czwartek, 11 grudnia 2014

Monika A. Oleksa | Moc uzdrawiania

Z mojego zaproszenia do wspólnego świętowania skorzystała również Monika A. Oleksa - wspaniała, pełna ciepła kobieta, autorka powieści obyczajowych, m.in. "Samotność ma twoje imię" oraz "Ciemnej strony miłości".
Przeczytajcie, jak pisarka spędza ten wyjątkowy czas i jakie znaczenie mają dla niej Święta Bożego Narodzenia.





Moje święta to bliskość i niecierpliwa, dziecięca radość oczekiwania na chwilę, gdy usiądziemy do rodzinnego stołu w gronie większym niż na co dzień. Na tym stole znajduje się zawsze jedno dodatkowe nakrycie, które w naszym domu nie jest jedynie symbolem. Co roku staramy się ogrzać w rodzinnym cieple i przygarnąć choć na jeden wieczór naszym sercem ludzi, w których domach z jakichś powodów jest zimno. Robimy to, chcąc dzielić się miłością, jaką sami czerpiemy z betlejemskiej stajenki wierząc, że ona zawsze przemienia – zarówno tych, którzy nią obdarowują, jak i samych obdarowywanych.
Magiczną atmosferę świąt czujemy już od początku grudnia. Moi chłopcy przygotowują świąteczne kartki z życzeniami, którymi zostaje obdarowany każdy gość, siadający przy wigilijnym stole, ja z mężem natomiast robimy obszerną listę zakupów, planując świąteczne menu i dzieląc się obowiązkami przygotowań. Nie wariujemy i nie pozwalamy, aby wszechobecny konsumpcjonizm wtargnął do naszego domu. O świąteczne prezenty dbamy wcześniej, starając się, aby były naprawdę czymś pięknym i z duszą. Oczywiście pod naszą choinką nie może zabraknąć książek! Mile widziane tytuły wpisywane są w listy do Św. Mikołaja, który dotąd nigdy jeszcze nie zawiódł:)
Boże Narodzenie w naszym domu to przede wszystkim radosne oczekiwanie na narodziny Zbawiciela. Przygotowujemy się do tego, porządkując nasze wnętrze, bo to jest dla nas najważniejsze. Chcemy, aby Maleńki Jezus, który przychodzi do każdego człowieka z ogromną Miłością mającą moc uzdrawiania, narodził się nie tylko w betlejemskim żłobie, ale przede wszystkim w nas samych i szykujemy te święta właśnie tak, aby móc Go do siebie zaprosić.
Wigilia od wielu już lat odbywa się u nas w domu, przy dużym rodzinnym stole. Tworzymy przy nim swoją historię. Pojawił się w naszym domu w trakcie trwania naszego małżeństwa, ale myślę, że sporo miałby do opowiedzenia...  Oczywiście na tym stole jest zwykle więcej niż dwanaście potraw (wszystkie, zgodnie z tradycją chrześcijańską, postne), bo każdy z naszych bliskich przynosi coś ze sobą, chcąc mieć wkład w ten magiczny wieczór, który łączy. Zaczynamy wieczerzę wigilijną prawie równo z pierwszą gwiazdką, około godz. 16-tej, i po wspólnym odmówieniu modlitwy, najpierw wsłuchujemy się w Słowo Boże, czytane zazwyczaj przez mojego męża, a potem dzielimy się opłatkiem, obdarowując się wzajemnie dobrymi życzeniami, ciepłem i błogosławieństwem. Po życzeniach siadamy do wieczerzy, nigdzie się nie spiesząc, nie patrząc na zegarek i ignorując zupełnie telewizor, który tego dnia jest wyłączony.
Wigilijny czas to czas magiczny i zatrzymany, który łączy Bożą Miłością i obdarowuje każdego siedzącego przy naszym stole nie tylko prezentami spod choinki, ale przede wszystkim bliskością, o którą dbamy każdego dnia pamiętając, że życie potrafi zakończyć się nieoczekiwanie i nie warto trzymać dobrych słów w sobie, ale trzeba nimi obdarowywać, bo są naprawdę ważne. I potrzebne, a ludzie tak szybko odchodzą, że czasami nie zdążymy pokazać, jak wiele dla nas znaczyli... Tego oboje z mężem, uczymy nasze dzieci, dla których święta to przede wszystkim drugi człowiek tuż obok.
Nasza wielopokoleniowa Wigilia kończy się Pasterką, po której dzielimy się opłatkiem i dobrym słowem z zaprzyjaźnionymi księżmi z parafii, oraz ludźmi, których w tej parafialnej wspólnocie spotykamy przez cały rok. Wracamy do domu pełni pokoju i wewnętrznego piękna, które emanuje z naszych serc przez cały rok przypominając, że ludzie są obecni w naszym życiu każdego dnia, a Święta Bożego Narodzenia mają nam nie tylko o tym przypomnieć, ale nauczyć dzielenia się miłością nieustannie. Tak właśnie to czuję i życzę każdemu, kto zajrzy tu do Ciebie, Magdaleno, pięknych i pełnych pokoju Świąt Bożego Narodzenia. Bo  tak naprawdę Boże Narodzenie dokonuje się w każdym z nas i nosimy je we własnym sercu. I to nie wolne od pracy dni, ani zastawiony wyszukanymi potrawami stół ma tutaj znaczenie, tylko cisza serca, które odnalazło to, za czym przez całe życie pędzimy i czego poszukujemy. Prawdziwy pokój, w którym nie ma lęku i prawdziwą radość, którą przynoszą drobiazgi. Światło, zamiast mroku. Nadzieję, w miejsce zwątpienia. Miłość, która umacnia i ma moc uzdrawiania. Ze wszystkiego.

Monika A. Oleksa 

Polskie autorki spotykają się na "Cichej 5" [Recenzja]





"Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy.
Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszystkie spory.
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich."


Tak o tym wyjątkowym, grudniowym dniu śpiewały Czerwone Gitary w 1966 roku. Dzisiaj, 48 lat później, z okazji tego dnia przy ulicy Cichej 5 spotykają się najpopularniejsze polskie autorki: Katarzyna Bonda, Małgorzata Kalicińska, Katarzyna Michalak, Krystyna Mirek, Natasza Socha, Małgorzata Warda i Magdalena Witkiewicz. Wydają razem szczególną książkę - zbiór opowiadań świątecznych. Wspólnym mianownikiem są magiczne Święta Bożego Narodzenia oraz "Cicha 5". Kamienica, w której mieszkają wyjątkowi bohaterowie utworów.

Samotny, przed laty porzucony przez żonę mężczyzna, który tradycyjnie już zamierza spędzić święta w podróży. On jeden i dwie pokręcone kobiety. 
Dobry układ - szanowany senator oraz jego piękna, młoda żona. I ten drugi.
Samotny, starszy pan, któremu nie brakuje nic oprócz miłości i rodziny, postanawia odmienić swoje życie.
Rzeźbiarz, pozbawiony możliwości kontaktu ze swoimi dziećmi. W Wigilię do drzwi jego mieszkania puka dawno niewidziany, zmarznięty syn.
Osobliwa babcia, która postanawia nie dać się rakowi, robi karierę na portalach społecznościowych i nosi kolorowe stroje.
Młoda wdowa, której śmierć męża burzy poukładane, szczęśliwe życie. Serce Janka jednak bije dalej dla mężczyzny, który otrzymał od rodziny zmarłego niezwykły dar.
Starsza pani, która przed laty postanowiła zostać Świętym Mikołajem.
Tych niezwykłych ludzi spotkacie przy Cichej 5...

"Cicha 5" to zbiór magicznych, wspaniałych opowiadań świątecznych. Książka doskonale wprowadza nas w ten wyjątkowy, grudniowy czas. Każdy z bohaterów wnosi wiele do życia czytelnika, zmusza nas do głębszej refleksji i przewartościowania naszego życia. Grudzień to najlepszy czas, aby coś zmienić, powiedzieć najbliższym, jacy są dla nas wyjątkowi, podarować niezwykły, bezcenny dar. "Cicha 5" pozwala wyłonić najważniejsze sprawy w ferworze przedświątecznych przygotowań. Autorki przekonują nas, iż to nie lepienie uszek, gotowanie barszczu czy ubieranie choinki są najistotniejszymi elementami grudniowych zabiegów. Polskie pisarki mają dla nas przepiękne, wartościowe utwory, które wyciskają łzy z oczu.

Wyłonienie jednego tylko opowiadania, tego "najlepszego" spośród wszystkich utworów, jest niemożliwe. Każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie, bo i bohaterowie są uniwersalni, a ich losy - chociaż w pewnym momencie zbiegają się ze sobą - wyjątkowe i niepowtarzalne. Do mnie szczególnie przemawia opowieść Małgorzaty Wardy. Opowiadanie "Serce" wycisnęło z moich oczu morze łez. Autorka przedstawia swoją bohaterkę w czasie wyjątkowo dla niej trudnym. Za chwilę mają zacząć się Święta Bożego Narodzenia, tymczasem Pola kilka miesięcy wcześniej została wdową i nie radzi sobie ze swoją żałobą. Pogrążając się w bólu, staje się nie najlepszą matką dla swojej córeczki. Czy te święta mają jeszcze szanse być czasem magicznym? Jak zasiąść do wigilijnego stołu, kiedy serce wypełnia pustka i tęsknota za osobą, z którą dzieliło się radość z poprzednich świąt? 

Każda z autorek przekazuje nam coś wyjątkowego, niebanalnego. Dzięki "Cichej 5".. poczułam święta, kiedy pogoda za oknem razi szarością, a w domu nie roznosi się jeszcze zapach choinki i świątecznych potraw. Książka rozbudza tęsknotę za piękną, rodzinną Gwiazdką. I aż chce się coś w swoim życiu zmienić... 

Wesołych Świąt, kochani!

Dziękuję Wydawnictwu Filia za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Katarzyna Bonda, Małgorzata Kalicińska, Katarzyna Michalak, Krystyna Mirek, Natasza Socha, Małgorzata Warda, Magdalena Witkiewicz, "Cicha 5"
Wydawnictwo Filia, 2014
ilość stron: 380
data premiery: 05.11.2014

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Joy Fielding "Laleczka" [Recenzja]




Joy Fielding to znana amerykańska autorka licznych bestsellerów. Wydawnictwo Świat Książki właśnie wznowiło wydanie jednej z powieści Fielding, "Laleczka". Pisarka jest znana z połączenia wartkiej akcji z trafnymi obserwacjami i omówieniem problemów dotykających wielu z nas. Nie inaczej jest w przypadku "Laleczki". Jak wypada Fielding tym razem?

Amanda Travis przed laty uciekła z rodzinnego Toronto i osiedliła się na Florydzie. Tam jest prawniczką i prowadzi aktywne życie, hm, seksualne. Jest dwukrotną rozwódką i nie pozwala nikomu dotrzeć do swojego serca. Wynika to ze skomplikowanych relacji z matką, jakie łączyły Amandę w dzieciństwie i wczesnej młodości. Obecnie nie utrzymuje żadnych kontaktów z rodziną. Pewnego dnia otrzymuje wiadomość, że jej matka została oskarżona o zamordowanie mężczyzny. Co więcej - wszystko wskazuje na to, iż był to przypadkowy człowiek, wcześniej nieznany matce Amandy. Kobieta przyjeżdża na kilka dni do Toronto. Wraz ze swoim byłym mężem Benem Myersem, który zgodził się zostać adwokatem Gwen, Amanda próbuje rozwikłać zagadkę i dotrzeć do prawdy. Kim był zamordowany mężczyzna i co łączyło go z matką Amandy?

"Laleczka" to bardzo sympatyczna powieść, ani tradycyjny kryminał, ani zwykła obyczajówka. Fielding skupiła się przede wszystkim na przedstawieniu skomplikowanych relacji głównej bohaterki z jej matką. W moim odczuciu stanowi to najmocniejszy punkt tej historii. Autorka zadbała o ciekawe i intrygujące portrety psychologiczne bohaterów, odnosząc się do punktu, w jakim znalazła się ludzkość w szeroko rozumianym kontekście. Amanda jest typowym przykładem ofiary naszych czasów. Odnosząca sukcesy w pracy, zamieniając miłość na seks, nie chce (a raczej nie potrafi) zbudować trwałej relacji, wciąż odczuwając skutki trudnego dzieciństwa, toksycznej matki i problemów, jakie na zawsze podzieliły rodzinę. Matka Amandy decyduje się strzec tajemnicy sprzed lat i jest gotowa spędzić resztę życia w więzieniu, byle tylko nie ujawnić rodzinnych sekretów, które na zawsze poróżniły matkę i córkę. 

"Laleczka" może się podobać, chociaż przyznam, iż mnie na kolana nie rzuciła. Historia jest emocjonująca, książka ma to "coś", co pozwala czytelnikowi zatracić się w lekturze, jednak nie jest to jedna z pozycji typu "must have, must read". Akcja jest nieco zbyt przewidywalna i nie porywa swoim tempem. Podczas lektury przeszkadzała mi forma książki. Fielding podsuwa czytelnikowi pojedyncze epizody, nie do końca zgrabnie łącząc je w całość. Przykład? Początek rozdziału. Amanda i Ben jadą samochodem. Rozmawiają o wątku w sprawie. Nagle, cudownym zbiegiem okoliczności, dzwoni telefon. Amanda i Ben jadą na spotkanie, sprawa rozwiązuje się sama. Koniec rozdziału, koniec wątku. Czytelnik na nic nie musi czekać, wszystko dzieje się błyskawicznie, nasza ciekawość nie zdąży się pobudzić, a już zostanie zaspokojona. I dlatego właśnie nie iskrzy. 

Nie mogę powiedzieć, abym nie odczuwała przyjemności z lektury. "Laleczka" to przyjemne czytadło do poduszki, ale nie porywa. Jest poprawnie, czasem bardziej, czasem mniej ciekawie, trafnie, ale potrzebuję czegoś więcej, aby się zachwycić. Polecam jako formę rozrywki, przerywnik między bardziej ambitną i wyszukaną literaturą.

piątek, 5 grudnia 2014

Sabina Waszut "Rozdroża" [Recenzja]



Sabina Waszut - meldunkiem (i sercem) chorzowianka. Oto pochodząca ze Śląska autorka wydaje książkę, romans wojenny z historią swego regionu w tle. Młodej parze przyjdzie zmierzyć się nie tylko z okrucieństwem wojny i rozstaniem, jakie ta ze sobą przyniesie, ale również w chwili próby będą musieli określić swoją przynależność narodową. Młoda Niemka i Polak - syn powstańca walczącego w powstaniu śląskim. Czy ich miłość przetrwa tę próbę?

Lata 30. XX wieku. Młoda Niemka Sophie wraz z rodziną osiedla się na Górnym Śląsku. Poznaje mieszkającego w tym samym domu Władka, przesiąkniętego do szpiku kości polskością syna powstańca śląskiego. Przelotna znajomość szybko przeradza się w głębokie uczucie. Na kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej Sophie i Władek biorą ślub, jednak nie dane im długo cieszyć się swoim szczęściem. 1 września 1939 roku burzy ich wszystkie plany. Władek dostaje powołanie do wojska, walczy, aż dostaje się do niewoli, a później zostaje wcielony do Wehrmachtu. Tymczasem Sophie, jako Niemce, wiedzie się lepiej. Dostaje pracę w pszczyńskim urzędzie i wkrótce wyjeżdża z domu. Mijają okrutne lata II wojny światowej, a Sophie, mimo wielu trudności, wciąż wierzy, że to nie koniec jej małżeństwa i mąż wróci cały i zdrowy.

Najbardziej interesujący mnie temat w tej powieści - problem tożsamości narodowej - został poruszony, a później.. pominięty. Spodziewałam się wielkiej powieści, przynoszącej wiele odpowiedzi i przedstawiającej dylematy ówczesnych Ślązaków. Jest ona - Niemka, która przybyła na Śląsk i on - Polak, którego rodzina walczyła o polskość tego Śląska. Wybucha wojna - nazistowskie Niemcy najeżdżają na Polskę. Czyż to nie "wymarzona" sceneria do przeanalizowania, przybliżeniu czytelnikowi problemu? Sabina Waszut wątek podejmuje, przy czym absolutnie nie ma pomysłu na jego pociągnięcie. Czytelnik obeznany w temacie dostrzeże tło historyczne i problematykę, ale tylko ten, któremu historia Śląska nie jest obca. Rozumiem, że "Rozdroża" nie są publikacją historyczną, a przede wszystkim powieścią, ale skoro autorka zadbała nawet o przybliżenie dokładnej godziny, jaką podano do wiadomości w komunikacie po wybuchu II wojny światowej, to dlaczego najważniejszy z wątków historycznych przemilczeć? Tak mało jest publikacji przedstawiających tę szalenie interesującą tematykę, szkoda, że Sabina Waszut nie podjęła rzuconej rękawicy. Którą notabene sama najpierw rzuciła.

"Rozdroża" to przede wszystkim rozważania młodej, przerażonej wojną dziewczyny. Dla niej nie ma znaczenia, po której stronie się opowiada, sama jest zagubiona w poszukiwaniu tej odpowiedzi. Z jednej strony - czuje się Niemką i wśród Niemców pracuje, z drugiej jednak - jej mąż jest Polakiem, i to Polakiem walczącym. Sabina Waszut zbudowała szalenie intrygujący portret głównej bohaterki. Na Sophie czyha wiele pokus, jej uczucie do Władka zostanie wystawione na liczne próby. Kobieta musi dokonać wyborów, na które zdaje się, że wcale nie jest gotowa. To nie jest typowa historia miłości, to przede wszystkim historia młodej dziewczyny, która tej miłości próbuje być wierna, mimo szalejącej wojny. Książka zła nie jest, mimo wielu niedociągnięć. Kilkakrotnie autorka zaczyna wątek i już o nim zapomina. Ten największy błąd omówiłam już powyżej, jednak takich pomyłek było więcej. Dla przykładu: sprawa pana Lijewskiego, który w tajemnicy słuchał radia BBC. Co stało się z tą postacią? Jak zakończyła się "przygoda" Sophie z przesłuchaniem w siedzibie gestapo? Na te pytania nie otrzymamy odpowiedzi.

Czy warto? Można, ale nie mogę powiedzieć, żeby powieść rzuciła mnie na kolana. Zbyt wiele błędów, niewykorzystany potencjał. Ciekawa historia, jednak niedopracowana. Czyta się łatwo, szybko i przyjemnie - to z pewnością jedna z większych zalet tej powieści. "Rozdroża" potrafią wciągnąć czytelnika, choć niedosyt odczuwalny jest przez cały czas trwania lektury. To, czy warto, pozostawię do waszej decyzji.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA SA za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Sabina Waszut "Rozdroża"
Wydawnictwo MUZA SA, 2014
ilość stron: 320
data premiery: 29.10.2014

Anna Klejzerowicz | Magia wciąż żyje w naszych sercach

Dzisiaj do pełnych magii, wyjątkowych wspomnień zaprosiłam Annę Klejzerowicz, autorkę m.in. powieści "Czarownica", "List z powstania", "Sąd ostateczny" i "Cień gejszy".

Jakie znaczenie dla autorki mają Święta Bożego Narodzenia?
Co pamięta z dzieciństwa?
I jak obchodzi ten czas obecnie?




Święta Bożego Narodzenia to… magia. Taka rodzinna, domowa. Za czasów mojego dzieciństwa była to magia pełna zapachów, tajemniczych szeptów, gorączkowej krzątaniny. Wielka choinka wystrojona niczym królewna z bajki, śnieg sypiący za oknem, listy pisane do św. Mikołaja – obowiązkowo zielonym atramentem! Dźwięki ludowych kolęd: z płyty, z radia. Telewizji się u nas w święta nie włączało. Ale zapachy pamiętam przede wszystkim: pierników, prawdziwej czekolady, orzechów i pomarańczy. Potem wigilijna kolacja: te barszcze – grzybowy i czerwony, z uszkami, nie kupionymi, tylko lepionymi przez Babcię z pomocą całej rodziny już kilka dni wcześniej. Kapusta z grzybami, kompot z wędzonych śliwek, rybki przyrządzane na najrozmaitsze sposoby – specjalność Taty marynarza, jego kulinarna tajemnica. Do dziś polskie potrawy wigilijne uważam za najwspanialsze na świecie. Ale wtedy… przy stole ledwie mogłam usiedzieć. Bo przecież pod choinką czekało już mnóstwo pięknie opakowanych w kolorową bibułkę prezentów! Wiadomo było, że przyniósł je Mikołaj, rumiany dziadek z białą brodą – próbowaliśmy go przecież podejrzeć, podsłuchać… przyłapać choć raz na „gorącym uczynku”. Jednak nigdy nam się to nie udało. Zawsze tak się jakoś wślizgnął sekretnym sposobem, że umknął naszej uwadze. Ale paczki przecież były, zjawiały się pod choinką nie wiadomo kiedy: widomy znak, że święty darczyńca naprawdę istnieje…
Wśród tych prezentów obowiązkowo musiała znaleźć się książka. Zabawki, owszem, jakieś lalki, misie, płyty z bajkami, słodycze. Ale najważniejsza była książka. Bez niej nie byłoby świąt. Do dziś większość z nich zachowałam: „Baśnie” Andersena w kultowym wydaniu z ilustracjami Szancera, „Akademia Pana Kleksa”, „Pinokio”, „Dziadek do orzechów”... z odręcznym napisem (zielonym atramentem!): ANUSZCE OD ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA. Dopiero wiele lat później zorientowałam się, że to pismo Mamy.
A potem, nocą, gdy już pierwsze emocje opadły, głośne czytanie w łóżku. Najpierw czytał nam ktoś z dorosłych, niby na dobranoc, potem już sami czytaliśmy – a choćby przy latarce, ukrytej pod kołdrą… do świtu.     
Z upływem lat nasze święta zmieniały swój rodzinny charakter na… jeszcze bardziej rodzinny. Rodzina się poszerzyła: ja wyszłam za mąż, brat się ożenił. Każde z naszych współmałżonków przyprowadzało teraz własnych bliskich krewnych. Przy wigilijnym stole zrobiło się tłoczno i gwarno. Ale magiczna atmosfera pozostała. Już wprawdzie nie śledziliśmy świętego Mikołaja, jednak on i tak zawsze był razem z nami. Obecny niewidzialny Dobry Duch. Z tego okresu zapamiętałam głównie… zapach wody kolońskiej mojego Ojca. Może dlatego, że teraz tak bardzo go brakuje.
Dziś pozostało nas już niewielkie grono. Część bliskich odeszła tam, gdzie Mikołaj także ma swoje królestwo. Przybyło za to młode pokolenie: ukochana bratanica Magda. I zwierzaki, Szczególnie odkąd zamieszkaliśmy na wsi – czworonogi zawsze są razem z nami. I mówią do nas. Każdego dnia, nie tylko w wigilijną noc.
Przysłowiowe ocieplenie klimatyczne zabrało nam w święta śnieg. Mikołaj przylatuje teraz bardziej z Ameryki niż z niezidentyfikowanej czarodziejskiej krainy, zawieszonej gdzieś w czasoprzestrzeni.
Ale co tam! Magia wciąż żyje w naszych sercach.

Anna Klejzerowicz 


wtorek, 2 grudnia 2014

Ronald H. Balson "Kiedyś byliśmy braćmi" [Recenzja]





Czytam bardzo dużo i w związku z tym, coraz trudniej jest sprostać moim oczekiwaniom. Naturalną koleją rzeczy jest fakt, iż lektura, która jeszcze kilka lat temu rzucała mnie na kolana, dzisiaj mogłaby nie zadowolić mnie już w takim samym stopniu. Coraz częściej kręcę nosem, chociaż swoich ocen staram się dokonywać patrząc przez nieco szerszy pryzmat. Lubię ten moment, kiedy mogę polecić na blogu dobrą, bardzo dobrą, a nawet rewelacyjną lekturę, wypowiedzieć się o jej pozytywnych stronach. Ale najbardziej uwielbiam chwilę, kiedy mam przyjemność zapowiedzieć powieść wybitną, najdoskonalszą z najlepszych. Proszę państwa, oto ona. "Kiedyś byliśmy braćmi" autorstwa Ronalda H. Balsona.

Po II wojnie światowej wielu zbrodniarzom wojennym udało się wmieszać w tłum i zniknąć na długie lata. Ben Solomon jest pewny - właśnie natrafił na ślad jednego z nich. Oskarża uznanego członka chicagowskiej społeczności, Elliota Rosenzweiga o to, że ten w przeszłości nosił nazwisko Otto Piatek i był oficerem SS. Ben rozpoznaje w Elliocie człowieka, który, porzucony jako dziecko, został wychowany przez rodzinę Solomona. Podczas niemieckiej okupacji Otto okradł i zdradził ludzi, którzy traktowali go jak własnego syna i brata. Ben Solomon zatrudnia młodą adwokatkę Catherine Lockhart, aby udowodniła Elliotowi winę przed sądem. Czy szanowany i zamożny filantrop z Chicago wysyłał na śmierć tysiące osób? Czy Ben oskarżył właściwego człowieka?

"Kiedyś byliśmy braćmi" to jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza książka, jaką przeczytałam w 2014 roku. Napisana przed debiutującego w roli pisarza chicagowskiego adwokata stanowi dopracowaną w każdym szczególe, dostarczającą wielu wzruszeń, wspaniałą książkę, będącą połączeniem thrillera prawniczego oraz powieści obyczajowej. Amerykanie również piszą o Polsce, i to w jakim stylu! Autor, jak sam przyznaje, do napisania książki został zainspirowany przez podróże do Polski, która "w dalszym ciągu naznaczona jest powojennymi bliznami". Powieści Ronalda H. Balsona nie można nic zarzucić pod względem merytorycznym, gdyż zadbał o najdrobniejsze nawet szczegóły i niuanse. "Kiedyś byliśmy braćmi" jest wynikiem ciężkiej pracy i uwagi, jaką autor poświęcił wojennej historii Polski. Klucząc pomiędzy Chicago w czasach współczesnych, a Zamościem podczas II wojny światowej Balson stworzył niezwykle prawdopodobną, realną historię. Choć całość jest fikcją literacką, powieść została umieszczona w dokładnym kontekście historycznym.

Książka stanowi przepiękny, wzruszający zapis ludzkich zmagań o sprawiedliwość. Autor połączył wątek zbrodniarza wojennego, głęboko zakopanej tajemnicy sprzed lat z niezwykłą historią ponadczasowej, wiecznej miłości Bena Solomona i jego Hanny. Sprawa, jakiej podejmuje się Catherine Lockhart sankcjonuje ją nie tylko jako adwokatkę, ale przede wszystkim - jako człowieka. "Kiedyś byliśmy braćmi" porusza głębię człowieczeństwa. Od tej książki nie sposób się oderwać, gdyż przywiązuje nas do siebie mocno. Czytelnik całym sobą żyje toczącą się opowieścią i ani na moment nie potrafi zostawić historii za sobą. Balson pozwala uwierzyć, iż istnieje na świecie jeszcze wyższa sprawiedliwość, ta, której nie kupi największa nawet fortuna. Przedstawia zderzenie dwóch światów - żyjącego przeciętnie starszego człowieka, jaki stał się ofiarą Holokaustu i pławiącego się w wielkich luksusach mężczyznę, który w przeszłości miał być zbrodniarzem wojennym znanym jako Rzeźnik z Zamościa. Kiedyś byli braćmi.

Takie książki, jak "Kiedyś byliśmy braćmi", czyta się wspaniale. Przywracają wiarę i nadzieję na to, iż niezłomność ludzkiego ducha w końcu zatryumfuje nad złem. To swoisty pomnik wystawiony wszystkim tym, którzy cierpieli. Zadośćuczynienie po latach. Powieść jest pełnym pasji, wyjątkowym i pasjonującym utworem charakteryzującym się wartką akcją, jakiej nie powstydziłby się mistrz thrillera prawniczego. Bardzo, bardzo polecam!

Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego!

Ronald H. Balson "Kiedyś byliśmy braćmi"
Wydawnictwo Świat Książki, 2014
ilość stron: 496
data premiery: 18.11.2014

Wywiad | Zbigniew Zborowski: "Przez całe życie otaczały mnie mądre i silne kobiety"




Zbigniew Zborowski - mężczyzna, spod którego pióra wychodzi rewelacyjna saga rodzinna trzech pokoleń kobiet. Napisana z niezwykłą starannością i dbałością o szczegóły historyczne, pełna magii i ciepła. Kim jest autor "Trzech odbić w lustrze"? Dlaczego to właśnie kobietom poświęcił tyle uwagi w swej najnowszej powieści? Gdzie zrodził się pomysł na napisanie książki? Która z bohaterek jest szczególnie bliska autorowi? Przekonajcie się sami.

Mężczyzna, który doskonale rozumie kobiety i pisze niesamowitą sagę rodzinną trzech pokoleń kobiet. Na usta samo ciśnie się pytanie – gdzie się Pan tego nauczył?

Przez całe życie otaczały mnie mądre i silne kobiety. Mama, babcia, a teraz żona. Miałem od kogo się uczyć! Dzięki nim szybko zrozumiałem, jak wielka moc tkwi w „słabej płci”. To właśnie dzięki kobietom nasz świat ciągle trzyma się jeszcze w jednym kawałku. To one, czy tego chcą czy nie, wciąż naprawiają to, co wymachujący szabelką mężczyźni rozwalają. Widać to szczególnie w trudnych momentach. Na przykład w czasie wojny, kiedy wokół panował chaos i zniszczenie, wiele kobiet musiało stać się faktycznymi głowami rodzin. Podczas gdy mężczyźni prężyli muskuły, one troszczyły się o byt najbliższych, bezpieczeństwo dzieci, zdobywały żywność czy ubrania. Umiały zachować w tych szalonych czasach równowagę i rozsądek. Dobrze to obrazuje czas Powstania Warszawskiego. Sami jego żołnierze często przyznają, że najniebezpieczniejszą pracę wykonywały dziewczyny – sanitariuszki. Oni strzelali do Niemców i kolaborujących z nimi Rosjan, tak. Lecz to one, w dodatku bez broni, szły w najcięższy ogień żeby dostać się do rannych. A potem opatrywały ich i taszczyły kilometrami do polowych szpitali. I jeszcze pocieszały, że „wszystko będzie dobrze”. Znana jest historia sanitariuszki, która  w samym środku piekła – pod bombami szturmowych samolotów i w ogniu artylerii – niosła rannego. Opadła w końcu z sił i poprosiła jakichś mężczyzn, żeby jej pomogli. Odmówili. Bali się. Co zrobiła ta filigranowa dziewczyna? Złapała broń rannego, wycelowała w struchlałych  facetów i kazała iść z poszkodowanym do szpitala. Trzeba mieć charakter, żeby tak postąpić, prawda?

W krótkiej notce biograficznej w książce możemy przeczytać, iż do niedawna był Pan nurkiem eksplorującym zatopione na dnie Bałtyku wraki, tak jak i jeden z bohaterów „Trzech odbić w lustrze”.  Proszę opowiedzieć o tym, jaki wpływ miała Pana pasja na ostateczny kształt powieści.

Szczerze przyznam, że… niewielki. Chociaż… Pierwszy, jeszcze zupełnie niesprecyzowany pomysł na opowieść o zwykłych ludziach, którym przyszło żyć w niezwykłych czasach, rzeczywiście  przyszedł mi do głowy podczas nurkowania. To był wrak statku, który został storpedowany na trzy tygodnie przed końcem wojny. Ludziom, którzy nim płynęli – a było ich tysiące i niemal wszyscy zginęli – prawie udało się dotrwać do końca koszmaru. Prawie… W dodatku wojna, przed którą uciekali, dopadła ich w chwili, kiedy myśleli, że właśnie wyrwali się z zagrożenia, że są nareszcie bezpieczni. Pomyślałem, że ta przewrotność losów, kompletna nieprzewidywalność i chaos jaki panuje kiedy jedni zabijają drugich na masową skalę, wydały mi się pasjonującym tłem dla powieści o losach kobiet próbujących w tym szaleństwie ocalić siebie, swoją miłość i poczucie godności. Wtedy jednak nie podejrzewałem jeszcze, że kiedykolwiek napiszę książkę. Pomysł więc się pojawił i zaraz zniknął. Trzeba było się zająć wynurzeniem, trwającą godzinę dekompresją, zmianą gazów oddechowych, wystrzeleniem boi. O tamtym pomyśle przypomniałem sobie dopiero dobrych kilka lat później, kiedy miałem już na koncie inną książkę (thriller „Nowy drapieżnik”).

„Trzy odbicia w lustrze” charakteryzują się ogromną dbałością o szczegóły historyczne. Jak przebiegały przygotowania merytoryczne? Studiował Pan dokumenty, książki, a może poznał Pan osobiście uczestników opisywanych wydarzeń?

Ja  w ogóle bardzo starannie przygotowuję się do pisania. Dokładnie obmyślam fabułę, robię charakterystyki swoich postaci, czytam, pytam, poszukuję.  Prawdę mówiąc, to te przygotowania sprawiają mi niemal tyle samo frajdy, co samo stukanie w klawiaturę. W przypadku „Trzech odbić w lustrze”, wszystko zaczęło się od lektury listów mojej babci pisanych w czasie wojny i zaraz po niej do swojej siostry. Ich treść uświadomiła mi, że nawet wtedy, w koszmarze okupacji, ludzie starali się w miarę normalnie egzystować, cieszyć rodziną, żartować. Taka już jest nasza natura, próbujemy oswoić nawet tak straszne zjawiska, jak wojna totalna. Pomyślałem, że fajnie byłoby oddać ten klimat. Wojna wojną, ale ludzie chcieli wtedy, na miarę swoich żałośnie okrojonych możliwości korzystać z  życia. Tyle, że było to strasznie trudne…
Co więcej? Zaczerpnąłem wiele z opowieści dziadka o poprzedzających wybuch wojny latach, kiedy to studiował wymarzoną polonistykę. Studia w jego rodzinie, a pochodził z robotniczego wówczas warszawskiego Powiśla, były czymś niezwykłym. Nie mieściło się w głowie, żeby syn kowala parowego mógł sobie pozwolić na luksus poświęcenia kilku lat na siedzenie w uczelnianej ławie. Koszt tego przedsięwzięcia był oszałamiający! Dziadek jednak dał radę. Jak? Każde wakacje spędzał w wielkich majątkach na Kresach udzielając dzieciom tamtejszych ziemian korepetycji. Tak zarabiał na własną edukację. I dał radę!
Wiele też dowiedziałem się od mojego ojca, który choć był poznaniakiem, akurat w roku 1939 spędzał lato w majątku u kolegi – pod Lwowem. Tam go zastała wojna, wkroczenie Rosjan, a potem wywózka aż za Ural. Wrócił do Polski dopiero w roku 1950. Ale to już była inna Polska…
Sporo wiedzy dostarczyły mi również doświadczenia reportażysty. Jako dziennikarz rozmawiałem przecież zarówno z osobami przesiedlonymi po wojnie z Kresów, ocalonymi z  Rzezi Wołyńskiej, repatriantami z dawnego ZSRR, wychowankami domów dziecka, ludźmi którzy po wojnie należeli do socjalistycznych organizacji młodzieżowych oraz… przemiłą starszą panią, która ocalała z katastrofy statku storpedowanego pod koniec wojny przez rosyjski okręt podwodny. Realia wczesnego kapitalizmu poznałem natomiast na własnej skórze. Jeździłem wtedy „na przemyt” do Berlina Zachodniego, handlowałem na bazarach, zarabiałem i trwoniłem pieniądze, troszkę łobuzowałem. Jak to w czasach przełomu. Wszystkie te doświadczenia scaliłem i uporządkowałem dzięki lekturze kilkunastu  książek dokumentalnych i historycznych, archiwalnym mapom i zdjęciom  zdobytym w antykwariatach.
W sumie więc można powiedzieć, że zbieranie materiału do książki rozpocząłem na długo zanim w ogóle przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek jakąś książkę napiszę.
 
Która z trzech kobiet – walcząca o przetrwanie w bombardowanej stolicy podczas II wojny światowej Zosia, stawiająca pierwsze kroki w rodzącym się komunizmie Wanda czy żyjąca współcześnie Anna – jest Panu szczególnie bliska i dlaczego?

Ja kocham wszystkie trzy swoje bohaterki! Każda z nich ma różne słabości, ale i mocne strony. Każda przeżywa wzloty i upadki. Do każdej raz uśmiecha się szczęście, a raz prześladuje ją potworny pech. Historycznie rzecz biorąc najbliższa jest mi rzecz jasna Anna. Obdzieliłem ją wieloma swoimi doświadczeniami: przemyt z Berlina Zachodniego, wyprawy do Indii i na Jukatan, znajomości wyniesione z bazy nurkowej w Jastarni. Nie mogę jednak powiedzieć, że jakoś specjalnie ją wyróżniam. Chwilami słabość i tragizm takiej dziewczyny, jak Wanda (a więc „środkowej” bohaterki tej sagi) są mi najbliższe. Odkrywam w niej swoje własne słabości.

Czy ma Pan określone oczekiwania, marzenia względem „Trzech odbić w lustrze”?

Milionowa sprzedaż, tłumaczenie na dziesięć języków, sprzedanie praw do ekranizacji wytwórni Warner Bros. Nie, nie! Żartuję! Chciałbym po prostu, żeby książka spodobała się Czytelnikom.

Kto był pierwszym czytelnikiem i recenzentem Pana powieści?

Iza, moja żona. A także moja mama. Pierwsza ma dobre oko do wyłapywania niejasnych szczegółów i niekonsekwencji. A druga… Cóż, mama jako trzyletnia dziewczynka spędziła Powstanie Warszawskie w ramionach dziadka i babci. Choć była bardzo mała, wiele z tamtych strasznych dni pamięta.

Jakie dzisiaj, po premierze książki „Trzy odbicia w lustrze”, docierają do Pana opinie od czytelników?

Jak na razie, na szczęście! pozytywne. Uff. Bardzo się z tego cieszę, bo przecież nikt nie pisze książek dla siebie. Opinia Czytelników to jedyna wiarygodna miara wartości książki. Ujęła mnie też opinia mojej – że pochlebię sobie tak ją nazywając – koleżanki, Marii Ulatowskiej, autorki wielu bestsellerów, która bardzo moją powieść pochwaliła.

Czy saga to gatunek, z którym wiąże Pan przyszłość? Czy planuje Pan pozostanie w temacie na dłużej?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Nie zastanawiałem się jeszcze nad tym.  Pisanie książek to dla mnie czysta przyjemność, pasja a nie sposób zarabiania na życie. Jestem więc w komfortowej sytuacji bo mogę siadać do pisania dopiero wtedy, kiedy poczuję że koniecznie, bezwzględnie chciałbym opowiedzieć coś ciekawego.