przy ulicy Krochmalnej. Całe dorosłe życie poświęciła dzieciom. Wraz z Korczakiem stosowała nowoczesne, jak na tamte czasy, metody pedagogiczne. Przez cały czas była bliską współpracownicą Janusza Korczaka i wraz z nim zginęła w Treblince, a mimo to jest postacią zapomnianą. Wszyscy wiemy, kim był Janusz Korczak, ale kim była Stefania Wilczyńska?

Magdalena Kicińska w swoim autorskim debiucie wyciąga Stefanię Wilczyńską z otchłani niepamięci. Dociera do osób, które znały Wilczyńską, uważnie studiuje dokumenty, listy, zapiski. Grubą kreską oddziela to, co wiadomo, od tego, czego o Wilczyńskiej nie wiemy. Z jej reportażu wyłania się niezwykła kobieta, o której jej byli wychowankowie mówią: "Żyła tak, jakby jej nie było". Może właśnie dlatego została zapomniana przez potomnych? "Panią Stefę" czyta się rewelacyjnie. Kicińska posiada wszystkie cechy dobrego autora reportaży. Wie, jakie zadać pytania, by uzyskać satysfakcjonujące odpowiedzi. Na podstawie szczątkowych informacji i licznych hipotez udało jej się stworzyć fascynujący i intrygujący portret bliskiej współpracownicy Janusza Korczaka. Jeśli kiedykolwiek mamy się dowiedzieć, kim była Stefania Wilczyńska, odpowiedź znajdziemy właśnie w tym reportażu.

W 2014 roku Sylwia Chutnik opowiadała w jednym z wywiadów prasowych o kobietach, które, jej zdaniem, warto upamiętnić w stolicy. Wspomniała o Stefanii Wilczyńskiej.  W 2012 roku Fundacja im. prof. Mojżesza Schorra ogłosiła Dzień Kobiet 2012 Dniem Stefanii Wilczyńskiej. W 2013 roku wystosowano apel o uhonorowanie Stefanii Wilczyńskiej alejką obok Muzeum Historii Żydów Polskich. O Stefanii Wilczyńskiej zaczyna się mówić coraz głośniej. "Pani Stefa" Magdaleny Kicińskiej jest ważnym głosem w tej sprawie. Autorka swój debiut poświęciła wyjątkowej osobie i taka właśnie jest ta książka. Przeczytałam z zapartym tchem, mimo iż znałam już wcześniej jej smutne zakończenie. Życie Stefanii Wilczyńskiej to gotowy materiał na publikację, a Magdalena Kicińska wyszlifowała starannie ten diament. Dla mnie - rewelacja!

Gdzie zaczyna się Korczak, a gdzie kończy Wilczyńska? Ciężko powiedzieć. Z pewnością jednak "Pani Stefa" pomaga odpowiedzieć na to pytanie. To, i wiele innych pytań, które rodzą się w związku z osobą Stefanii Wilczyńskiej. Dawno nie czytałam tak wspaniale napisanego reportażu. Autorka do pracy przygotowała się perfekcyjnie. Polecam z całego serca!

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Magdalena Kicińska "Pani Stefa"
Wydawnictwo Czarne, 2015
ilość stron: 272
data premiery: 26.05.2015

środa, 3 czerwca 2015

Karolina Domagalska "Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro" | Recenzja



In vitro to jeden z tych tematów, które dzielą Polaków w zależności od poglądów politycznych i wyznawanej religii. Temat zawsze powracający podczas kampanii wyborczych, a potem nagle zapada cisza i nikt nie wraca do in vitro, które w Polsce wciąż wzbudza wiele kontrowersji. Bohaterowie reportażu Karoliny Domagalskiej "Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro" są poza tym sporem, chociaż to właśnie ich ten temat najbardziej dotyczy. Dla nich to jedyny sposób, by mieć dzieci. I dzisiaj, przy okazji tej recenzji, chciałabym zmusić was do refleksji nad pytaniem, które postawiła przede mną Karolina Domagalska. Czy ktokolwiek, czy to premier, prezydent czy ortodoksyjny katolik ma prawo decydować o tym, czy i ile drugi człowiek będzie miał dzieci?

Zazwyczaj unikam w swoich tekstach wyrażania osobistych poglądów, jednak ta książka jest na tyle specyficzna, że, recenzując ją, nie można uciec od poruszenia swojego światopoglądu. Jestem całym sercem za in vitro i kibicuję ludziom, którzy w żaden inny sposób nie mogą począć dziecka. Sama jestem matką dwóch cudownych synów i wiem, że żadna wiara czy nawet prawo nie powstrzymałyby mnie od tego, aby zostać mamą. Dlatego z takim zapałem sięgnęłam po książkę Karoliny Domagalskiej. Reportaż polskiej dziennikarki w mojej wyobraźni jawił się jako opowieść o polskich rodzinach, którzy po latach bezskutecznych prób podejmują decyzję o in vitro.

Tymczasem "Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro" traktuje o in vitro w ogóle, a nie tylko o polskich rodzinach. Wątek polski stanowi tutaj zaledwie niewielką część. Nie do końca przekonuje mnie taki kształt książki, może dlatego, że spodziewałam się czegoś innego? Brakuje mi opowieści o ludziach żyjących w podobnych warunkach, jak ja, w tym samym środowisku, mieście, województwie czy kraju. "Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro" jest, jak na polskie warunki, reportażem nieco, hm, egzotycznym i totalnie wyrwanym z naszego kontekstu. In vitro w związkach lesbijek i gejów, samotne matki, które lata swojej świetności mają już za sobą, partnera wciąż brak, a biologiczny zegar tyka, dawcy spermy, dzieci, które są jednocześnie dziećmi i wnukami, surogatki... Reportaż wiernie odzwierciedla rzeczywistość, ale chyba nie do końca takiej tematyki się spodziewałam. 

"Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro" to starannie opracowana, wiarygodna książka. Spodziewałam się nieco innej tematyki, ale jako reportaż spełnia doskonale swoją funkcję. Poszerza wiedzę, przedstawia różnorodne spojrzenie na prezentowaną tematykę, skłania do refleksji nad omawianą sprawą. 

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Karolina Domagalska "Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro"
Wydawnictwo Czarne, 2015
ilość stron: 208
data premiery: 18.02.2015

niedziela, 24 maja 2015

Konkurs! Wygraj egzemplarz książki "Masa o porachunkach polskiej mafii"



Konkurs!

W puli nagród aż 5 egzemplarzy książki "Masa o porachunkach polskiej mafii"
ufundowanych przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka!

Gdybyś miał możliwość zadać narratorowi opowieści, Jarosławowi "Masie" Sokołowskiemu jedno pytanie...

O co byś zapytał/a?

Odpowiedzi konkursowe w formie pytań proszę przesyłać na adres mailowy przegladczytelniczy@interia.pl w terminie do 31 maja 2015 włącznie.
Wyniki zostaną ogłoszone 1 czerwca 2015 na fanpage'u bloga.

W konkursie mogą brać udział osoby zamieszkałe na terenie kraju bądź poza jego granicami, pod warunkiem podania adresu korespondencyjnego w Polsce.

Organizatorem konkursu jest blog Przegląd Czytelniczy, a sponsorem nagród Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest polubienie strony Przegląd czytelniczy oraz Prószyński i S-ka

Powodzenia!

czwartek, 21 maja 2015

Jarosław "Masa" Sokołowski o porachunkach polskiej mafii w rozmowie z Arturem Górskim



"Masa o porachunkach polskiej mafii" to już trzecia książka będąca efektem współpracy najpopularniejszego świadka koronnego w Polsce, byłego gangstera Jarosława "Masy" Sokołowskiego z dziennikarzem śledczym Arturem Górskim. Poprzednie części sprzedały się jak ciepłe bułeczki, a pierwsza książka, "Masa o kobietach polskiej mafii" okazała się być Bestsellerem Empiku 2014 w kategorii literatura faktu. Tym razem Masa opowiada o porachunkach w polskiej mafii.

Kiedy Masa decydował się na współpracę z policją, robiło się już naprawdę gorąco. W Pruszkowie na Sokołowskiego został wydany wyrok śmierci, a dobre kontakty Masy z wysoko postawionymi członkami gangu tylko ten wyrok odroczyły. Egzekucje na Kiełbasie czy Pershingu urosły do rangi ogólnopolskich legend, ale to nie jedyne ofiary mafijnych porachunków. Masa wspomina mniej i bardziej znanych członków przestępczego półświatka, którzy zginęli w skutek zatargów wewnątrz środowiska, w jakim żyli. 

Wspomnienia Masy czyta się dobrze i szybko. Przez wszystkie trzy książki przebrnęłam błyskawicznie. Pierwsza w moim odczuciu była najgorsza, druga już całkiem dobra, ta według mnie - najlepsza. Przede wszystkim jako jedyna ze wszystkich w pełni oddaje istotę funkcjonowania mafii w Polsce, to pierwsza książka z cyklu, która rzeczywiście jest O MAFII. Chociaż niektóre z faktów powtarzają się, "Masa o porachunkach polskiej mafii" to publikacja, która istotnie poszerza wiedzę czytelnika na tematy, o jakich traktuje. Jeżeli interesuje Was temat polskiej mafii, poprzednie dwie, a zwłaszcza "Masa o kobietach polskiej mafii", można sobie odpuścić, nie wniosą zbyt wiele do tematu. Ale już "Masa o porachunkach polskiej mafii" to pozycja absolutnie obowiązkowa. 

"Masa o porachunkach polskiej mafii" to również pierwsza książka z cyklu, w której do głosu dochodzi autor, czyli Artur Górski. Górski opowiada o swoich doświadczeniach związanych z pracą dziennikarza śledczego, przypomina artykuły opublikowane przez siebie w magazynie "Śledczy". Mówi więcej o swojej współpracy z Masą, a także wspomina spotkania z innymi gangsterami. Moim zdaniem pojawienie się Artura Górskiego również w roli swego rodzaju bohatera wiele wniosło do opowieści. To człowiek, który o mafii napisał tysiące stron, poznał temat od podszewki i od lat przybliża tajemnice polskiej mafii czytelnikom. Efektem jego długoletniej pracy jest cykl powieści wydawanych przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka. A "Masa o porachunkach polskiej mafii" jest zdecydowanie najciekawszą i najlepiej napisaną spośród całego cyklu.

Czym jeszcze zaskoczą nas Jarosław Sokołowski oraz Artur Górski? O czym będzie kolejna część z cyklu? Nie wiemy. Na zakończenie Masa przekonuje, że ma w zanadrzu jeszcze kilka ciekawych historii. O tym przekonamy się wkrótce. Na razie warto sięgnąć po "Masa o porachunkach polskiej mafii", gdyż rzeczywiście wnosi coś nowego do tematu.

Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Jarosław "Masa" Sokołowski w rozmowie z Arturem Górskim, "Masa o porachunkach polskiej mafii"
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2015
ilość stron: 256
data premiery: 05.05.2015

czwartek, 7 maja 2015

Patryk Vega "Złe psy. W imię zasad" | Recenzja



Patryk Vega to jedyny twórca, któremu udało się przeniknąć w szeregi policji i zdobyć zaufanie gliniarzy. Towarzyszył policjantom w ich codziennej pracy, przyglądał się zatrzymaniom, był obecny na przesłuchaniach, uczestniczył w pościgach. Przeżył to, co stanowi codzienność polskich stróżów prawa. Na podstawie swoich spostrzeżeń i doświadczeń nakręcił "Pitbulla". Teraz wydaje książkę. "Złe Psy. W imię zasad" właśnie trafiły do sprzedaży.

Gliniarze z warszawskiej policji w rozmowach z Patrykiem Vegą wspominają grupę mokotowską, czasy zakładania pierwszych podsłuchów, najbardziej spektakularne zatrzymania czy brawurowe pościgi za bandytami. Na kartach książki Patryka Vegi spotykamy policjantów pracujących w Wydziale ds. Zabójstw, Kryminalnym czy Realizacyjnym. Poznamy ich pracę od podszewki. Ci ludzie pracowali w policji, kiedy dokonywały się największe zmiany. Jak rozpracowali wymuszających haracze członków grupy mokotowskiej? Jakie prowadzone przez nich sprawy szczególnie zapadły im w pamięć? Co charakteryzuje dobrego psa? Kto i dlaczego robi karierę w policji? Policjanci dzielą się swoimi wspomnieniami z wielu lat służby. Bez cenzury i bez skrupułów.

"Złe psy" to powieść napisana w formie wywiadu Patryka Vegi z policjantami. Autor nie występuje tu jako zewnętrzny narrator, dziennikarz, który tylko zadaje pytania. Z poszczególnymi gliniarzami łączą go wspomnienia i bliska znajomość. Dzięki temu mamy wrażenie, jakbyśmy czytali relację ze spotkania dobrych kumpli, którzy razem przeżyli niejedno. "Złe psy" czyta się rewelacyjnie. Napisane bezpośrednim, prostym językiem, wciągają intrygującą fabułą. Autor obala wiele stereotypów, jednocześnie znajdując potwierdzenie na część z nich. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda praca w policji, "Złe psy" to dla was idealna lektura. Patryk Vega nie koloruje rzeczywistości. 

W książce Patryka Vegi znajdziemy uzupełnienie powszechnie znanych faktów, chociażby z życia i śmierci Sławka Opali, który był jednym z rozmówców autora. "Złe psy" przynoszą odpowiedź na pytanie, co naprawdę stało się ze Sławkiem Opalą i jemu podobnymi. Otrzymujemy pełen, rzetelny obraz człowieka, który poświęcił policji wszystko. A co dostał w zamian? "Złe psy" utwierdzają w przekonaniu, że praca w policji nie jest dla każdego. To ciężki kawałek chleba. Rozmówcy Patryka Vegi nie wybielają swych czynów, szczerze opowiadają o swojej pracy i jej ciemnych aspektach. W książce znajdziemy odpowiedź na pytanie, jaki powinien być dobry policjant i jakie cechy charakteru są kluczowe w tej pracy. Książka ukazuje się w dobrym ku temu czasie. Trwa medialna nagonka na policję, co chwilę na wierzch wywleka się kolejne afery, podkręcane przez dziennikarzy i środowiska antypolicyjne. I właśnie wtedy Patryk Vega wydaje powieść o gliniarzach. Powieść prawdziwą, bez ściemy i bez cenzury. 

"Złe psy" pochłonęłam w całości w jeden dzień. Szalenie interesująca, ciekawa i rzucająca nowe światło na pracę polskiej policji lektura. To musi stać się bestsellerem!

Dziękuję Wydawnictwo Otwartemu za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Patryk Vega "Złe psy. W imię zasad"
Wydawnictwo Otwarte, 2015
ilość stron: 360
data premiery: 06.05.2015

piątek, 31 października 2014

Było, minęło.. "Masa o pieniądzach polskiej mafii" [Recenzja]





"Było, minęło.." - tymi słowami kończy się publikacja będąca wynikiem współpracy najpopularniejszego świadka koronnego w Polce Jarosława "Masy" Sokołowskiego z dziennikarzem Arturem Górskim. "Było, minęło.." - ten cytat jest trafnym podsumowaniem niewyobrażalnej fortuny, jaką dysponowała polska mafia. W jaki sposób Pruszkó doszedł do pieniędzy? Na co gangsterzy wydawali swój majątek? Jakie były zasady podziału zysków? I w końcu - co stało się z tą gotówką, gdy gang został rozbity, a jego poszczególni członkowie albo zamordowani, albo aresztowani? Na te i inne pytania odpowiedzi ma przynieść książka "Masa o pieniądzach polskiej mafii". Ma przynieść i rzeczywiście przynosi.

Podejrzewam, że osoby Jarosława Sokołowskiego nie muszę wam dzisiaj przedstawiać. Pruszków stał się swego rodzaju legendą, a Masa jednym z najbardziej kontrowersyjnych ludzi w kraju. Bezpośrednio przyczynił się do rozbicia gangu pruszkowskiego, składając obciążające zeznania i uzyskując status świadka koronnego. Nie będę rozwodzić się nad historią Masy, nie mnie oceniać Sokołowskiego i podjęte przez niego decyzje. Niezaprzeczalnym faktem jest jego wiedza na temat polskiej mafii. To jedna z nielicznych żyjących osób, która może podzielić się swoimi informacjami, będącymi nie tyle spekulacjami, co wynikiem własnych przeżyć i doświadczeń.

Spotkałam się już z opiniami osób, które nawet nie zajrzały do żadnej z dwóch publikacji będących wynikiem współpracy Masy z Górskim, a twierdzą, że Sokołowski "prawdy nigdy nie powie". O ile pierwszej książce z cyklu, "Masa o kobietach polskich mafii", można sporo zarzucić, o tyle osoba zorientowana w temacie dostrzeże, że informacje Masy powielają się z tymi już ustalonymi wcześniej. Sokołowski nie dąży do tego, by wybielić swoją osobę - otwarcie mówi nie tylko o tym, czego doświadczył, ale też o tym, co zrobił. Tak jest również w przypadku kolejnej publikacji, omawianej dziś "Masa o pieniądzach polskiej mafii". Różnica jest zasadnicza. Po lekturze "Masa o kobietach polskiej mafii" odczuwałam pewien niedosyt, kobiet było tam naprawdę niewiele, a w roli eksperta wypowiadała się Małgorzata Foremniak, która zagrała żonę gangstera na ekranie. "Masa o pieniądzach polskiej mafii" jest  książką zdecydowanie bogatszą pod względem zawartych informacji. Konkrety - w końcu na to można liczyć. Sokołowski przywołuje kilka, a nawet kilkanaście sposób, na szybkie wzbogacanie się przez pruszkowskich gangsterów. Szczegółowo opisuje całą procedurę. Jest i kilka faktów, które mnie zaskoczyły, co łatwe raczej nie było, gdyż przeczytałam dotychczas chyba wszystko, co ukazało się w Polsce na temat podwarszawskiej mafii.

"Masa o pieniądzach polskiej mafii" to lektura zgoła ciekawsza i, w mojej opinii, po prostu lepsza niż "Masa o kobietach polskiej mafii". Osoby kompletnie "zielone" w temacie w interesujący sposób wzbogacą swoją wiedzę na temat działalności Pruszkowa, począwszy od lat 80. aż po pierwszą dekadę XXI wieku. Również czytelnicy zorientowani w treści nie poczują się rozczarowani, gdyż Masa podaje kilka zupełnie nowych informacji. Sokołowski opowiada w sposób przystępny dla każdego - szczegółowo tłumaczy, nie uznaje za pewnik, że wszyscy wiedzą, o kim mówi, więc gdy zamierza wprowadzić na scenę kolejnego bohatera, przedstawia go. Ponadto na końcu książki znajdziecie spis osób występujących w książce, ludzi, których, zdaniem Masy, warto wymienić przy omawianiu wątku pieniędzy polskiej mafii.

Jedyne, do czego mogłabym mieć zastrzeżenia, to język. Lektura jest napisana w sposób toporny, ciężko się przyzwyczaić do tego, w jaki sposób Górski to wszystko opisuje, przez co początkowo szło mi opornie. Na pewno warto zwrócić uwagę na publikację, jeśli jesteście zainteresowani tematem, lub chcecie poszerzyć swoją wiedzę na temat działalności Pruszkowa. "Masa o pieniądzach polskiej mafii" z pewnością okaże się w tym pomocna.

Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Jarosław "Masa" Sokołowski w rozmowie z Arturem Górskim, "Masa o pieniądzach polskiej mafii"
Wydawnictwo Prószyński Media, 2014
ilość stron: 272
data premiery: 21.10.2014

niedziela, 21 września 2014

Małgorzata Czyńska "Najpiękniejsze. Kobiety z obrazów" [Recenzja]




Muzy Witkacego, Salwadora Dali, Vermeera, Picasso czy Malczewskiego. Modelki Maneta, Schielego i Da Vinci. Ich wizerunki od lat są obecne w kulturze, znamy ich twarze, jednak okazuje się, że to przede wszystkim ich losy, charaktery świadczą o wyjątkowości. Nierzadko na progu szaleństwa, wywołanego przez mężczyzn znanych światu jako wielcy malarze, posłużyły Małgorzacie Czyńskiego za bohaterki powieści "Najpiękniejsze kobiety z obrazów" wydanej przez Znak Horyzont w serii "Prawdziwe historie".

Najbardziej znany, a zarazem tajemniczy kobiecy wizerunek w historii sztuki? Bez wątpienia jest nią Mona Lisa. Muza wielkiego mistrza Leonarda Da Vinci, tak jak i trzynaście innych kobiet, pojawia się na kartach powieści "Najpiękniejsze kobiety z obrazów", obalając swój mit. Uwiecznione na wieki, ku pamięci potomnym, nieśmiertelne na obrazach wielkich mistrzów. Mawiają, iż za sukcesem mężczyzny zawsze stoi kobieta, i te panie są tego najlepszym przykładem. Ich losy nierzadko bywały tragiczne, innym razem objawiają się jako kobiety szczęśliwe i spełnione. Jedno jest pewne: wyprzedzały współczesnych sobie ludzi o całą epokę. Nie tylko pozowały mężczyznom. Poznamy również fascynujące losy pań, dla których sztuka stała się sposobem na życie, a nierzadko i całym życiem. Poznajcie "Najpiękniejsze kobiety z obrazów".

Tajemnicą poliszynela jest fakt, iż wielkiemu talentowi towarzyszy wielkie szaleństwo, i książka Małgorzaty Czyńskiej jest poniekąd potwierdzeniem tej teorii. Życie z artystą stawia przed kobietą szereg wyzwań i wyrzeczeń. Pierwsze uczucie, jakie towarzyszy mi po lekturze "Najpiękniejszych" to.. ulga. Ależ jestem wdzięczna za moje zwykłe, szare życie! Bo, moi mili, bycie muzą, przyjaciółką, żoną, kochanką czy konkubiną wielkiego malarza to ciężki orzech do zgryzienia. Z większości portretów, zarówno tych książkowych jak i uwiecznionych lata temu przez znanych artystów, wyłania się obraz kobiety pełnej sprzeczności, samotnej wśród ludzi, nierzadko niezrozumianej. Rodzi się pytanie: czy było warto? Czy musiały zapłacić aż tak wysoką cenę za nieśmiertelność? 

Wszystkie prezentowane portrety to historie fascynujące, intrygujące i pełne pasji. Po raz kolejny przekonuję się, iż najlepsze, najbardziej nieprawdopodobne scenariusze pisze życie. Seria "Prawdziwe historie" już jakiś czas temu zapewniła sobie stałe miejsce na mojej półce, a "Najpiękniejsze. Kobiety z obrazów" tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu. To powieść nie tylko dla miłośników sztuki i twórczości Da Vinci, Witkacego czy Picasso. To książka dla każdego, kto zechce zaznajomić się z porywającymi losami ludzi, których życie determinowała sztuka. Niektóre z nich są bardziej niewiarygodne, inne mniej, ale jestem przekonana, że nie przejdziecie obok żadnej z tych historii obojętnie.

Wszelkie informacje zgromadzone przez Małgorzatę Czyńską, starannie wyselekcjonowane i opisane, mają swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Rozpoczynając każdą z pojedynczych opowieści, autorka rozpoczyna od momentu kulminacyjnego w życiu kobiet, aby potem przejść do opisu ich losów. Czyńska rozbudza ciekawość, która towarzyszy nam cały czas wraz z poczuciem, że podglądamy prywatne życie artystycznej bohemy. Wbrew tytułowi, to nie jest tylko i wyłącznie książka o kobietach. Ich życie było tak mocno związane z portretującymi je mężczyznami, iż opowieść bez udziału malarzy byłaby niepełna, nierzetelna. Część z faktów jest już powszechnie znana, jednak Małgorzata Czyńska nie powiela ślepo tego, co już zostało powiedziane czy napisane. Autorka wzbogaca narrację o dodatkowe informacje, a przede wszystkim - o uczucia. Wszak to emocje najlepiej działają na czytelnika.

"Najpiękniejsze. Kobiety z obrazów" to kolejny dowód na to, iż warto znać serię "Prawdziwe historie" Znaku. Przeczytałam z wielką przyjemnością tę powieść i jestem pewna, że i po następną sięgnę z ciekawością.

Dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!


Małgorzata Czyńska, "Najpiękniejsze. Kobiety z obrazów"
Wydawnictwo Znak Horyzont, 2014
ilość stron: 288
data premiery: 08.09.2014

poniedziałek, 26 maja 2014

Anna Herbich "Dziewczyny z Powstania"



W siedemdziesiątą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego Znak Horyzont oddaje w nasze ręce pięknie wydane wspomnienia z tego wydarzenia widziane oczyma kobiet. Przyznaję rację autorce, która w prologu zaznacza, iż przeżyciom uczestniczek zrywu nie poświęcono tyle uwagi, na ile zasługiwały i ich obecność w tamtych dniach w Warszawie została przyćmiona przez udział mężczyzn. To właśnie panom oddano miejsce w polskiej literaturze, filmie czy kulturze. Książka "Dziewczyny z powstania" jest próbą wypełnienia luki i przedstawienia historii z punku widzenia kobiet. Kobiet, które walczyły na wiele sposobów i odniosły ostateczne zwycięstwo. Przeżyły ten koszmar.

1 sierpnia 1944 roku, godzina 17:00. Godzina "W." Warszawa zrywa się do walki z okupantem. Nadzieja i wiara wygrywają z rozumem, większość warszawiaków ufa, iż Powstanie potrwa góra dwa, trzy dni i uda się przepędzić Niemców ze stolicy. Część mieszkańców ma te poglądy za mrzonki, jednak obowiązek wobec ojczyzny nie pozwala postąpić inaczej. Wybucha największa akcja zbrojna podziemia w okupowanej przez Niemców Europie. Miała ciągnąć się maksymalnie przez kilka dni, tymczasem Warszawa walczyła do 3 października, kiedy musiała skapitulować. Bilans strat był ogromny. Dwieście tysięcy poległych, miasto doszczętnie zniszczone. 

W chwili wybuchu powstania w Warszawie znajdowało się pół miliona kobiet. Gdzie zastała ich godzina "W"? Co robiły, kiedy rozpoczęła się walka? Co czuły? Na te i inne pytania postanowiła znaleźć odpowiedź Anna Herbich, dziennikarka "Do Rzeczy". Postanowiła przybliżyć nam historię jedenastu kobiet. Jedenastu z pół miliona. Co ciekawe, jedną z bohaterek "Dziewczyn z Powstania" jest babcia autorki. 

Na kartach powieści spotykają się kobiety ze skrajnie różnych środowisk. 1 sierpnia 1944 znajdowały się w zupełnie odmiennych miejscach w życiu, część z nich chwyciła za broń, inne żegnały mężów, a jedna rodziła syna. Zróżnicowanie postaci pozwala na spojrzenie na sierpniowe wydarzenia z kilku perspektyw, co dodatkowo wzbogaca książkę, która była dla mnie szalenie interesująca już przed jej przeczytaniem. Nie zawiodłam się, dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam. Mądre, momentami wzruszające, do bólu prawdziwe świadectwo przeżyć tych wyjątkowych kobiet. "Dziewczyny z Powstania" trafią do serca każdego Polaka. Wraz z uczestniczkami narodowowyzwoleńczego zrywu przeżyjemy koszmar tamtych dni, uronimy nie jedną łzę nad zniszczoną Warszawą, przerwanymi objęciami i niewypowiedzianymi słowami. To, co uderza nas z całej siły, to emocje. Uczucia, które targały bohaterkami, kiedy starały się ocalić swoje dzieci, dowiedzieć się, gdzie są ich ukochani i czy jeszcze żyją.

Kobiety przedstawione na kartach "Dziewczyn z Powstania" żyły w czasach, kiedy miłość i śmierć stały koło siebie w parze. Dzięki heroicznym wysiłkom zachowały swoje człowieczeństwo, a również o wiele, wiele więcej. Bohaterki potrafiły kochać, płakać się i śmiać, kiedy na Warszawę spadały bomby. Umawiały się na randki, brały śluby, rodziły dzieci. Książka daje czytelnikowi niewyobrażalną lekcję życia. Nakazuje zatrzymać się, przemyśleć wszystko, co dla nas dziś wydaje się problemem i spojrzeć jeszcze raz na współczesny świat przez pryzmat sierpniowych wydarzeń z 44 roku. Jak mówi jedna z bohaterek:


"Czy twoje miasto jest bombardowane? Czy twojemu mężowi grozi śmierć od nieprzyjacielskiej kuli? Czy twoje dzieci głodują? Jeśli nie, to nie masz powodu do narzekania. Wszystko inne jest bowiem błahostką".

Pytane, czy żałują, wszystkie, jak jeden mąż, odpowiadają, że nie. Że tak było trzeba. Że innego wyjścia nie było. Dziś już nie ma takich ludzi. Najlepsi Polacy zginęli w Powstaniu Warszawskim. Jedna z kobiet ubolewa nad tym, że po wojnie ich zabrakło, a ich miejsce zostało zajęte przez szumowiny. Bo ich opowieść nie urywa się 3 października 1944 roku. Ci, którzy przeżyli, musieli zmierzyć się z nową rzeczywistością i ustrojem, który uznał uczestników powstania za zdrajców. Również bohaterki powieści spotykały liczne represje, prześladowania. Ich świat został zgładzony. Żyjąc wtedy i dzisiaj, wiedzą, że to już nie ten kraj i nie ten naród.

Wszystkie z przedstawionych historii są wyjątkowe, jednak mnie najbardziej w pamięć zapadła opowieść kobiety, która urodziła syna 1 sierpnia 1944 roku o godzinie 13:00. Cztery godziny do wybuchu Powstania. Śmiertelność noworodków była w tamtych czasach bardzo wysoka, a jej syn jako jedno z nielicznych niemowląt przeżył Powstanie. Wszystko zawdzięcza heroicznym wysiłkom swojej matki, która ukrywała się z głodującym dzieckiem w piwnicach, uciekała przed bombardowaniem, a w końcu udało jej się wyjechać z płonącej Warszawy. Kobieta została sama w połogu z noworodkiem, gdyż jej mąż w chwilę po narodzinach syna wyszedł, by walczyć. Niesamowite świadectwo odwagi i miłości tej kobiety... Takie historie są najpiękniejsze i najbardziej wzruszające. Bo pisze je samo życie.

Na kartach powieści spotykamy sanitariuszki, łączniczki, kobiety, które nie wahały się wymierzyć do cywila, kiedy ten odmawiał rannemu pomocy, ale i "zwykłe" żony, matki. Bohaterki są niesamowicie mądrymi i fascynującymi kobietami, z marszu podbijają serca czytelnika. To wyjątkowe osoby z pokolenia, którego w Polsce już nie ma. Mimo iż wszystkie mają ponad 80 lat, na zawsze będą już "Dziewczynami z Powstania".


Dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont za udostępnienie recenzyjnego egzemplarza powieści!


Anna Herbich "Dziewczyny z powstania"
Wydawnictwo Znak Horyzont, 2014
ilość stron: 320
data premiery: 19.05.2014

piątek, 18 kwietnia 2014

Recenzja przed premierą: Joanna Spencer "Grace. Księżna Monako"



Wiosną tego roku ponownie będzie głośno o księżnej Grace. Film z Nicole Kidman 14. maja otworzy festiwal w Cannes, w Polsce premiera produkcji już 16 maja. Jeśli planujecie pójść do kina, wcześniej koniecznie przeczytajcie biografię "Grace. Księżna Monako" autorstwa Joanny Spencer, która ukaże się 30 kwietnia nakładem Wydawnictwa MUZA SA.


"Bajka stała się rzeczywistością"*


Tragiczna, przedwczesna śmierć nierzadko czyni z celebryty legendę. Tak było z Elvisem Presley'em, Marliyn Monroe czy z księżną Dianą. Również życie Grace Kelly, przerwane przez dramatyczny wypadek w 1982 r., stało się swego rodzaju mitem. Błyskotliwa kariera w Hollywood, znajomość z księciem Rainierem, zaręczyny, baśniowy ślub i życie w pałacu. Bajka, o jakiej marzą tysiące młodych dziewcząt.

Joanna Spencer w swojej publikacji skupia się przede wszystkich na uczuciach, dzięki czemu książkę czyta się jak powieść obyczajową, a nie biograficzną. Autorka nie przytłacza nas szeregiem niepotrzebnych dat, dawkuje informacje w sposób intrygujący i wzbudzający ciekawość. Nie będąc zagorzałą fanką biografii, przeczytałam publikację z zapartym tchem w jeden dzień. 

"Grace. Księżna Monako" to przede wszystkim ciekawe studium emocji Grace. Joanna Spencer skupiła się na życiu księżnej w "złotej klatce", w której znalazła się po ślubie z księciem Rainierem. Czy wiedziała, na jakie życie się decyduje? Z pewnością. Autorka przytacza wypowiedzi samej Grace Kelly, jak i jej rodziny oraz przyjaciół. Cała publikacja oparta jest w dużej mierze na wyznaniach siostry księżnej, Lizanne Kelly-Levine oraz dwóch najbliższych przyjaciółek Grace, przez co wydaje się być atrakcyjna. Zimne fakty są ocieplone przez opowieści kobiet, które znały najskrytsze myśli Jej Królewskiej Wysokości.

Z portretu naszkicowanego przez Spencer wyłania się kobieta z krwi i kości, przede wszystkim matka i żona, dopiero później księżna. Dzieci zajmowały w miejscu Grace szczególne miejsce, przez co koronowana głowa wydaje się być jeszcze bardziej ludzka. Decyzja, jaką podjęli Grace oraz Rainier odnośnie wychowania swoich dwóch córek i syna,była zaskakująca. Tradycją na europejskich dworach jest obecność niezliczonych rzeszy guwernantek i opiekunek. Książęca para Monako postanowiła jednak poświęcić dzieciom maksimum czasu, jednocześnie nie zaniedbując swoich oficjalnych obowiązków. 

Książka została napisana przystępnym i łatwym językiem, przez co nie sprawia wrażenia publikacji popularnonaukowej, do jakich czasem aspirują niektóre biografie.To ciepła, a momentami wzruszająca opowieść o kobiecie, która ucieleśniła "american dream". Najpierw zrobiła błyskawiczną karierę w Hollywood i wystarczyło jej zaledwie pięć lat, by zdobyć Oscara - to rekord w statystykach, po to aby za chwilę porzucić życie gwiazdy filmowej na rzecz roli księżnej Monako. Z kart powieści wyłania się obraz Grace, która stale pozostawała w konflikcie ze samą sobą. Całym sercem tęskniła za filmem, momentami chciała się wyrwać z pałacu, pożyć przez chwilę dawnym życiem..

Nie uzyskałam jednak odpowiedzi na jedno pytanie: dlaczego? W biografii napisanej przez Joannę Spencer brakuje najważniejszej kwestii, wyjaśnienia, dlaczego Grace Kelly zdecydowała się porzucić swe dotychczasowe życie i zostać żoną księcia Monako. Czy była szczęśliwa? Czy kochała Rainiera? Jedno jest pewne: Grace nie znała swego narzeczonego na tyle, aby mogła być pewną. Oczywistym jest fakt, że Kelly była zauroczona osobą księcia Rainiera, o czym podekscytowana szeptała przyjaciółkom. Jednak w międzyczasie wciąż spotykała się z innymi mężczyznami, nadal poszukiwała, a mimo to bez zastanowienia przyjęła oświadczyny monarchy. Czy tak bardzo pragnęła zostać księżną i zamieszkać w monakijskim pałacu? 

Osoba księżnej Grace do dzisiaj wywołuje wiele kontrowersji. Z publikacji Joanny Spencer wyłania się obraz dziewczyny, później kobiety, której największym atutem była naturalność, nie chciała "oszukiwać". Może więc żyła naprawdę?



Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego!



*Spencer J., "Grace. Księżna Monako", Warszawa: Wydawnictwo MUZA SA, 2014, s. 131.



Joanna Spencer, "Grace. Księżna Monako"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
data premiery: 30.04.2014
ilość stron: 288

niedziela, 23 marca 2014

Jerzy Jakubowski "Policjant (...)" [Recenzja]



"Dlaczego napisałem tę książkę? 27 lat byłem policjantem. Policjantem, który zawsze
pracował na pierwszej linii. Miałem szczęście spotkać na swojej drodze fantastycznych
ludzi, którzy nauczyli mnie zawodu gliniarza, którzy współpracowali ze mną, a także 
takich, których - jak sądzę - nauczyłem być policjantami.
Postanowiłem wszystkim tym osobom oddać szacunek, przypomnieć wspólne dokonania,
problemy, sukcesy. Chciałbym pokazać 'od kuchni' żmudną, ale jakże ciekawą pracę
policjantów śledczych, zmagających się ze złem po to, aby uczciwi ludzie mogli bezpiecznie żyć."
Jerzy Jakubowski, "Policjant. Okrutne zbrodnie, głośne śledztwa, o których mówiła cała Polska"
Wydawnictwo Replika, 2014


Autor publikacji prawie 17 lat przepracował w Wydziale Dochodzeniowo-Śledczym, przechodząc wszystkie szczeble kariery w tymże, rozpoczynając od referenta do spraw dowodów rzeczowych, a odchodząc z funkcji naczelnika. Jak sam przyznaje, było to dla niego szczególne miejsce, gdyż tam uczył się od podstaw zawodu policjanta. Nigdy nie mieszał się w politykę, a swoje sukcesy zawdzięczał tylko i wyłącznie ciężkiej pracy. Należy jednak zaznaczyć, iż książka nie jest próbą gloryfikowania własnej osoby i wyliczania swoich zasług. Jerzy Jakubowski o sobie pisze głównie w pierwszym rozdziale, aby wprowadzić czytelnika w świat ówczesnej milicji obywatelskiej, przedstawić jednostkę, w której przyszło mu pracować i swoich współpracowników, potem swoją osobę wymienia przede wszystkim w kontekście prowadzonych śledztw. I właśnie o tym jest "Policjant. Okrutne zbrodnie, głośne śledztwa, o których mówiła cała Polska", o dochodzeniach i ich głównych aktorach: ofiarach i przestępcach. 

Takie książki są potrzebne w Polsce, w kraju, w którym społeczeństwo zawsze wie najlepiej, a młodzi ludzie dumnie paradują ulicami w bluzach z napisami "JP". Autor uczy czytelnika pokory względem siebie, swych najbliższych i tych, którzy dbają o nasze bezpieczeństwo na co dzień. Opisując niesamowicie trudną, a przede wszystkim żmudną pracę policjantów, wywołuje szacunek swojego odbiorcy. Akcja przez cały czas jej trwania utrzymuje nas w napięciu, mimo odczuwalnego na karku oddechu okrutnych zbrodniarzy, chcemy przewrócić następną kartkę po to, aby odzyskać nadzieję i azyl. Ten azyl zapewniają nam wszyscy śledczy, których pracę opisuje Jerzy Jakubowski. "Policjant (...)" to pełen uznania hołd dla tych, których codziennością jest zapewnienie niewdzięcznemu społeczeństwu ochrony i bezpieczeństwa.

Największym atutem publikacji jest jej uniwersalność i powszechność. Tak się składa, iż nie tylko zapaleni miłośnicy kryminalistyki i kryminologii znajdą coś dla siebie. Książka jest napisana w sposób zrozumiały dla każdego zwykłego zjadacza chleba, wszystkie fachowe terminy dokładnie wyjaśnione, a metody pracy policji skrupulatnie opisane. Samą publikację czyta się jak dobry kryminał, a opisywane zbrodnie nie śniły się nawet najlepszym autorom powieści sensacyjnych. Fabułę, niestety, napisało życie, a Jerzy Jakubowski został jej wiernym narratorem. Przywołuje w pamięci najważniejsze w jego odczuciu i najgłośniejsze śledztwa, w jakich uczestniczył. Pisze o poznańskim nekrofilu, któremu w pewnym momencie przestały wystarczać odkopywanie grobów na cmentarzach i zakradanie się nocą do kaplic pogrzebowych. W końcu zapragnął "świeżych" zwłok. Autor wspomina słynną w czasach osiemdziesiątych sprawę kradzieży w kaplicy gnieźnieńskiej, a także wiele innych, w tym działającego na terenie całej Polski seryjnego zabójcę chłopców. Jakubowski o wszystkich tych zdarzeniach mówi otwarcie, pomijając jednak najbardziej drastyczne sceny w szacunku do rodzin zmarłych. Policjant zna swoją rolę, nie on jest od tego, aby osądzać, jego zadaniem jest odkryć rzeczywisty przebieg zajścia i zebrać na to mocne dowody. Autor wyróżniał się techniką przesłuchiwania podejrzanych, zarówno wtedy, jak i teraz, na kartach powieści starał się zrozumieć psychikę przestępców. Niemniej jednak należy ostrzec delikatniejszego czytelnika: to nie jest książka dla ludzi o słabych nerwach.

Niezmiernie zaskoczył mnie fakt, iż "Policjant (...)" okazał się również niebanalną ekspresją poglądów odnoszących się do trudnej problematyki, takiej jak: kara śmierci czy oddzielenie państwa świeckiego od Kościoła. Książka ciekawie odnosi się do nastroi politycznych panujących w latach osiemdziesiątych w Polsce. Autor wspomina wzmożone patrole milicji obywatelskiej podczas stanu wojennego i opisuje te zdarzenia przez pryzmat policjantów biorących w nich udział. W sposób szczery i prosty w przekazie ukazuje schowane za odznaką bijące serce, które również przeżywało niepokoje tamtych czasów. W tym trudnym zawodzie autorowi udało się dochować wierności przede wszystkim sobie i swoim przekonaniom, przez cały czas odsuwał od siebie politykę na bok, rzetelnie wykonując swoją pracę. 

Mam tylko jedno "ale". Język autora momentami bywa toporny, co mnie osobiście nie przeszkadza, jednak zdaję sobie sprawę, że dla nieprawionego czytelnika lektura może okazać się ciężka.

"Policjant (...)" to emocjonujące wspomnienia człowieka, który miał w życiu wielkie szczęście: przez lata robił, to co kochał. Jego praca była również wielką pasją autora i właśnie z z tym zamiłowaniem napisał tę książkę. Podczas lektury odczułam widoczne na każdej stronie spełnienie Jerzego Jakubowskiego. Myślę, iż każdy z nas po latach, już na emeryturze chciałby opowiedzieć swoją historię z poczuciem, iż nie zmarnowało się ani jednego dnia.



Dziękuję Wydawnictwu Replika za przekazanie recenzenckiego egzemplarza książki!

Jerzy Jakubowski "Policjant. Okrutne zbrodnie, głośne śledztwa, o których mówiła cała Polska"
Wydawnictwo Replika, 2014
ilość stron: 196
data premiery: 18.03.2014